429 – równowaga musi być

Już nie pamiętam, kiedy ostatnio tak dobrze mi się pisało. Przeredagowuję na papierze osiemnasty rozdział. Piszę, jak szalona.
A mimo to, chyba dla równowagi, ten przeklęty smutek. Wkradające się tylnymi drzwiami zwiatpienie i bezsens. Każda minuta to praca nad odporem tych myśli. W ferworze tworzenia łatwiej jest je uciszyć. I wierzyć w lepsze jutro.

Podziel się!

427 – wieści z bałaganu kartek

    O ósmej obudził mnie silny ból głowy. Pojawiły się myśli rezygnacyjne. Mimo wszystko nie dałam się. Jestem zbyt zmotywowana. Za bardzo mi zależy, żeby sobie odpuścić choćby jeden dzień.
    Kawa – jedna, druga, trzecia. Łeb pęka, ale to mnie nie powstrzyma. Tym sposobem znalazłam się dziś na półmetku.
    W południe wydrukowałam pierwszą przeredagowaną połowę książki i padłam.
    Nie mam już siły. Łeb boli coraz bardziej. Muszę się położyć.
    Ale dzisiejszy dzień uznaję za wygraną bitwę.

    Podziel się!

426 – wiosna!

Ta pora roku i neuroleptyk sprawiają, że przestaję być sobą – wstaję skoro świt, pełna energii do działania. Taka wersja mnie mi się podoba.
Dochodzi godzina ósma rano, a ja właśnie zaczynam poprawiać drugi rozdział. Wczoraj też ogarnęłam dwa. Jak tak dalej pójdzie, skończę do kwietnia, a nie do maja.

Tylko proszę, niech znów nie przyjdzie kryzys. Idzie mi tak dobrze. Nie chcę znów chcieć zdechnąć. Ja muszę mieć siłę, żeby pisać. Wszystko zapisać!

Szczęśliwego pierwszego dnia wiosny i całego życia – wszystkim!

Podziel się!

425 – nadchodzi wyż

I to nie tylko w pogodzie.
Po wiadomości otrzymanej w tamtym tygodniu aż palę się do pisania. Nabrałam wiatru w żagle. Pracuję w tempie rozdziału na dobę.
Jedna czwarta książki za mną.

Jestem tak zakręcona i osadzona w swoim świecie, że tę notatkę zaczęłam pisać na kartkach książki. Myślałam, że to fragment „Terapii u Doktorka”. Cóż… Wena rządzi się swoimi prawami.

Podziel się!

424 – niedziela

Chyba najgorszy dzień tygodnia. Nawet poniedziałek jej ustępuje.
Bezsenna noc – całkowicie. Czyżby przez arypiprazol? Z boku na bok, z boku na bok.
O 5:00 wstałam. Wypiłam dwie kawy, połknęłam leki. Cztery godziny później położyłam się i spałam do 11:00. Znów ta wysokiej jakości higiena snu… Ale co zrobisz, jak nic nie zrobisz? Można było połknąć Lorafen, no można było. Ale chciałam się z tym problemem uporać sama. No to się uporałam, nie ma co.

Cztery przeredagowane rozdziały „Terapii u Doktorka” w wersji cyfrowej spoczywają na dysku. Dokładnie na kilku dyskach. Lepiej mieć kilka kopii. Licho nie śpi, a złośliwość przedmiotów martwych… I tak dalej.
Pozostałe rozdziały, które pokrywają literami stosik kartek, czekają na swoją kolej. Uwielbiam kreślić czarnym długopisem po czarnym wydruku. I dopisywać, i skreślać, i skreślać, i dopisywać. Wtedy czuć, że się coś dzieje. A jak praca idzie do przodu to i człowiek czuje, że żyje.

Podziel się!