911 – odrealnienie

Trudno mi dziś trzymać odpowiedni poziom kontaktu z rzeczywistością. Derealizacja i depersonalizacja zaglądają do mnie zza rogu. Nie wpadały w odwiedziny przez całe lata. Czasem tylko machając z ukrycia. Przez uchylone okno owiewa mnie zimny wiatr. Ale i on nie jest w stanie sprowadzić mnie na ziemię. Próbuję pracować i niby robota powoli idzie do przodu, ale nie mogę powiedzieć, że jestem na niej skupiona.

Fiźka śpi na posłanku przy biurku. Cichutko chrapie. Pokochałam tego psa.

Codziennie po pracy piszę wspomnienia. Myślałam, że emocjonalnie będzie to dużo trudniejsze. Okazało się jednak, że dominującą emocją podczas pisania jest nostalgia, a nie rozpacz, nie poczucie straty i opuszczenia. Dobrze robi mi ten proces twórczy. Pozwala uporać się z tym, co czułam po zakończeniu terapii. I po raz kolejny okazuje się, że pisanie to dla mnie najlepsza forma autoterapii. Coś czuję, że to będzie moja najlepsza książka autobiograficzna.

Dziś, co prawda, pojawiła się tęsknota za relacją z panem M. Dziś fakt jego odejścia z mojego życia daje mi w kość. Ale nie pociąga za sobą żadnych działań ani przymusów autodestrukcyjnych czy autoagresywnych. Łzy cisną mi się do oczu, ale czyż płacz nie jest zdrowy i oczyszczający? Wolno mi płakać i tęsknić, pozwoliłam sobie na to.

Brakuje mi Mrówka. Dzwoni codziennie kilka razy, przysyła zdjęcia, opowiada. Chcę, żeby był już w domu, ale czekam cierpliwie. Wiem, że potrzebuje tego wyjazdu i cieszę się, że jest mu tam dobrze.

Jest spokojnie. Smutno, lecz spokojnie.

Podziel się!

908 – tak się zaczęła znajomość z panem M.

Jak już wspominałam, pan M. nie miał nic przeciwko napisaniu książki z naszej wspólnej pracy. I tak oto zaczyna się czwarta część cyklu „Młody bóg z pętla na szyi”…

ROK I

Maj

Terapia u pana S. zakończyła się gwałtownie („Młody bóg z pętlą na szyi. Terapia u Doktorka”). Bardzo mnie rozczarowała, choć z drugiej strony pobudziła chęć stworzenia prawdziwej relacji terapeutycznej, opartej na bliskości, zaufaniu i poczuciu bezpieczeństwa. Jeszcze przed hospitalizacją na oddziale zamkniętym, gdzie otrzymałam diagnozę pogranicznego zaburzenia osobowości („Młody bóg z pętlą na szyi. Psychiatryk”) trafiłam na stronę internetową pana M. Gdy przeczytałam, co na niej napisał i zobaczyłam jego zdjęcie (a uważam, że jest ono niekorzystne), gdzieś w nieświadomości mu zaufałam. Już wtedy. Potem był oddział zamknięty i polecenie przez pracującą tam psycholog pana S. Jakoś nie pamiętałam o znalezionym kilka miesięcy wcześniej terapeucie. Przypomniałam sobie o nim dopiero po porzuceniu pierwszej terapii.

Był trzeci maja. O godzinie 10:54 wysłałam następującą wiadomość:

Witam,
mam dwadzieścia osiem lat i zdiagnozowane zaburzenia osobowości borderline, problem z autoagresją od trzynastu lat, lękami np. przed mówieniem.

Chciałabym się dowiedzieć, czy można się umówić do pana na konsultacje? Jeśli tak, to kiedy jest najbliższy termin? Jaki jest koszt konsultacji/sesji?
Pozdrawiam,
Anka Mrówczyńska 

O godzinie 21:44 przyszła odpowiedź:

Dobry wieczór,
koszt konsultacji wynosi 100 zł, proszę do mnie zadzwonić w celu umówienia się, [numer telefonu],
pozdrawiam 
pan M.

