604 – terapia borderline: po przerwie

Przed sesją łyknęłam Lorafen. Nie byłam w stanie iść tam na trzeźwo. Nudności, zawroty głowy, drżenie rąk. Wiedziałam, że w takim stanie opuszczę to spotkanie.
Po chwili milczenia w końcu się przełamałam.
– Pierwsze dwa tygodnie to była masakra.
– Dlaczego?
– Źle się czułam. Miałam myśli samobójcze, chciałam się ciąć.
– A jakie emocje pani towarzyszyły?
– Złość – odpowiedziałam po chwili.
– Na co?
– Na… pana…
– Dlaczego? – Ciągnął temat, choć nie chciałam już o tym rozmawiać.
– Bo… Bo źle się czułam, a pana nie było.
– I co w związku z tym?
– Poczułam się opuszczona.
– Ja myślę, że potrzebowała pani rozmowy z kimś, kto pani nie zaatakuje. Potrzebowała pani rozmowy w poczuciu bezpieczeństwa – dodał pod koniec sesji.
Tak, miał rację. Potrzebowałam go. Nie było się czego bać na tej sesji. Mówiłam i płakałam. Znów się bardzo otworzyłam. Było tak, jakby tej przerwy w ogóle nie było.
To uświadomiło mi jedno. Jest o niebo lepiej ze mną. Ale przede mną jeszcze długa droga do wyzdrowienia.

Podziel się!

598 – terapia borderline: urlop terapeuty

Tydzień temu miałam ostatnią sesję. Kolejna dopiero 9 lipca.
Do tej pory dobrze znosiłam wyjazdy terapeuty. Teraz nie potrafię sobie poradzić. Potrzebowałabym co najmniej dwie sesje w tygodniu. Mam ochotę do niego zadzwonić i wypłakać się przez telefon. Wiem, rozumiem, że on też musi odpocząć. Tylko, dlaczego akurat teraz? Kiedy mam taki kryzys? Nie umiem sobie poradzić sama.
Myślę o żyletce. W sierpniu minie rok bez autoagresji, a ja nie mogę przestać myśleć o cięciu.
Dziś wzięłam Lorafen. Nie pomógł. Tylko nieznacznie stłumił emocje, na chwilę.
Próbuję się ratować pisaniem i przepisywaniem na komputerze „Bestselleru”. Tę postać się zabija, tamtą torturuje. Ale to pomaga tylko w nieznacznym stopniu.
Potrzebuję sesji. Potrzebuję terapeuty…

Podziel się!

597 – terapia borderline: bliskość, seks i psychopatia

To była niezwykle udana sesja. Już od progu zaczęłam wesoło opowiadać, jak dobrze idzie mi pisanie i jaka jestem szczęśliwa.
– A jak pani rozumie to, że tak bardzo interesuje panią psychopatia?
Zamyśliłam się.
– Hmm… Zawsze interesowała mnie ludzka psychika, szczególnie jej mroczne zakamarki, że tak to określę. Ale może też dlatego, że jestem całkowitym przeciwieństwem psychopaty.
– A może dlatego, że jakaś nieuświadomiona część pani nim jest?
To pytanie było, jak wymierzenie policzka. Ja? Psychopatką? Jednak, gdy zaczęłam się nad tym głębiej zastanawiać, doszłam do wniosku, że może rzeczywiście jakiś maleńki kawałek mnie posiada cechy psychopatyczne.
I wtedy nagle, niespodziewanie terapeuta wypalił:
– I kiedy jest pani w takim stanie, również nie ma ochoty na seks z Mrówkiem?
Zaprzeczyłam głową i od razu posmutniałam.
– Przeszkadza pani, że nie ma ochoty na zbliżenia?
– Bardziej… nie wiem… poczułam smutek – wydukałam.
Tym razem rozmawiałam na ten temat, choć robiłam dłuższe przerwy, a na pytania terapeuty odpowiadałam z opóźnieniem. Nie popędzał mnie jednak.
Od słowa do słowa, temat zszedł na ciało.
– Bo wie pan, ja tak naprawdę nigdy nie pogodziłam się z tym, że mam ciało. Może głupio to zabrzmi w ustach ateistki, ale zawsze chciałam być bytem bezcielesnym. Nie czuję związku emocjonalnego ze swoim ciałem.
– Nie zgodzę się z tym twierdzeniem. Ma pani z nim emocjonalny związek. Tylko te emocje są negatywne. Można to było zaobserwować choćby wtedy, gdy się pani krzywdziła.
Nigdy w ten sposób o tym nie pomyślałam. Zamyśliłam się na chwilę.
– Myśli pan, że to podwojenie mojej wagi było autoagresją?
– Bardzo możliwe.
– A wie pan, dlaczego zaczęłam się obżerać?
– Nie – pokręcił głową.
– To było w szpitalu. Ważyłam 45 kilogramów i chciałam się ukarać za to, że nie jestem wystarczająco szczupła…

Podziel się!

580 – żal

Patrzę na swoje ręce i jest mi siebie żal. Minęły cztery lata leczenia. Kiedy przypomnę sobie, w jakim stanie byłam w kwietniu 2014, nie mogę uwierzyć, że przeszłam taką zmianę.
Nie pocięłam się od sierpnia. Zaczynam mieć obawy. Przez 16 lat mojej autoagresywnej „kariery” jeszcze nigdy nie udało mi się wytrzymać roku. Teraz mamy osiem miesięcy. Nie chcę tego zniszczyć!
Odkąd się leczę, nie próbowałam się zabić. To jest największy sukces, gdyż ja życie kocham! Wcale nie chcę umierać. Czasem po prostu ból był nie do zniesienia. Nie widziałam innego wyjścia. Teraz je dostrzegam.
Warto się leczyć i warto spełniać swoje marzenia! Życie mamy tylko jedno. Trzeba jak najlepiej wykorzystać ten czas.

Podziel się!

554 – chaos

Ten ostatni tydzień, środowa i dzisiejsza sesja, koniec menstruacji, nagła i drastyczna zmiana poglądu na bycie rodzicem, płaczliwość, myśli samobójcze i skręcający żołądek przymus samookaleczeń rozwaliło mnie na łopatki.
Siedzę, płaczę i chcę zniknąć.
Nie podchodzić zbyt blisko i nie denerwować, proszę.

Podziel się!