256 – pisanie najlepszym lekarstwem

Chcąc uporać się ze swoimi obawami dotyczącymi terapii i nabrać do nich dystansu, postanowiłam siąść do „Autoterapii”.
Po napisaniu i przeczytaniu czterech stron zorientowałam się, że może i jest to zabawne, ale nie do końca dotyczy tematu tego rozdziału.
Czyli co, mam dwie kartki wstępu. Hehe. Ja to rzeczywiście mam swój świat.

Podziel się!

253 – mówcie mi: motywacja!

Jako dziecko, byłam radosna, wesoła, pełna życia, bystra, rezolutna, ambitna, głodna świata, wiedzy, głodna nowych przeżyć i doświadczeń. Tak bardzo kochałam życie!
Nadal je kocham. To prawda, sześć razy próbowałam je sobie odebrać, ale nigdy nie straciłam do niego sentymentu.
Pozwoliłam, by zaburzenia zapanowały nade mną. Uwierzyłam, że to prawdziwa ja. Zaczęłam się niszczyć. Odrzuciłam to, kim byłam. Dałam się stłamsić objawom chorobowym.

Muszę. Muszę odzyskać kontrolę nad swoim życiem! Chcę być tym, kim miałam być.

Myślę, że uratowało mnie pisanie. Największa pasja mojego życia. Nawet w najgorszych chwilach, ze stryczkiem na szyi, z tyłu głowy miałam myśl, że chcę coś po sobie pozostawić, podzielić się swoimi myślami. Że chcę i muszę pisać.

To najlepsza motywacja do zaangażowania w terapię, podjęcia ryzyka bliskości z terapeutą – walka o własne marzenia, pasję. I życie.

Podziel się!

234 – fragmenty z trzeciej części „Młodego boga…”

Fragmenty z trzeciej części cyklu – „Młody bóg z pętlą na szyi. Samobójstwo na raty”

„Byłam sama w domu. Miałam pisać pracę zaliczeniową. Zachciało mi się pić, bo jakżeby inaczej. W portfelu jak zwykle pusto. Lekkie podenerwowanie. Ale pisałam dalej. Nagle coś… nie wiem co. Impuls. Nagły atak agresji. Miliony myśli rozsadzające głowę. Czułam, jak zbliża się nieuchronnie. Rozpacz, strach, tęsknota za Nim. Już nic nie miało znaczenia.

Zerwałam się z krzesła. Gorączkowe poszukiwania alkoholu. Bieganie po mieszkaniu. Nic, zero! To musiało się tak skończyć.
Zagłuszyć myśli. Otumanić się czymś. Byle szybko!
Tabletki! Już zero kontaktu z rzeczywistością. Już zaczął się ten amok. Wywalanie wszystkiego z szafek, szuflad. Przecież muszą gdzieś być, jakiekolwiek! Przeciwbólowe, nasenne, uspokajające. Byle tylko się sponiewierać! Byle skrzywdzić swoje ciało!

Nie ma nic. Drgawki z bezsilnej rozpaczy i poirytowania.
Gaz! Biegiem do kuchni. Nawdychać się gazu! Jego zapach uspokaja. Tak… Już trochę lepiej. Zgrana z nas para. Syk dobiegający z palnika i ja nad nim pochylona. Wdychać. Wdychać.
Nagle przebłysk. Rozpuszczalnik! Skrytka ojca. Jest! Niestety. Nie zagłuszył myśli. Tylko rozbolała głowa.
Przecież gdzieś muszą być jakieś tabletki! W szafce matki dwadzieścia Polopiryn. Dobre i to. Ważne, żeby się zatruć. Żeby się skrzywdzić.
Na chwilę mnie zmogło. Piętnastominutowa drzemka. Obudziły mnie nudności.

Przekręcany klucz w drzwiach. Rodzice!
Przejrzałam się w lustrze. Oczy czerwone. Napuchnięte od płaczu. Cera blada. Jakoś się ogarnąć! Palcami przeczesałam włosy.
Pukanie do drzwi.
– Proszę.
Pamiętałam nawet o przyklejeniu sztucznego uśmiechu na skrzywdzoną twarz. Wymiana kilku standardowych uprzejmości.
Wyszli.
Znów się udało. Niczego nie zauważyli.

W nocy znów ta pustka. Płacz, że znów się musiałam skrzywdzić. Ale inaczej przecież być nie może. Myśl, że mogłoby być normalnie, zbyt mnie przeraża.”

(o niejakim Marku)

„Znów zwijam się w spazmatycznej rozpaczy. Na zaciśniętych ustach rozpaczliwa prośba:
– Błagam, wróć! Choć nigdy nie należałeś do mnie, wróć!
Spojrzeć Ci w oczy. W te oczy, co przeszywały mnie na wylot. W te oczy, przed którymi nic się nie ukryło. Jakbyś znał każdy mój sekret i wiedział, że cię kocham.

W chorej głowie kolejny przeklęty pomysł. Nie liczy się jak – ważne by odejść.
Gdyby chociaż było trochę alkoholu, ale tu nic. Zero. Bolesna trzeźwość. I ciało, którego miałam już nie krzywdzić. Goją się rany po ostatnim upadku.

Precz! Przecz z mojej głowy, bo oszaleję! Myśli, miliony myśli – a jedna gorsza od drugiej.

Kurczą się mięśnie w histerycznych drgawkach. I tchu brakuje. Duszę się powietrzem! Ranić się, ranić! Zgnoić! Serce już boli – fizycznie. Spaść na samo dno, na samo – samiuteńkie. Niech pochłonie mnie bagno tej przeklętej egzystencji.

Znów krzyczę „Śmierci! Pragnę śmierci!” lub choćby okaleczyć się. Jak ostatnio. Im mocniej tym lepiej. Zwariuję. Oszaleję!

Błagam, przyjdź do mnie. Nie chcę umierać w samotności!”

Podziel się!