139 – nie szukaj przyczyn – działaj

Na sesji rozmawialiśmy o autodestrukcji i przymusie niszczenia tego, co dobre.
– No, ale skąd się to bierze?
– Z pani zaburzenia.
– To dość wymijająca odpowiedź.
– Pani Aniu. Dla nas teraz najważniejsze jest to, by skupić się na wyeliminowaniu tych zachowań. A nie to, skąd one się wzięły.
Próbował mnie przekonać, że na siłę chcę zajmować się od razu dużymi problemami, zamiast zacząć od małych. I w rezultacie nie rozwiążę ani jednych, ani drugich.
Jakoś średnio mnie to przekonało.
– Pani Aniu, bo to tak naprawdę jest walka z samym sobą.
A ja wolę zrobić rozpoznanie wroga, zanim wypowiem mu wojnę.

Podziel się!

113 – „to wszystko pani wina”

Miałam dziewiętnaście lat.
Właśnie wchodziłam do gabinetu psycholog, do której chodziłam od jakiegoś czasu. Telefon. Dzwonił ojciec.
Bezradnie spojrzałam na psycholog, nie wiedząc co zrobić.
– Proszę odebrać.
Nacisnęłam zieloną słuchawkę.
– Tak?
– Chcę coś wydrukować, a ty masz hasło do komputera!
– No mam.
– Podaj mi je w tej chwili!
– Nie.
– Podaj mi je w tej chwili albo natychmiast wracaj do domu!
– Mam spotkanie. Będę w domu za półtorej godziny, to ci to wydrukuję. I założę wam drugi profil na kompie.
– Masz w tej chwili wrócić do domu! I podaj mi to hasło!
– Powiedziałam ci. Za półtorej godziny będę.
– Z kim to spotkanie?
– Nieważne. Ze znajomymi.
– Kto jest ważniejszy ode mnie?!
– No przestań… Za półtorej godziny będę.
– Pożałujesz gówniarzu!
– Muszę kończyć. Pa.
Rozłączyłam się.
Opowiedziałam psycholog, jak wyglądała ta rozmowa.
– Pani ojciec zachowuje się, jak dziecko, któremu zabrali cukierka. Ale to wszystko pani wina.
Oniemiałam. Moja wina?
– Pani wina, bo pozwoliła pani na to, żeby rodzice tak panią traktowali. A teraz się pani dziwi. Tak, to wszystko pani wina.

Gdy wróciłam do domu, ojciec trzymał w ręce kabel od internetu. Odpiął połączenie komputera z modemem.
– Mówiłem, że pożałujesz! Masz szlaban na internet!

Podziel się!

103 – gdzie jest sens?

Im bliżej jestem skończenia drugiej części Młodego boga, tym bardziej się waham. Czy ta książka ma sens? Czy komuś będzie chciało się czytać same dialogi z terapeutą? Coraz częściej myślę, że to pisanie jest bezcelowe.

Dwa ulubione słowa poprzedniego terapeuty? Dwa słowa, które padały chyba najczęściej?
„JA” i „MNIE” – oczywiście w odniesieniu do jego osoby.
Źle się czułam w tygodniu? Zapewne dlatego, że mi go brakowało i czułam się przez niego opuszczona.
„Jak pani myśli, co ja myślę o pani?”
„Jak pani myśli, jak ja się czuję z pani milczeniem?”
Co tydzień, przed każdą sesją, widziałam jak nerwowo pali fajkę przed budynkiem, w którym miał gabinet.
Taki oo, egocentryczny, znerwicowany terapeuta.

Podziel się!

102 – na huśtawce

Cały dzień było dobrze. Dobry humor, w konsekwencji którego napisałam kolejny rozdział książki.
Poszłam na zakupy. Potem zaczęłam robić obiad.
I nagle wszystko straciło sens. Wróciły myśli samobójcze. A to wszystko przez status borderline. Pograniczne zaburzenie osobowości, jak sama nazwa wskazuje, jest tylko zaburzeniem. Nie chorobą. A ja się pytam, kurwa, dlaczego?
Leczenie na NFZ graniczy praktycznie z cudem. Pomijając fakt, że czeka się na nie około roku. Pomoc, którą oferuje państwo, nie wystarcza. Żeby terapia była efektywna, potrzeba co najmniej dwóch sesji tygodniowo. W praktyce wygląda to tak, że można liczyć na dwa-trzy (jak ktoś ma szczęście to cztery) spotkania w miesiącu. Kiedyś próbowałam leczyć się na NFZ. Mając bardzo silne myśli samobójcze, musiałam czekać trzy tygodnie na kolejne spotkanie z psychologiem.
Kolejna sprawa. Leki. Dlaczego muszę płacić sto procent za neuroleptyk (lęk przeciwpsychotyczny) skoro bez niego nie mogę normalnie funkcjonować? Bo co, bo refundacja przysługuje tylko osobom ze schizofrenią i depresją dwubiegunową?

Moje leczenie pochłania miesięcznie bagatela tysiąc złotych. Tysiąc złotych! Czyli praktycznie całą wypłatę, którą zarabiałabym pracując znów jako robotnik. Bo borderline w moim przypadku wiąże się z pracą dużo poniżej kwalifikacji. W takiej pracy jestem w stanie wytrzymać dwa-trzy miesiące. Traktowana jak śmieć, otoczona ludźmi, których jedyną ambicją jest dobre spakowanie lampy w karton, bardzo szybko dochodzę do stanu całkowitej depresji, nadużywania alkoholu, silnej autoagresji, myśli i prób samobójczych.
Gdyby nie finansowa pomoc cioci, nie dałabym rady leczyć się prywatnie w takim zakresie, jaki jest mi potrzebny.
Jest we mnie jakiś żal. Pretensje do siebie, państwa, specjalistów i poczucie winy, ale i pokrzywdzenia.
Dlaczego nie mogę liczyć (już nawet nie mówię o rencie), choćby na bezpłatne ubezpieczenie? Przecież splaciłabym ten dług podejmując pracę po wyleczeniu (a raczej zaleczeniu, bo z bpd ponoć wyleczyć się nie da). Dlaczego osoby choćby z depresją dwubiegunową są uznawane za chore i mogą liczyć na wsparcie państwa, a ja nie?
W konsekwencji, znów jedynym rozwiązaniem wydaje mi się śmierć.

Podziel się!

84 – sesja

Powiedziałam to, czego się bałam. Tak, jak myślałam. Nie odrzucił mnie.
– Zrezygnowałam z tej szkoły. Nie byłam ostatnio na zjeździe.
– Pani Aniu, wraca pani do utartych schematów. Co chce pani zmienić w swoim życiu?
– Nie wiem… Pogubiłam się w tym wszystkim.
– Ostatnio przeżywała pani duże napięcie, prawda?
– Ja wiem, czy to napięcie… Bardziej pustka. A ja nie mogę czuć pustki. Jak byłam młodsza, kiedy łykałam te wszystkie leki i zapijalam wódką, chciałam się znieczulić, nic nie czuć. A teraz nie mogę czuć pustki. Pojawiają się wtedy myśli samobójcze. I za pomocą bólu chcę poczuć, że żyję.

Podziel się!