306 – terapia borderline: czy jest tu jakiś dystans?

Wczorajszy dzień był tragiczny – płacz, myśli samobójcze, przymus autoagresji. Nie złamałam się, nie uległam pokusom.
Utworzyłam nowy plik – książka science-fiction zaczęta dwiema trzecimi strony. Pomysł jest, koncepcja również.
– Nie znoszę pisać jednej książki na raz.
– Tak? Czyli musi być więcej?
– Co najmniej dwie.
– A dlaczego tak?
– Bo kiedy nie mam pomysłu na jedną, mogę pisać drugą.
– No tak, żeby zawsze coś robić.
Otóż to. Proces twórczy musi trwać nieustannie – inaczej tracę sens życia.
– W niedzielę skończyłam „Autoterapię”.
– W ogóle pisanie jest dla pani świetną formą autoterapii. Dzięki niemu może się pani przyjrzeć problemom z boku.
– I nabrać do nich dystansu.

Pogadałam z nim szczerze, tak od serca, bez spinania się. Ulżyło mi.
Pośmialiśmy się również z moich głupich reakcji.
– Pamięta pani, jak pierwszy raz powiedziałem, że przyjmuje pani fałszywą rolę ofiary? Że krzywdząc siebie, jest pani sprawcą, bo krzywdzi pani również innych?
– Tak – uśmiechnęłam się, bo teraz już mam do tego dystans, ale wtedy…
– Nie odezwała się pani do mnie do końca sesji. A potem chciała zerwać terapię, usilnie twierdząc, że to ja nie chcę z panią pracować.
Hehe, było tak. I to stosunkowo niedawno.

Cieszę się, że mimo wszystko, mimo wysyłania tylu smsów o zakończeniu terapii, tracenia sensu, nieprzychodzenia na sesje, jednak wciąż przychodzę do gabinetu.
Wiem, że jeszcze nie raz będę próbowała zniszczyć tę relację, zaprzepaścić wszystko, co osiągnęłam. Ale wierzę, że z pomocą terapeuty wytrwam do jej końca – a ostatnim zdaniem w ostatniej części „Młodego boga…” będzie „JESTEM ZDROWA”!

Podziel się!

305 – twórcza żałoba

Po wczorajszej euforii nie było śladu już kilka godzin później. Wrócił zły nastrój, smutek, przygnębienie. Myślałam że to hormony – okres.
Ale to nie to. Przynaniej nie tylko.
To żałoba. Tak, twórcza żałoba. Czwarty raz miałam okazję postawić ostatnią kropkę. Czwarty raz po rozsadzającym od środka szczęściu, nadszedł smutek. Wrażenie, jak gdyby już nigdy nic miało nie być napisane. Choć w trakcie pisania tak się niecierpliwię i chcę już skończyć, gdy nadchodzi ten moment, jest mi przykro. Choć powstaje książka, umiera proces twórczy, który trzeba opłakać – jak na żałobę przystało.
Choć odwracam myśli w stronę „Majki” i science-fiction, na którego tytuł pomysłu żadnego nie mam – póki co.
Pocieszam się – za jakiś czas bez reszty pochłonie mnie beletrystyka. I tego się trzymajmy!

Podziel się!

304 – króliczek

Po obudzeniu zalała mnie fala smutku, rezygnacji i suchego płaczu – wewnętrznego. Utrata sensu.
Siadłam jednak do „Autoterapii”, ostatniego rozdziału. Dałam się ponieść wyobraźni i nastąpił twórczy przypływ. Nawet nie wiem, ile czasu pisałam. Pochłonęło mnie to bez reszty.
Godzina 12:29 – dogoniłam króliczka stawiając ostatnią kropkę w czwartej już książce.
Rozsadza mnie energia! I dumna! I poczucie spełnienia! I… sama nie wiem co jeszcze!
Całkiem niedawno, gdy wygrzebałam ten plik z jakiegoś katalogu, nie sądziłam, że uda mi się doczekać tego momentu. A jednak.

Projekt własnej autoterapii zamknął się w stu stronach i 510KB na dysku.

Teraz, ze spokojną głową, mogę się w pełni oddać beletrystyce. Koniec z rzyganiem sobą! Na jakiś czas oczywiście…

Podziel się!

303 – pod koniec i agresja

Codziennie piszę, dokładam cegiełki – nieduże, ale regularnie. Do napisania został ostatni rozdział „Autoterapii”. Kilka stron i zakończę kolejną książkę.

Wczoraj coś pisałam o agresji. Noc w śnie zwróciła syf. Koszmary. Jeden za drugim, każdy kończąc nagłym wybudzeniem dusznosciami i oblaniem gorącym potem.

Byłam w ubikacji, gdy jakiś facet z babką otworzyli z rozmachem drzwi. Nie wiem, kto to, ale we śnie ich znałam.
– Wezwaliśmy w nocy lekarza do ciebie! Myśleliśmy, że zapadłaś w śpiączkę! Nie dało się ciebie obudzić!
Z wkuwrem wybiegłam z kibla wprost do ogromnego salonu. Na kanapie siedział mój terapeuta, coś jedząc i pijąc. Nie odzywał się. Obserwował.
Kłóciłam się z każdym z rodziny po kolei. Bluzgałam, dochodziło do rękoczynów.
Matka nagrywała wszystko kamerką na laptopie.
– Nie wstyd pani, że będzie pani miała taki filmik w Ulubionych? – odezwał się nagle terapeuta.
– Nie chcę tego w Ulubionych! Nie chcę, żeby ktoś to widział. Wolałabym wysłać to do psychiatryka.
– Lepiej od razu na salę operacyjną. Żeby była podstawa do przeprowadzenia lobotomii – rzekł terapeuta patrząc na mnie z satysfakcją.
Ciotka wzięła mnie na bok.
– Za każdą minutę pobytu twojego terapeuty tutaj płacę dwa złote, a siedzi tu już cały dzień! Nie chcesz z nim porozmawiać, puścisz mnie z torbami!
Akcja się przeniosła.
Nie potrafiłam powstrzymać agresji. Kłóciłam się z nieżyjącą babcią. Wzięła paczkę moich tabletek na uspokojenie i wyrzuciła je do kosza. Wyjęłam je i rzuciłam się na nią z pięściami. Okładałam ją, tylko przez sekundę zastanawiając się, czy jej to nie zaszkodzi, biorąc pod uwagę fakt, że całe jej wnętrzności zaatakowane są przez nowotwór złośliwy. Mama próbowała mnie powstrzymać – i jej się dostało. Wszędzie krew, jęki i stęki.
Znów zerwałam się z łóżka, cała mokra, ledwie łapiąca oddech.

Skąd we mnie tyle złości i agresji… No skąd?

Podziel się!