301 – niemy krzyk

Chciałabym krzyczeć:
– Błagam! Niech mi ktoś pomoże!
Choć sama nie wiem w czym.
Wydrukowałam te dziewięćdziesiąt stron „Autoterapii”. Czytam. Jestem na stronie numer pięćdziesiąt dziewięć. I nie mogę więcej. Nie zniosę. Rozpadłam się na części. Na kawałki. Rozbryzgałam na odłamki jak kryształ.
Nie sądziłam, że nawet podejście z takim dystansem do swoich problemów może być tak bolesne.
Chcę mi się płakać. I ciąć. I nażreć tabletek, których nie mam. Obojętnie, byle co. Żeby tylko nie czuć.
Zaklinam rzeczywistość, żeby pomógł ktoś, choć tylko sama mogę sobie pomóc.

Podziel się!

300 – krok do przodu, większy lęk

Tak sobie dziś siadłam do „Borderline: Autoterapia” i myślałam. Choć właściwie nie. Najpierw pisałam. Dopiero potem myślałam (jakkolwiek by to nie zabrzmiało). W końcu podjęłam męską decyzję i z dwóch rozdziałów zrobiłam jeden. A kto mi zabroni? Hehe, jak to człowiek zrobi wszystko, żeby tylko szybciej skończyć. Nie no, żartuję.
Zostały niecałe trzy rozdziały do końca. Chyba, że w miejsce zlikwidowanego wskoczy jakiś nowy. Hmm…

I znów, jestem przy końcu i pojawia się coraz większy lęk.
Że:
– To głupie!
Że:
– Nie ma sensu.
Że:
– Kto będzie chciał to przeczytać?
Że:
– To tak naiwne!

Myślenie katastroficzne i zakładanie najgorszego. A przecież przed chwilą o tym pisałam w książce. Sama siebie za to ganiłam. I znów robię to samo.

Dziewięćdziesiąt stron książki lub największej hańby. Komu dane będzie ten dylemat rozstrzygnąć?

Podziel się!

299 – fragment trzeciego rozdziału „Borderline: Autoterapia”

SESJA III – DALSZE OSWAJANIE EMOCJI – ZŁOŚĆ

– Dzień dobry, pani Psycholog.
– Witaj Mrówczyńska, siadaj.
– A gdzie Autorka?
– Zaraz przyjdzie.

(W gabinecie pojawia się Autorka, głośno trzaskając drzwiami.)

– Autorko, co się stało?

Pani Psycholog, jestem tak bardzo wkur… wkurzona! Robiłam korektę, nie zapisałam i wszystko poszło się jeb… prąd mi wyłączyli bez ostrzeżenia! Wybiegam na klatkę, a tam gość z elektrowni zmienia licznik. Spojrzał na mnie i mówi „To ktoś był w domu? Mam nadzieję, że nic nie popsułem.”, i uśmiecha się głupio. Jak mu puściłam wiązankę…

– Nic dziwnego.

Niech pani spojrzy na Mrówczyńską.

– Mrówczyńska, co ci jest? Dlaczego się tak skuliłaś?
– Nie chce mi się żyć.
– Ale dlaczego?
– Mam dość…

Ja chyba wiem, o co chodzi. Jestem taka wściekła! Co za burak z tego kolesia! Napiszę na niego skargę i go zwolnią!

– Proszę… Nie!

Dlaczego?

– On na pewno nie chciał! Błagam, nie rób mu nic!
– Mrówczyńska, o co ci chodzi? Czemu tak dziwnie reagujesz?
– Chcę umrzeć!
– Ale dlaczego?
– Nie wiem… Mam dość wszystkiego!

Hehehehe! Ona tak reaguje na moją złość! No nie mogę! Ja się wściekam na obcego faceta, a ta chce się zabić!

– Mrówczyńska, czy to prawda? To o to chodzi?
– Bo… ja się boję…
– Czego?

Gówna psiego! Wpada w panikę, gdy ktoś się przy niej denerwuje.

– Ty nic nie rozumiesz!
– Ja też nie rozumiem, wytłumacz nam.
– Nic nie ma sensu…

Pani Psycholog, mogę prosić na słówko?

Myślę, że ona ma problemy z zaakceptowaniem złości. Sama nie potrafi jej wyrażać, ale i nie potrafi reagować na czyjąś. Coś pani pokażę, tylko proszę mi nie przeszkadzać, ok?

– Ała! Autorko, dlaczego mnie kopnęłaś…?

Bo jesteś głupia i przez ciebie mamy same problemy!

– Masz rację… przepraszam…

I co mi po twoich przeprosinach?