Następnego dnia wykonałam telefon. Popchnęła mnie do tego odwiedzająca nas ciocia. Naciskała, żebym zadzwoniła. Oczywiście się opierałam, cierpiąc na okropny lęk przed rozmowami telefonicznymi. Ale wiara w to, że pan M. stanie się moim prawdziwym terapeutą, którego pragnęłam, dodała mi sił. Umówiliśmy się na konsultacje dzień później.

Mimo porażki pierwszej terapii i zawodu relacją z panem S. obdarzyłam pana M. ogromnym kredytem zaufania, choć całe lata zajęło mi otwieranie się przed nim i nigdy nie udało się to do końca. Z perspektywy czasu widzę, że było warto. Nigdy mnie nie zawiódł, był przy mnie w najtrudniejszych chwilach i zawsze mogłam na niego liczyć. Wytrzymywał moje skrajne emocje, ataki na relację, przychodzenie pod wpływem alkoholu, silne kryzysy z tendencjami samobójczymi i setki wiadomości, które wysyłałam w momentach, gdy nie potrafiłam sobie poradzić sama. Idealizowałam go, to prawda. Na palcach jednej dłoni można policzyć sytuacje, gdy czułam do niego złość. A i to chwilowo, bo błyskawicznie mi przechodziło. Nie potrafiłam się na niego gniewać. Był moim terapeutą idealnym. Takim, że lepszego nie mogłam sobie wymarzyć. Przez te sześć lat ani razu nie poczułam się przez niego skrytykowana, skrzywdzona czy odrzucona. I choć ostatecznie zakończenie tej terapii przeżyłam, jako bardzo bolesne opuszczenie, nigdy nie żałowałam nawiązania tej relacji.

Na pierwsze konsultacje szłam z dużą obawą, a jednocześnie ogromną nadzieją. Wiedziałam, że pacjenci z diagnozą pogranicznego zaburzenia osobowości są uznawani za trudnych i nie każdy terapeuta podejmuje się ich leczenia. Jednak już podczas pierwszych minut znajomości, pan M. mnie zaskoczył, bo z jego słów zrozumiałam, że wszystko tak naprawdę zależy ode mnie.
– Była pani kiedyś na terapii? – Zapytał.
– Tak, prawie rok.
– To dlaczego pani zrezygnowała?
Nie do końca wiedziałam, co mam odpowiedzieć, więc powiedziałam, że z poprzednim terapeutą nie dopasowaliśmy się osobowościowo.
– Ale tak było od początku?
– Tak.
– To dlaczego wytrzymała pani tyle czasu?
– Nie wiem… chyba miałam nadzieję, że coś się zmieni.
– Wie pani, jeśli od początku jest coś nie tak, to raczej się to nie zmienia. Może na początek umówmy się na trzy spotkania, żeby przekonała się pani, czy to jest dobry wybór. Bo jeśli okaże się, że nie, to radziłbym poszukać kogoś innego. Terapia nie jest emocjonalnie łatwa i zawsze relacja może się pogorszyć. Także jeśli od początku nie będzie dobrze, to to się raczej nie poprawi. W psychoterapii bardzo ważna jest otwartość, więc jeśli nie będzie pani potrafiła być ze mną szczera, to będzie to początek końca.
Jakoś wzruszyły mnie jego słowa. Sprawiły, że poczułam się ważna, bo to ode mnie miało zależeć, czy będziemy razem pracować oraz czy ta współpraca będzie owocna.
Podkreślił również, że powinniśmy się spotykać dwa razy w tygodniu, co także wpłynęło na mnie pozytywnie. Oto miałam mieć swojego kolejnego terapeutę, który chciał pracować ze mną intensywniej. Podobało mi się to.
Podczas pierwszej wizyty sporo pytał o poprzednią terapię. Był ciekawy przyczyn jej niepowodzenia. Czyżby chciał uniknąć błędów poprzednika? Mówił też o wynikających z zaburzenia borderline trudnościach, które mogą się pojawić podczas wspólnej pracy. Jak chociażby atakowanie relacji przez pacjenta i próba jej zniszczenia. Ostrzegł mnie, że nieświadomie będę podejmowała różne działania, żeby ta terapia się nie udała. Stąd jedną z zasad, które musiałam zaakceptować, był obowiązek płacenia za spotkania, na których bym się nie pojawiła. Zdziwiłam się. Nie protestowałam, ale przyjęłam to zimnym i oschłym „mhm”. Jak to określił pan M., miała to być forma zmobilizowania mnie do regularnego uczęszczania na sesje.
– Żeby wpłynąć na te strefy, które są w pani umyśle zaburzone, potrzebna jest regularność No bo jeśli będzie pani przychodzić raz na jakiś czas, to możemy sobie wtedy luźno pogadać. Taka terapia nie ma sensu i mogłaby trwać nawet osiem lat. Szkoda więc na nią czasu i pieniędzy – dodał.

