182 – objawy borderline: podwieszanie

Psychiatrzy i terapeuci pytali mnie, po co się wieszam nie mając myśli samobojczych.
– Co pani to daje?
Do tej pory myślałam, że chodzi o ból. O skrzywdzenie się.
Ale chodzi o coś głębszego. Kontrolę. Objawy borderline sprawiają, że osoby z pogranicza mają poczucie braku kontroli, są niepewne zarówno innych, jak i siebie.
Powieszenie się daje mi złudne poczucie kontroli nad własnym życiem. Gdy czuję za sobą oddech śmierci, staję przed decyzją: pociągnąć to dalej, czy zawrócić. Czy można sobie wyobrazić większe poczucie kontroli nad życiem? Potrzeba zostaje zaspokojona. Można więc ściągnąć pętlę z szyi i żyć dalej.
Wzraz z biegiem terapii nauczyłam się, że kontrolę można osiągnąć w inny sposób – pracą nad sobą.
Co jest w tym wszystkim najlepsze? To uczucie, gdy w kryzysowej sytuacji udaje ci się zachować zimną krew, dostrzec schemat i mu nie ulec. W nagrodę zdrowa cześć osobowości daje ci kopa energii w postaci zadowolenia z siebie i właśnie poczucia kontroli. Zajebiste doświadczenie.

Podziel się!

181 – leczenie borderline: trudności

Terapia borderline jest wyjątkowo trudna. Najogólniej rzecz ujmując, chodzi o to, by odzyskać kontrolę nad sobą i swoim życiem. Można to osiągnąć podejmując się tytanicznej pracy z terapeutą nad zaburzonymi częściami osobowości.
Pograniczne zaburzenie osobowości sprawia, że część składowych osobowości rozwija się nieprawidłowo. Z biegiem czasu problemy zaczynają się mnożyć, a zaburzenie pogłębiać.
Chore schematy zachowań, myśli i reakcji emocjonalnych wydają się być częścią nas. Zaczynamy się utożsamiać z naszą chorą częścią. Zaczynamy wierzyć, że to nas charakteryzuje. Biorąc pod uwagę, że mamy problemy z poczuciem własnej tożsamości, chwytamy się tego, co (jak nam się wydaje) jest pewne w naszym życiu. W moim przypadku była to autodestrukcja, autoagresja, silne stany emocjonalne. Stąd:
– Jestem autoagresywna. Jestem autodestrukcyjna. Jestem wielokrotnie niedoszłym samobójcą.
Najtrudniejsze dla mnie było emocjonalne zaakceptowanie tego, że są to objawy choroby, a nie część mojej tożsamości. Może brzmi to dziwnie. Jednak za racjonalnym myśleniem nie poszły emocje. Byłam emocjonalnie związana z tymi objawami. W nieświadomości narodził się lęk, że pozbywajac się autodestrukcji i autoagresji, przestanę być sobą. Stanę się nikim. Ale w końcu i emocjonalnie dojrzałam.
Terapia borderline to niejako walka z samym sobą. Trzeba w nią włożyć wiele wysiłku, by objawy uznać za objawy, a potem jeszcze uzyskać kontrolę nad schematami. Ale warto.
Nie lecząc się, tracimy całą energię na szarpanie się z sobą i życiem. Chyba więc warto poświęcić ją na leczenie.

Podziel się!

180 – izolacyjna pustka

Wczoraj próbowałam coś napisać. Potrzebowałam tego. Ale w głowie pustka. Za nią przyszła frustracja.
Izolacja. W domu. Na terapii.
– Nie chce się pani ze mną rozmawiać?
– Nie wiem, co mam powiedzieć.
– Z czym ma pani problem?
– Nie wiem…
– Zapomniała pani o swoich problemach?
– Mniej więcej.
– Pani Aniu, przerabialiśmy to już kilka razy. Izolacja potęguje pani negatywne stany emocjonalne. To wygląda tak, jakby dążyła pani do złego samopoczucia. Zmierza pani w stronę przepaści.
Wiedziałam to. Ale nie potrafiłam rozmawiać z terapeutą. Czterdzieści pięć minut gapienia się w kąt. Obserwacja łączenia dwóch płytek przypodłogowych.
Chciałam tylko wrócić do domu, by do końca dnia wpatrywac się w jeden punkt.
Nie było mnie. Nie istniałam.

Podziel się!

176 – czy ta psychoterapia jest skuteczna?

Dwa lata bez próby samobójczej. Dziewięć miesięcy bez podwieszania. Pięć miesięcy bez cięcia.
Sukcesy – niewątpliwie. Jednak mnie cieszy coś innego.
Na pytanie:
– Jaka jesteś?
Już na pewno nie odpowiem „autoagresywna, autodestrukcyjna”. To nie ja – to choroba. Wrażliwość już nie myli mi się z niszczeniem siebie.

Całe życie towarzyszyła mi huśtawka emocjonalna. Było to trudne do zniesienia, dlatego nauczyłam się radzić sobie z nią. Oczywiście biernie. Pogrążyłam się w wiecznym smutku, utożsamiłam się z nim i nazwałam go organicznym. Wahania zaczęły oscylować między „źle” i „tragicznie”. W pewnym sensie, przyniosło to ulgę. Uwierzyłam, że to jedyne rozwiązanie. W smutku odnalazłam miejsce dla swojej twórczości. Dostarczał weny, inspirował. Przeklęłam życie i siebie, całkowicie oddając się cierpieniu. Papier wszystko przyjmował. Rzyganie sobą i emocjonalne konwulsje. Chciałam głosić prawdę. A jedyną prawdą wydawały się bezsensowność i cierpienie.

Tragizm, bezsens, rozpacz, autoagresja, autodestrukcja, tendencje samobójcze – przyjmowałam to za nierozłączną część mnie. Za coś mnie definiującego. Coś, bez czego stanę się nikim. Zniknę.
Pan M. przebił się przez skorupę mechanizmów obronnych. Pobudził do myślenia odpowiednią część mnie. W końcu udało mi się to przetrawić.
Teraz widzę, że to objawy chorobowe. Już nie odbieram ich, jako części mojego światopoglądu. Jako części swojej osobowości. To taki paskudny emocjonalny nowotwór, który nacieka na zdrowe tkanki – racjonalne postrzeganie świata, siebie. Tworzy zniekształcenia. Wpływa na reakcje – emocje i zachowanie. Chcę się go pozbyć. Już nie boję się, że stracę część siebie. I że przestanę być twórcza.

Podziel się!