218 – normalność w tabletkach

– I co, myślisz, że jak brałam Rispolept, nie byłam taka?
– Jaka?
– No… taka.
– Pojebana?
– No.
– Mniej.

Znów faszerować się trującą chemią? Dla większej stabilności? Dla mniejszych myśli paranoicznych?
Znosić cierpliwie setki efektów ubocznych? Powstrzymywać łzy wyciskanie przez ból nóg? Być zwieszoną, nietwórczą, niekreatywną? Spać po piętnaście godzin, nie mogąc się dobudzić?
W imię czego?
Udawać, że normalność na receptę jest prawdziwa?

Podziel się!

213 – wywiad ze Smutkiem

Fragment z „Borderline: Autoterapia, czyli o sprawach poważnych z solidną dawką autoironii”

„Wywiad ze Smutkiem

– Dzień dobry Smutku.
– Dobry? Jaki tam dobry.
– Dlaczego nie dobry?
– Bo wszystko jest takie smutne…
– Smutku, ale czemu właściwie ty jesteś smutny?
– A z czego mam się cieszyć?
– No nie wiem. Słońce świeci…
– … i oślepia.
– Śnieg pada…
– … i wszędzie chlapa, buty mokre.
– Można iść na spacer.
– Żeby się zmęczyć?
– A może wolisz lato?
– Lato? Lato jest smutne.
– Dlaczego?
– Jest gorąco, nic się nie chce. A potem przychodzi jesień. Pada deszcz. Wszystko umiera.
– Ale Smutku, o wszystkim można powiedzieć, że się zaraz skończy i będzie smutno.
– Właśnie dlatego się smucę.
– A nie możesz spróbować cieszyć się chwilą?
– Ale po co?! Przecież ta chwila zaraz się skończy i będzie jeszcze smutniej.
– Tak przecież nie można. Trzeba się skupić na pozytywach. Przecież ty tylko wynajdujesz powody do smucenia się. To jest niezdrowe.
– To też mnie smuci. I to, że smucę ludzi.
– To po co ich odwiedzasz, kiedy się cieszą? Po co im psuć dobrą zabawę lub udany dzień?
– Jak to? Przecież oni muszą wiedzieć, że zaraz nadejdę! Że Szczęście przychodzi tylko na chwilę, bo szybko się nudzi widokiem tych samych osób i ucieka! Ja przynajmniej jestem wierny.
– Może jesteś zbyt wierny?
– Przecież do tej pory nie narzekałaś Mrówczyńska. Zasmucasz mnie.
– Ależ Smutku kochany. Nie smuć się.
– Jak mam się nie smucić, skoro chcesz mnie zdradzić ze Szczęściem i Radością?
– Może po prostu… Trzeba ograniczyć troszkę nasze kontakty? Nie może być tak, że Szczęście lub Radość chcą chwilkę odpocząć podczas zabawy ze mną, a ty już przybiegasz i je przepędzasz.
– Ale ja przybiegam, bo jest mi smutno samemu. A i tobie też wesoło nie jest.
– Kochany Smutku. Musisz nauczyć się odróżniać smucenie od braku Radości i Wesołości. To, że Radość, Szczęście lub Wesołość na chwilkę poszły odpocząć, to nie znaczy, że jest mi od razu smutno. One się po prostu szybciej męczą. Biegają, skaczą, śmieją się. Wkładają w to dużo energii. A ty? Ty powłóczysz ledwo nogami, snujesz się z kąta w kąt. Dlatego wolniej się męczysz. Rozumiesz?
– Chyba tak… Zasmuciłaś mnie.
– Wiem Smutku, wiem. Ale obiecaj mi, że od tej pory nie będziesz się skradał. Jak będziesz chciał przyjść, to zapytasz, czy nie przeszkadzasz, dobrze?
– Ale to nie tylko moja wina.
– Jak to?
– Przypomnij sobie. Przecież często jest tak, że obserwuję, jak się dobrze bawisz ze Szczęściem, Radością lub Wesołością, a gdy tylko zrobicie sobie chwilę przerwy, zaraz sobie myślisz o mnie. Przybiegam więc szybko, bo mi smutno i chcę żebyśmy posmucili się razem.
– Kiedy jeszcze przychodzisz nieproszony?
– Nieproszony? Ja zawsze przychodzę na zaproszenie!
– I myślisz, że zapraszam cię, gdy chwilę odpoczywam po zabawie z Radością?
– Przychodzę, bo się martwię o ciebie! Chcę cię uchronić!
– Przed czym Smutku?
– Przed rozczarowaniem. Gdy się cieszysz, drżę o ciebie!
– Jak to?
– Twój śmiech zawsze kończy się płaczem. Chcę cię uchronić przed tym. Czy nie lepiej cały czas być ze mną? Dzięki temu nie jesteś narażona na zmiany nastroju. Przecież te wahania tak bolą!
– Ależ Smuteczku mój. Zrozum, że jesteś potrzebny. Ale tylko czasem, w ściśle określonych sytuacjach. Chcę przebywać także wśród innych emocji. Zrozum proszę…
– Zasmucasz mnie.
– Dlaczego?
– Bo kiedyś wyrzekłaś się innych. Nie pamiętasz? Powiedziałaś, że jestem twoim Smutkiem Organicznym. Że jestem częścią ciebie. Że chcesz czuć tylko mnie!
– Myliłam się. Byłeś ważny w moim życiu, ale nie chcę, byś był jedyny. Nie izoluj mnie.
– Jesteś moja, tylko moja!
– Wiesz Smutku, muszę ci się do czegoś przyznać. Gdy Szczęście, Radość, Wesołość odchodzą, boli mnie to. Gdy zaś odchodzisz ty…
– Nie kończ, proszę.
– Gdy odchodzisz ty, czuję ulgę.
– Wyrzekasz się mnie? Po tylu latach bycia ze mną tak blisko?
– Tak, wyrzekam się. Chcę odnowić kontakt z dobrymi emocjami.
– Nie zasmucaj mnie, będę tęsknić!
– A ja nie Smutku, ja nie.”