– Przepraszam…

Głucha jesteś? Co mi to da, że mnie przeprosisz? Marnujesz nam życie!

– Wiem… przepra… błagam! Wybacz mi! Proszę, ja już więcej nie będę! Błagam!
– Brawo Autorko. Już widzę, o co chodzi. Mrówczyńska, dlaczego tak zareagowałaś na złość Autorki?
– Bo ona ma rację… powinnam umrzeć! Byłoby wam lepiej beze mnie.

Aha… Bo tego, że wszystkie trzy jesteśmy jedną osobą oczywiście nie pamiętasz, nie? Że bez ciebie nie możemy istnieć?

– Ale…
– Mrówczyńska, co poczułaś, gdy Autorka zachowała się w ten sposób w stosunku do ciebie?
– Smutek.
– Złość?
– Nie!
– Nie zezłościło cię to?
– Spowodowało myśli samobójcze.
– Dlaczego?
– Bo ona ma rację.
– Mrówczyńska, rozłóżmy tę sytuację na czynniki pierwsze. Autorka podeszła do ciebie i bez powodu cię kopnęła, po czym zaatakowała cię słownie.
– Miała rację…

No tak, bo ty jesteś workiem treningowym, nie?

– Zastanów się, Mrówczyńska. Gdyby Autorka postąpiła tak w stosunku do mnie, też byś jej broniła?
– Yyy… chyba nie…
– No właśnie.

Ona tak się boi złości, że automatycznie przyjmuje rolę ofiary. Bo jest ofiarą – losu!

– Nie mów tak… Proszę…

Nie becz głupia! Zezłość się na mnie!

– Nie.

Mówię ci, zezłość się buraku jeden!

– Autorko, czy ty przypadkiem nie przesa…

Proszę mi zaufać. Zdenerwuj się!

– Nie…

Nakrzycz na mnie nieuku! Ośle jeden zburaczały! Jesteś beznadziejna! Nic nie potrafisz!

– ODPIERDOL SIĘ!
– Mrówczyńska…
– Przepraszam, ale ona…

Nie przepraszaj!

– Autorka ma rację. Nie przepraszaj! Bardzo dobrze, że się w końcu otworzyłaś. Jak się teraz czujesz?
– Winna.
– Dlaczego?
– Bo się zezłościłam.
– Uważasz, że złość jest zła?
– Tak!
– Dlaczego?
– Nie wiem…

Co za sierota. Myśli coś, ale nie wie dlaczego.

– Bo złość krzywdzi i rani!

Czyli jednak wiesz. Dlaczego ty nie możesz po prostu mówić, tylko wszystko trzeba z ciebie wyciągać?

– Autorko, zostawmy to. Mrówczyńska uważasz, że złość krzywdzi i rani, tak?
– No tak.
– A co w sytuacji, gdy czyjeś zachowanie ci nie odpowiada? Gdy chcesz, żeby ktoś przestał robić to, co robi?

No jak to, co? Nie odezwie się ani słowem! I jeszcze czuje się wielce pokrzywdzona, biedaczyna…

– Dlaczego nie chcesz zwrócić temu komuś uwagi, że nie życzysz sobie takiego zachowania?
– Żeby nie pomyślał, że jestem…
– Jaka?
– …

Niewdzięczna! I czego beczysz, smarkaczu?

– Nie mów tak…

Jak?

– Daj mi spokój…

O proszę, jeszcze się obraziła! A wiesz, że obrażanie się to forma wyrażania złości? Tylko w taki bezsensowny bierno-agresywny sposób. Zamiast powiedzieć, o co ci chodzi. Nawet podnieść głos! Ty wolisz zamknąć się w sobie i rozmyślać nad tym, jaka jesteś biedna i pokrzywdzona. A potem się dziwi głąb jeden, że jej wszyscy na głowę wchodzą!

(…)

Podziel się!

298 – fragment pierwszego rozdziału „Autoterapii”

Postanowiłam uchylić rąbka tajemnicy!

SESJA I – WSTĘPNE ROZPOZNANIE

– Witaj Mrówczyńska. Jestem….

Nie. Nie. Nie. Tak być nie może. Musimy zacząć jeszcze raz. Przecież Ty, Czytelniku, zostałeś rzucony perfidnie na głęboką wodę, bez żadnego przygotowania. Ani tu klimatu, ani atmosfery grozy.
Zacznijmy jeszcze raz. Mrówczyńska wraca za drzwi, a pani Psycholog czeka. Gotowe? Mrówczyńska? Pani Psycholog? Możemy zaczynać? Dobrze.
Dawno, dawno temu… Wróć, to nie ta bajka.

