356 – fragment „Majki”

Beletrystyka w wykonaniu Mrówczyńskiej.

„Przełom nastąpił w ponury, listopadowy wieczór. Ojciec, jak zwykle nachlany, potykając się o próg wtoczył się do domu. Mamrotał coś bez ładu i składu, wymachując gumową pałką, jakby chciał uderzyć niewidzialnego przeciwnika. Matki nie było w domu. Andrzej czekał na niego w pokoju dziennym i zastanawiał się, co tym razem uszkodzi mu ten skurwiel. Ojciec nie skierował jednak kroków w jego stronę. Odbił się od ściany i wpadł do pokoju chłopców. Nagle mieszkanie przeniknął rozpaczliwy płacz siostrzyczki. To było, jak zapalnik. Pierworodny wpadł do pokoju i zobaczył, że milicjant trzyma małą nad głową, potrząsa z całych sił, raz po raz wykonując ruch, jakby miał nią rzucić o ścianę.
– Zostaw ją, ty skurwielu! – Andrzej krzyknął ile sił w płucach. Ten rzucił maluszka na łóżko i zamachnął się pałką. Chłopak rzucił się na łóżko, by osłonić siostrę. Środkowy z rodzeństwa wcisnął się w róg pokoju i cicho łkał. Ojciec nigdy nie robił krzywdy jemu, ani małej. I chyba z tego powodu, w nastolatku coś pękło. Gdy ojciec wziął kolejny zamach, doskoczył do niego, wyrwał mu pałkę, co nie było aż tak trudne, biorąc pod uwagę stan upojenia starego. Zdzielił go z całej siły w głowę. Stary zachwiał się i upadł. Młody poczuł, że już dłużej nie muszą znosić tego piekła. Bił raz za razem, gdzie popadło. Milicjant splunął krwią i wybełkotał:
– Ty chuj… – ale urwał pod wpływem silnego uderzenia pałką w twarz.
Gdy stracił przytomność, Andrzej wyjął mu broń z kabury.
– Weź małą – rzucił do pięciolatka. Ten pospiesznie wykonał polecenie.
Został w pokoju sam na sam ze swoim wieloletnim katem. Patrzył na niego z pogardą celując prosto w twarz.
– Phhhh…. – zamruczał cicho pod nosem, udając wystrzał. Wyobrażał sobie, jak twarz tego skurwiela eksploduje, tworząc na ścianach krwawe rozbryzgi.
Nie, to nie byłby dobry pomysł. Postanowił zadziałać metodycznie. Dowlókł starego pod ścianę i posadził, opierając o nią. Przyłożył lufę do jego lewej skroni – ojciec był mańkutem. Bez mrugnięcia okiem pociągnął za spust. Pokój wypełnił się hukiem, któremu niemal jednocześnie zaczął wtórować płacz młodszego rodzeństwa. Kat osunął się na ziemię. Andrzej z satysfakcją patrzył, jak stróżka krwi spływa po jego twarzy i tworzy na podłodze ciemniejącą kałużę. Broń miał wciąż wycelowaną w niego, jakby się bał, że może jeszcze ożyć. Zupełnie stracił poczucie czasu.
– Chryste Panie! Co tu się… – dopiero krzyk matki, która właśnie wróciła do domu, wyrwał go z tego odrętwienia.
– Nic. Dzwoń na milicję. Nasz nieodżałowany ojciec popełnił samobójstwo – rzucił beznamiętnie i włożył broń w lewą dłoń trupa. „

Podziel się!

350 – zwrot ku beletrystyce

Właśnie kończę trzynastą stronę „Majki” i zaczynam dostrzegać ogromny potencjał beletrystyki. Potencjał autoterapeutyczny.
Przeglądając to, co napisałam do tej pory, na myśl nasuwa mi się jeden wniosek – wszystko to ocieka agresją i brutalnością. Wszelkie negatywne emocje, które się we mnie kłębią, przypisuję bohaterom i czyniąc z nich bezwzględnych oprawców, daję upust tym emocjom. To oczyszczające.

Jeszcze jedno. Z życiem jest, jak z pisaniem. Czasem człowiek wpadnie na jakiś pomysł, napisze jakiś rozdział, a potem ni cholery nie może ruszyć dalej. Coś się w tej historii nie sprawdza, coś hamuje rozwój wypadków. I, choć czasem jest to trudne, wystarczy ten fragment tekstu – ślepy zaułek – usunąć, by bieg wydarzeń znów nabrał rozpędu.

Podziel się!

348 – gdy jest źle, zrób krok do przodu

Pobudka była okropnym przeżyciem. Z bólem, tym najgorszym – niefizycznym. Topiłam smutek w gorącej kawie. Zagryzłam wenlafaksyną i lorazepamem. Przepaliłam fajką. Nic nie lepiej.
Trzy godziny tępego gapienia się w okropną pogodę za oknem. Rozmyślania nad tym, co udało się napisać przez ostatnie dni.
– A może by tak włączyć komputer i pisać dalej?
– Pisać? Ale po co? Jaki to ma sens?
A za jakiś czas przemówił przeze mnie Lorafen:
– Włącz komputer, siadaj i pisz. Nieważne, czy będzie to miało sens. Nieważne, czy ostatecznie się przyda. Siadaj i pisz!
I tak zrobiłam.
Kolejna strona do przodu. Przebłysk zadowolenia z siebie. Na krótko.
Plik zamknięty. Komputer wyłączony. Przymusy wróciły. Bezłzawy płacz. By nikt nie dostrzegł tego bólu.
Gdy jest źle, zrób krok do przodu. Choćby ulga miała być chwilowa.

Podziel się!

346 – zdechły mi baterie

Wyczerpałam baterie sił witalnych do cna. Ostatkiem sił zjadłam zupę pomidorową i padłam na kanapę.
Od rana napisałam chyba z pięć stron książki. Początkowo mocno posiłkowałam się nabazgranymi kiedyś rozdziałami w zeszycie. A potem weszłam na taki poziom kreatywności, że historia sama się pisała. Ledwie widzę na oczy, ledwie przebieram palcami na smartfonie, by skreślić te kilka zdań. Spać!
Baterie wyczerpane, ale zadowolenie z siebie, szczególnie po ostatnim odpływie weny, poszybowało w górę.

Zastanawia mnie tylko, czemu znów czuję ten nieznośny ból w nadgarstku nakazujący czynności autoagresywne. Ale nie. Nie! – powiedziałam. Nic takiego nie będzie miało miejsca. W końcu cztery miesiące abstynencji to nie w kij dmuchał.

Podziel się!