875 – terapia borderline: nie mogę uwierzyć, że mi się udało

Piętnasty stycznia – ten dzień chyba muszę zapisać w kalendarzu. W końcu się przełamałam i odważyłam. Ale po kolei.

Na sesję szłam z mocnym postanowieniem ruszenia tematu zakończenia terapii. Kiedy usiadłam na fotelu, a pan M. wyszedł na chwilę z gabinetu, utkwiłam wzrok w jednym punkcie. Gdy wrócił i rozpoczęło się spotkanie, oczy wciąż miałam nieruchome. Milczałam, bo nie wiedziałam, od czego zacząć.
– Coś się stało? – Terapeuta zadał pytanie, żebym się w końcu odezwała.
– Nie… – odrzekłam nieśmiało.
– Tak po prostu martwi się pani na zapas.
Uśmiechnęłam się i opowiedziałam o tym, że w końcu moje życie się nieco unormowało i usystematyzowało. Po tym dłuższą chwilę milczałam, próbując zebrać się w sobie i poruszyć dręczący mnie problem. Nie mogłam się jednak przełamać i, prawdę mówiąc, liczyłam na to, że pan M. zapyta, o czym myślę.
– A to, czym się pani martwi, to zakończenie terapii, tak? – Po jakimś czasie przerwał ciszę pytaniem. Prawie retorycznym. No, bingo. Strzał w dziesiątkę.
Czułam wewnętrzny opór, ale w końcu wyartykułowałam swoje wątpliwości.
– Ja nie tylko nie zgadzam się z tym emocjonalnie, ale i nie do końca rozumiem racjonalnie.
Myślałam, że zacznie mi to od razu tłumaczyć, ale poprawił się w fotelu i nastała dłuższa cisza.
W końcu jednak zaczął mówić o tym, jak ważne jest znalezienie przeze mnie naturalnych relacji, które będą dla mnie wsparciem.
Odpowiedziałam, jak bardzo mnie one męczą.
– A co panią tutaj męczy?
– No właśnie tutaj nic.
– Dlaczego?
– Bo ta relacja jest jednostronna.
I zaczęła się analiza moich znajomości, mojego podejścia do innych, trudności w kontaktach.
– Ja mogę pani pomóc, ale tylko do pewnego stopnia – podsumował w końcu. – Terapia jest dla pani azylem, taką bezpieczną przystanią. Ale chodzi o to, żeby zaczęła pani nawiązywać prawdziwe relacje.
Podczas rozmowy przyznałam się do przekonania, że chce zakończyć terapię, bo ma mnie już dość. Bardzo szybko uświadomił mi, że to przeniesienie, jednym zdaniem.
– Czyli uważa pani, że czuję tak samo jak pani, ale po nieco dłuższym czasie niż pięć minut rozmowy.
Na tym spotkaniu nie było dużo słów. A jednak była ważna i treściwa. Przede wszystkim dała mi nadzieję na to, że potrafię się otworzyć i być szczera z terapeutą, choć wymaga to nie lada wysiłku.
Tak wielka jest we mnie niezgoda na koniec, że miałam ochotę się rozpłakać. Ale nie chciałam pokazać panu M., jak bardzo mnie to boli i powstrzymywałam się przed rozklejeniem. Na sam koniec jednak nie dałam rady i po moich policzkach spłynęły łzy, które szybko otarłam i pospiesznie wyszłam z gabinetu.

Podziel się!

872 – terapia borderline: poruszyłam ten temat

Rozmawialiśmy z panem M. jakiś czas o różnych sprawach. I nagle zamilkłam. Zaczęłam się strofować w myślach, że po raz kolejny sesja przeleci, a ja nie poruszę tematu zakończenia terapii. Chyba musiałam mieć zatroskaną minę, bo terapeuta po dłuższej chwili zapytał, co mnie martwi. Trochę z sobą walczyłam, ale w końcu to z siebie wydusiłam.
– Ten wczorajszy smutek… – zaczęłam niepewnie.
– Co z nim?
– Myślałam o zakończeniu terapii.
– I co pani myślała?
– Że sobie nie dam rady sama…
– Kilka lat temu było to prawdziwe stwierdzenie, ale moim zdaniem, teraz nie jest to prawda – rzekł zdecydowanie. Jednak mnie to w ogóle nie przekonało.
– Kiedy pomyślę o zakończeniu terapii, mam w głowie obraz małej, bezbronnej dziewczynki pośrodku ogromnej pustyni. Bez jedzenia i picia.
– I pani się z tą dziewczynką identyfikuje. A według mnie jest to fałszywa identyfikacja. Pani zadaniem jest zaopiekować się tym dzieckiem, sprawić, żeby się nie bało.
Rozmowa nie trwała długo. Szybko zamknęłam się w sobie. Gdzieś tam po drodze dodałam jeszcze, że ten temat paraliżuje mnie tak, jak kiedyś poruszanie kwestii seksu. I że samo pomyślenie, że mogłabym o tym rozmawiać uaktywnia taki lęk, że nie umiem się odezwać.
Pan M. standardowo powiedział, że niemówienie o tym powoduje zwiększenie poziomu lęku. Tak, wiem.
Zwrócił mi jeszcze uwagę na to, że prawdopodobnie znów ożyła we mnie chęć adoptowania psa, by ta mała dziewczynka była choć trochę mniej samotna. By miała towarzysza, kompana. Ech, ale co z tego, skoro Mrówek nie chce słyszeć o psiaku. Zaciął się. Nie i już. Zgodził się na szczury, choć doskonale wie, że mam bardzo silne uczulenie na gryzonie. Pomijając już okropną wysypkę z wielkimi bąblami, mam duszności i to takie, że muszę spać na siedząco i nie mogę złapać oddechu. A na szczury, niestety, nie odczulają.
Tak bardzo marzę o psie. Myślałam, że wyprowadzając się od rodziców w końcu będę mogła mieć zwierzaki, jakie chcę. Że nie będę już nigdy musiała się prosić i błagać całymi miesiącami a nawet latami, jak to było w przypadku ojca. Niestety, rolę ojca przejął Mrówek, który pozwala mi na rybki. A na chuj mi rybki? Przecież to nie zwierzęta domowe, tylko wystrój wnętrza. Ja potrzebuję zwierzaka, z którym jest interakcja. Do którego można się przytulić, pobawić się z nim i wyjść na spacer. A Mrówek wciąż – nie, bo nie. I dopóki mieszkamy pod jednym dachem to on się nie zgadza. A jak chcę adoptować psa, to on się wyprowadza.