Podziel się!

ankieta – osobowość borderline

Badanie, prowadzone na Uniwersytecie Gdańskim, służy poznaniu funkcjonowania osób z osobowością borderline, ich przekonań, zachowań, stylów radzenia sobie z codziennymi wydarzeniami. Wśród osób biorących udział w badaniu rozlosowane będą upominki. Bardzo dziękujemy za udział w badaniu i poświęcony nam czas.

Przejdź do ankiety

Podziel się!

207 – przełom

– Źle pani spała? – zapytał terapeuta, gdy tylko weszłam do gabinetu.
– Płakałam do czwartej…
– Właśnie widzę, że ma pani takie spuchnięte oczy. A co się stało?
Chwilę wahałam się, czy zacząć mówić. W oczach łzy. Czułam, że otwierając usta, popłyną.
Przełamałam się. Całą sesję płakałam. Nie próbowałam nawet powstrzymywać łez. Mówiłam szczerze, zużywając przy tym z dziesięć chusteczek.
– Pani Aniu, proszę mówić. Jest w pani bardzo wiele emocji. Proszę mówić – zachęcał, gdy zamilkłam na minut.
– Paradoksalnie choroba mamy jest plusem w całej tej sytuacji. Wiem, że muszę być dla niej silna. Gdyby nie to…
– To co?
– Różnie mogłoby być.
– Co ma pani na myśli?
– Działanie bez myślenia o konsekwencjach.
– Chodzi pani o cięcie?
– Cięcie to w tym wszystkim najmniejszy problem – przyznałam szczerze, wybuchając płaczem.

Podziel się!