Mrówczyńska jest przed pierwszą sesją u pani Psycholog. Denerwuje się i stoi pod drzwiami, nerwowo przestępuje z nogi na nogę, zastanawiając się, czy nacisnąć klamkę i wejść do gabinetu. W końcu, rozedrganą z emocji dłonią, otwiera drzwi i nieśmiałym krokiem przestępuje próg. Jej oczom ukazuje się młoda pani Psycholog, siedząca na wygodnym, dużym fotelu. Mrówczyńska ogląda gabinet. Podoba jej się tu.
Autorka wie, że Mrówczyńska lubi gabinety wyłożone drewnem, w których jest olbrzymia biblioteczka i pachnie starymi książkami i kurzem (w końcu to jedna i ta sama osoba), dlatego właśnie w takim gabinecie postanowiła przeprowadzić autoterapię.
O, Mrówczyńska właśnie dostrzegła na biurku kołyskę Newtona. Zawsze lubiła ten gadżet.

– Witaj Mrówczyńska. Jestem psychologiem….

Przepraszam, jeszcze chwilka! Zaraz pani zacznie sesję, ale proszę dać mi dokończyć. Mrówczyńska uniosła kulkę z lewej strony kołyski i zamyśliła się. Pani Psycholog wstała… Halo! Powiedziałam „Wstała”! No. Mrówczyńska kończąc walkę z samą sobą i oporem wobec autoterapii, puściła kulkę i kołyska Newtona poszła w ruch. Teraz nie pozostaje jej nic innego, jak poddać się okrutnym praktykom w wykonaniu Autorki.
Pani Psycholog, zaczynajcie.

– Usiądź wygodnie Mróweczko. Jestem panią Psycholog, kształciłam się na renomowanej uczelni w twojej podświadomości. Potem ukończyłam czytany kurs psychoterapii. Długo się opierałaś, ale cieszę się, że w końcu zdecydowałaś się zmienić swoje życie. Na początek powiedz mi, ile masz lat?
– Mam tsy latka, tsy i pół.
– Mrówczyńska! Nie wygłupiaj się!
– Pseplasam plose pani.
– Mrówczyńska jesteś dziecinna!
– Wiem, plose pani.
– A ty „er” nie umiesz mówić? I do tego jeszcze „żet”?
– Umiem, umiem. Chciałam lepiej wejść w rolę.
– W jaką rolę na litość boską?!
– Małej, biednej, pokrzywdzonej dziewczynki.
– Ale po co?

Hola, hola! Pani psycholog! Jak to, po co? Bo taką przydzieliłam jej rolę!

– No tak. Nieważne.

Ważne, ważne! To jest szalenie ważne! I proszę nie podważać moich kompetencji w kwestii kreacji postaci autobiograficznej. Tak, tak… Trzeba to odnotować. Pani Psycholog nie dziwi się kreacji postaci Mrówczyńskiej. Zrozumiano?

– Mrówczyńska, skoro jesteś małą, pokrzywdzoną dziewczynką….

No, tak lepiej.

– … to powiedziałaś rodzicom o swojej autoterapii?
– Nie.
– A dlaczego?
– Bo się boję!
– Czego się boisz?
– Nie chcę żeby myśleli, że coś mi dolega, że się źle czuję.
– Ale przecież czujesz się źle.
– Nie chcę, żeby na mnie nakrzyczeli czy coś…

No Mrówczyńska, moja szkoła, moja szkoła!

– A przypomnij mi, ile masz lat?
– Dziewięć. Znaczy… Dwadzieścia dziewięć.
– No właśnie. A jak się czujesz w tej chwili?
– Sama nie wiem…

A skąd mogłabyś wiedzieć, Mrówczyńska? Przecież jesteś moją wierną kopią!

– Czujesz smutek?
– Tak.
– Zagrożenie?
– Tak.
– Jesteś zdenerwowana?
– Tak.
– Wstydzisz się?
– Tak.
– Masz myśli samobójcze?
– Czasami.
– Myśli autoagresywne?
– Często.
– Boisz się wziąć odpowiedzialność za siebie?
– Oczywiście.
– Cierpisz bez powodu?
– Cały czas!
– Powiedz coś od siebie!
– Ale ja nie wiem co. Mam pustkę w głowie.
– Mrówczyńska, ty po prostu nie umiesz nazywać emocji! Potrafisz opisywać swoje odczucia, potrafisz przekazywać nastrój i nakreślać plastyczne opisy stanów, w których się znajdujesz, ale nie potrafisz nazywać emocji w rozmowie. Nie potrafisz rozmawiać o tym, jak się czujesz!
– Tak?
– Tak!

Oczywiście, że nie potrafi nazywać emocji. W końcu jest niedojrzała emocjonalnie, to do czegoś zobowiązuje.