Na drugim spotkaniu pan M. Poprosił mnie o opowiedzenie historii swojego życia, abyśmy mogli wyłapać najważniejsze momenty, które miały wpływ na rozwój zaburzeń. Zaczęłam od początku, od drugiego roku życia, jednak szybko wspomniałam, że pomiędzy tą a poprzednią konsultacją byliśmy z narzeczonym i ciocią w Amsterdamie. Od razu dodał dwa do dwóch.
– Powinna pani unikać marihuany. Ona sama w sobie powoduje problemy poznawcze, a co dopiero, gdy ktoś miał je wcześniej.
Odebrałam to jak moralizatorstwo i zbyłam milczeniem. Jednak ani trochę mnie to do niego nie zraziło.
Przyznałam też, że mówienie zawsze było dla mnie problemem. Że całe życie wolałam myśleć niż mówić.
– Tutaj na terapii proszę potraktować mówienie jako takie głośne myślenie. Chodzi nam o to, żeby nauczyła się pani właśnie tak głośno myśleć i dzięki temu ujawniała swój świat wewnętrzny – poradził, ale zareagowałam na to bezsilnym rozbawianiem. Gdyby to było takie proste…

Podziel się!

901 – autocenzura

Wczorajsza gównoburza na mojej facebookowej grupie doprowadziła mnie do ostateczności, stąd poprzedni wpis. Ale to nie tak, że zupełnie znikam. Po prostu postanowiłam nie publikować tu treści kontrowersyjnych i budzących tak skrajne emocje. Wszystkie dramatyczne wpisy będą powstawać w edytorze tekstu. Tak będzie lepiej i dla mnie, i dla Was.

Nie wiem, czy znów odcięłam się od emocji, czy ta część, która we mnie walczy o życie łaskawie się przebudziła. Niemniej jednak jakoś się pozbierałam i, choć wciąż na kolanach, brnę dalej. A może to złapanie się nikłej nadziei w kwestiach wydawniczych dodało mi sił? Nie wiem.

Zaczęłam pracę nad piątą częścią Młodego boga – „Nowe horyzonty”. To będzie ten blog. Na razie nie mam siły psychicznej na wspominki z terapii. Muszę dać sobie czas, wylizać rany, przeżyć żałobę i nabrać dystansu.

Podziel się!

886 – w cierpieniach się rodzi

„Sen”

Na zmęczone oczy, najprostszy lek.
Ciemność, głuchość i sen.
Lecz bezsenne usta nieustannie szepcą:
„Błagam, nie odchodź! Zostań tu ze mną!”
Na wyczerpany stan emocjonalny
Najlepszy lek sprawdzony.
Łóżko, Lorafen i kilka łyków wódki.
I, proszę, nie marudź, że znów autodestrukcja.
Połóż się przy mnie, odprowadź w sen.
I nigdy, przenigdy nie opuszczaj mnie.

Podziel się!

884 – „Zadławienie”

„Zadławienie”

Halo! Proszę pana!
Stanął mi wiersz w poprzek gardła!
Ugrzązł jak ość z wigilijnego karpia.
Nijak przełknąć się nie daje.
Chleb, przerzutnia, metafora – próbowane.

Halo! Halo, proszę pani!
Stanął mi wiersz w poprzek gardła!
Przecisnął jeden wers, niczym nóżkę na zwiady.
Czy jest po co, by przeciskał się cały?

Halo! Halo, proszę pana!
Stanął mi wiersz w poprzek gardła!
I ni wejść, ni wyjść nie może.
Proszę, niech się ktoś zlituje i mi tu pomoże!

Podziel się!