201 – leczenie borderline: autoagresja

Swego czasu dużo czytałam na temat autoagresji. Interesowałam się sposobami leczenia.
Wśród specjalistów można wyróżnić dwie grupy: zwolenników kategorycznego zakazu okaleczania się podczas leczenia oraz tych, którzy skupiają się na przyczynach działań autoagresywnych, zamiast na skutkach.
W pierwszym przypadku, konsekwencją aktu autoagresji jest zakończenie terapii. W drugim – szukanie powodów porażki.
Zawsze intuicyjnie czułam, że drugi sposób podejścia do terapii autoagresji jest skuteczniejszy. Wiadomo, specjalistą nie jestem, ale znając z autopsji problem okaleczania się od czternastu lat, zdążyłam wyrobić sobie swoje zdanie.
Problem autoagresji występuje nie tylko w pogranicznym zaburzeniu osobowości, jednak jest działaniem impulsywnym. I owszem, w terapii chodzi o to, by nauczyć się tym impulsom nie ulegać. Jednak, gdyby kontrola zależała tylko od silnej woli, osoby autoagresywne nie potrzebowałyby terapii, a postanowienia „więcej nie będę tego robić”.
Podejście pierwsze determinuje przeświadczenie, że autoagresja jest czymś złym, za co należy się kara – wydalenie z terapii. Jest to o tyle nieskuteczne, że osoby cierpiące na borderline mają tendencje do niszczenia tego, co dla nich dobre. Tak było w moim przypadku. Pierwszy terapeuta, po pewnym czasie, zrobił aneks do naszego kontraktu. Zgodnie z nim, pocięcie się skutkowało brakiem sesji. W efekcie, specjalnie się okaleczałam, by móc napisać do niego „panie S. pocięłam się, więc mnie nie będzie”.
Obecny terapeuta nie ma takich pomysłów. Zamiast tego, pracuje ze mną nad przyczynami takich działań. Wiem, że gdy upadnę, nie zostanę odrzucona i ukarana.
– Nie mogę być na panią zły, że nie kontroluje pani impulsów, bo to objaw pani choroby – powiedział kiedyś.
Taki stan rzeczy sprawia, że staram się najlepiej jak potrafię, by się nie skrzywdzić.
Trudnością była nie tylko nieumiejętność kontroli impulsu, czy przymus pocięcia na zasadzie uzależnienia. Głównym problemem, w moim przypadku, było uznanie autoagresywności za część osobowości, a nie objaw chorobowy. Doprowadzało to do sytuacji, w których cięłam się tylko dlatego, że uważałam to za swoją „powinność” – jestem autoagresywna, więc muszę się ciąć. Z takiego poglądu rodziło się myślenie: jeśli nie będę co jakiś czas się okaleczać, przestanę być sobą. W procesie terapii udało mi się osiągnąć taki stan, w którym nareszcie zaakceptowałam autoagresję za objaw choroby. Dostrzegłam, że terapeuta ma rację i zaprzestanie krzywdzenia siebie nie będzie oznaczać utraty części tożsamości. Było to bardzo trudne i potrzebne było długofalowe oddziaływanie terapeutyczne. Zrozumiałam, że to wymaga nie tylko decyzji na poziomie świadomości. Trzeba było sięgnąć głębiej i zmienić podejście do swojej tożsamości. Terapeuta pomógł uporać mi się z lękiem, że przestanę być sobą. Cierpliwie towarzyszył mi w upadkach, będąc przy mnie w najgorszych chwilach. Jednocześnie nie dając mi odczuć, że jestem odrzucona, działając przeciw sobie. Taka metoda się sprawdziła.
Nie pocięłam się od pół roku. Nie twierdzę, że już nigdy tego nie zrobię. Ale teraz czuję, że w tej walce mam większe szanse. Bo walki z tym uzależnieniem nie postrzegam już, jako wyrzekanie się siebie.

Wam również życzę wytrwałości i mądrych terapeutów.

Podziel się!