– Mrówczyńska, a jak jest u ciebie z „tymi sprawami”?
– …
– Mrówczyńska!
– …

Mrówczyńska popadła w dobrze sobie znany stan, co zwą go mutyzmem. I żadnej siły nie ma, by zmusić ją do odezwania się. Zdolność mowy zaginęła i teraz szukaj wiatru w polu! Całe szczęście, że mam moc sprawczą i mogę ten pat przewinąć trochę do przodu.
Czyli co… godzinę później…

– Mrówczyńska, zaczniesz coś mówić?

Zacznie, a czemu ma nie zacząć? No Mrówczyńska, mów!

– Tak. Będę już mówić.
– Całe szczęście. Skoro temat seksu tak cię stresuje, zacznijmy od czegoś prostszego. Opowiedz mi o swoim dzieciństwie.
– Ale co konkretnie?
– Konkretnie to, jak wyglądało twoje dzieciństwo.
– Normalnie.
– Co to znaczy normalnie?
– No… że nie jakieś niezwykłe. Rodzice mnie kochali…

i nadal kochają…

– … i nadal kochają. Mama kiedyś wyrzuciła mi loda.

No nie… Ta znowu o tym wyrzuconym lodzie… Może byś tak powiedziała o czymś istotniejszym?

– Chwila, chwila. Ja chcę usłyszeć, o co chodzi z tym lodem.
– Kiedy miałam jakieś trzy latka, mama kupiła mi i sobie po lodzie włoskim. Ja marudziłam, bo chciałam większego. Mama się zdenerwowała, wyrwała mi tego loda i wyrzuciła do kubła. I bardzo wtedy płakałam. Nie dlatego, że mi go zabrała. Tylko dlatego, że przecież sama go mogła zjeść… a wolała go wyrzucić.

Niech mnie piorun trzaśnie. I po co ona gada takie dyrdymały?

– Jak się wtedy czułaś?
– Bardzo źle. Płakałam na ulicy. Było mi żal, że mama nie zjadła tego loda.
– A przypomnij mi, ile miałaś wtedy lat?
– Chyba trzy.

Dosyć tego! Nie mam czasu na wasze pogaduszki o lodach. Pani Psycholog, proszę ją zapytać, co się stało, gdy miała trzynaście lat.

– A co się stało gdy miałaś trzynaście lat?

Mrówczyńska oczywiście znów popadła w mutyzm. Do tego ma łzy w oczach. No to mamy zapewnioną przerwę na co najmniej pół godziny. Zanim ona dojdzie do siebie i będzie w stanie wydusić z siebie jakieś słowo,wyjaśnię może, co to jest za stan.

Mutyzm to zaburzenie dysocjacyjne, przejawiające się uporczywym milczeniem. Co prawda, do jego zdiagnozowania potrzeba długotrwałego milczenia, jednak na nasze wewnętrzne potrzeby, tak właśnie będę nazywać jej zaniki mowy.
Mrówczyńska dobrze zna ten stan. Gdy podczas rozmowy lub kłótni jej psychika przeżywa zbyt duże natężenie emocji, odcina się od nich i milczy. Często nie może się poruszyć, jej twarz wygląda na pozbawioną jakichkolwiek emocji, choć w myślach rozgrywa się prawdziwe piekło. I tylko spoglądając w jej oczy można dostrzec, że to nie jest zimna suka. Te oczy mówią wszystko. Ona nawet nie płacze. Łzy same lecą.

Ale my tu gadu gadu, a Mrówczyńska wraca do siebie.

– Kiedy miałam trzynaście lat, moja mama zachorowała na raka. Była w bardzo ciężkim stanie.
– Kiedy się o tym dowiedziałaś?
– No właśnie z tym był problem, bo…

Bo rodzice jej nie powiedzieli!

– Autorko, ty się nie wtrącaj, dobra? Rozmawiam z Mrówczyńską, a ty cały czas mi przeszkadzasz i wtrącasz swoje trzy grosze.

No fakt. Dobra, rozmawiajcie. Ja idę po kawę.

(…)

Podziel się!

297 – „Autoterapii” ilość kilobajtów

Kolejny rozdział „Autoterapii” skończony. Trzynaście kilobajtów więcej, dających w sumie plik o zawrotnym rozmiarze 457KB i objętości 86 stron.
Dziesięć na piętnaście sesji napisanych, plus wstęp i słowo od autora. Poszalałam!

Jak króliczka gonię ostatnią kropkę w książce. Lecz w tej grze nie chodzi o gonienie, lecz złapanie, czy raczej – postawienie.

Podziel się!