374 – powrót z bezdroży

Jak odnaleźć drogę powrotną? Szlajam się po manowcach od dłuższego czasu. Pozwalam emocjom interpretować fakty. Niebezpiecznie.

Mrówek wymógł na mnie kontakt z psychiatrą. Napisałam.

Na myśl o jutrzejszej sesji cała się trzęsę. A może nie próbować ciągnąć tematu bliskości i seksu na siłę? Może dać sobie czas i zająć się czymś innym? Łatwiejszym? Przecież znów muszę się jakoś otworzyć przed terapeutą.

Wczoraj dostałam do akceptacji tekst „Autoterapii” po korekcie. Dziś wstałam, więc skoro świt, mimo kolejnej zarwanej nocy. Plik poszedł do składu. A ja nie potrafię napisać trzech tekstów promocyjnych. Trzech krótkich artykułów…

Zaczynam sobie przypominać, że chcę żyć i to życie kocham. Gdzieś świtają wspomnienia, że czasem bywa dobrze. Choć wczoraj pół dnia przepłakałam w łóżku – że trzy dekady za mną, a od siedemnastu lat tak bardzo cierpię. Że już dłużej nie dam rady.

Do tego wszystkiego znów ogromny lęk związany z wydaniem. Jak zostanie odebrana ta książka? Czy był sens ją pisać? I przeświadczenie, że ona i tak niczego nie wnosi. Że poleje się hejt. Że już nigdy nic nie napiszę.

Objawy nerwicowe nie odstępują na krok. Te wszystkie myśli i przymusy zapchały łeb. Znów błagam o krótki urlop od siebie. Żeby odpocząć, odetchnąć i na nowo moc zacząć walczyć o życie.

Podziel się!

356 – fragment „Majki”

Beletrystyka w wykonaniu Mrówczyńskiej.

„Przełom nastąpił w ponury, listopadowy wieczór. Ojciec, jak zwykle nachlany, potykając się o próg wtoczył się do domu. Mamrotał coś bez ładu i składu, wymachując gumową pałką, jakby chciał uderzyć niewidzialnego przeciwnika. Matki nie było w domu. Andrzej czekał na niego w pokoju dziennym i zastanawiał się, co tym razem uszkodzi mu ten skurwiel. Ojciec nie skierował jednak kroków w jego stronę. Odbił się od ściany i wpadł do pokoju chłopców. Nagle mieszkanie przeniknął rozpaczliwy płacz siostrzyczki. To było, jak zapalnik. Pierworodny wpadł do pokoju i zobaczył, że milicjant trzyma małą nad głową, potrząsa z całych sił, raz po raz wykonując ruch, jakby miał nią rzucić o ścianę.
– Zostaw ją, ty skurwielu! – Andrzej krzyknął ile sił w płucach. Ten rzucił maluszka na łóżko i zamachnął się pałką. Chłopak rzucił się na łóżko, by osłonić siostrę. Środkowy z rodzeństwa wcisnął się w róg pokoju i cicho łkał. Ojciec nigdy nie robił krzywdy jemu, ani małej. I chyba z tego powodu, w nastolatku coś pękło. Gdy ojciec wziął kolejny zamach, doskoczył do niego, wyrwał mu pałkę, co nie było aż tak trudne, biorąc pod uwagę stan upojenia starego. Zdzielił go z całej siły w głowę. Stary zachwiał się i upadł. Młody poczuł, że już dłużej nie muszą znosić tego piekła. Bił raz za razem, gdzie popadło. Milicjant splunął krwią i wybełkotał:
– Ty chuj… – ale urwał pod wpływem silnego uderzenia pałką w twarz.
Gdy stracił przytomność, Andrzej wyjął mu broń z kabury.
– Weź małą – rzucił do pięciolatka. Ten pospiesznie wykonał polecenie.
Został w pokoju sam na sam ze swoim wieloletnim katem. Patrzył na niego z pogardą celując prosto w twarz.
– Phhhh…. – zamruczał cicho pod nosem, udając wystrzał. Wyobrażał sobie, jak twarz tego skurwiela eksploduje, tworząc na ścianach krwawe rozbryzgi.
Nie, to nie byłby dobry pomysł. Postanowił zadziałać metodycznie. Dowlókł starego pod ścianę i posadził, opierając o nią. Przyłożył lufę do jego lewej skroni – ojciec był mańkutem. Bez mrugnięcia okiem pociągnął za spust. Pokój wypełnił się hukiem, któremu niemal jednocześnie zaczął wtórować płacz młodszego rodzeństwa. Kat osunął się na ziemię. Andrzej z satysfakcją patrzył, jak stróżka krwi spływa po jego twarzy i tworzy na podłodze ciemniejącą kałużę. Broń miał wciąż wycelowaną w niego, jakby się bał, że może jeszcze ożyć. Zupełnie stracił poczucie czasu.
– Chryste Panie! Co tu się… – dopiero krzyk matki, która właśnie wróciła do domu, wyrwał go z tego odrętwienia.
– Nic. Dzwoń na milicję. Nasz nieodżałowany ojciec popełnił samobójstwo – rzucił beznamiętnie i włożył broń w lewą dłoń trupa. „

Podziel się!