Chyba tylko dlatego, że w ogóle wniosłam temat zakończenia terapii na sesję, spowodowało, że nie ma tragedii. Choć smutek doskwiera. I chęć płaczu. I przymus ucieczki w sen.

Podziel się!

871 – syndrom oczekiwania na sesję i na ostateczny koniec

Jutro rano sesja. Jak zwykle w piątki o 9:15 usiądę w fotelu i zacznę mówić. Jednak dziś… towarzyszy mi ogromny lęk. Taki, jaki pojawiał się przed spotkaniami, na których miałam opowiadać, że znów się niszczyłam. Lęk przed odrzuceniem.

Oprócz tego jest we mnie ocean smutku. Bezbrzeżna rozpacz. Całkowita rezygnacja. Poczucie bezsensu. Chciałabym się zwinąć w kulkę, nakryć kołdrą łącznie z głową i płakać. Płakać długo i żałośnie.

Wiem, że nałożył się na to PMS i fakt, że od czterech dni jestem bez antydepresanta. A mimo wszystko, te emocje są tak prawdziwe. Tak dojmujące.

Normalnie wzięłabym benzo. Ale tabletek brak od dłuższego czasu, a doktor nie odpisuje.

Czuję się naprawdę źle. Cierpienie daje się we znaki. Rozczulam się nad sobą i mam wrażenie, że wszystko wróciło. Jakbym nigdy się nie leczyła. Mogłabym zapić garść tabletek alkoholem. Albo chwycić żyletkę i urządzić sobie krwawy maraton. Póki co, powstrzymuję się. Jednak jestem coraz bliższa zrobienia sobie drinka z pozostałej po Sylwestrze wódki.

Nie chcę się tak czuć. To się zmieniło definitywnie. Kiedyś podsycałabym ten stan i próbowała wywołać myśli samobójcze. A dziś siedzę w pracy i próbuję skupić się na kodzie.

Po lewej stronie dopala się świeczka zapachowa. A ja… chciałabym jak ona, wkrótce zniknąć.Jej płomień jest tak spokojny. Hipnotyzuje. Jego gorąco potrafiłoby uszkodzić skórę. A mimo wszystko trzymam ręce z dala. Chyba cierpię wystarczająco, nie potrzeba mi dodatkowych bodźców bólowych.

Za oknem delikatnie prószy śnieg. Płatki spadają, jakby od niechcenia. Jeszcze nieświadome, że ich lot zakończy się roztopieniem w płytkich kałużach.

Już nie mam ochoty krzyczeć „panie M., uratuj mnie!”, a błagać „panie M., nie opuszczaj mnie”…

Muszę w końcu poruszyć temat zakończenia terapii. A na samą myśl robi mi się niedobrze. Ale muszę w końcu zadać pytanie „dlaczego?”. Panie M., dlaczego musimy kończyć już teraz? Skoro jest we mnie jeszcze tyle chaosu, tyle nierozwiązanych konfliktów wewnętrznych. Przecież nie dam sobie rady sama, szybko wrócę do tego, co było. I nie będzie to żadna pokazówka. Po prostu nie mam w sobie jeszcze na tyle siły, by się temu samej przeciwstawić. Potrzebuję wsparcia, motywowania i nieustannego wzmacniania. Jestem jak kilkulatka, której mama mówi „idź w świat, jesteś już duża, poradzisz sobie sama”. I momentalnie coś we mnie zaczyna wołać, że to gówno prawda!

Podziel się!

870 – terapia borderline: niezgoda na milczenie?

Przez pierwsze dziesięć minut sesji mówiłam sporo. W końcu miałam do opowiedzenia dwa tygodnie. A potem nagle zapadła cisza, podczas której próbowałam przekonać siebie do poruszenia tematu zakończenia terapii. Jednak usta zawzięcie się nie otwierały.
I nagle, ku mojemu zaskoczeniu, pan M. powiedział coś dziwnego.
– Milczeć będzie sobie pani w domu.
Nie zszokowały mnie te słowa i nie zezłościły. Bardziej zdziwiły. I to do tego stopnia, że spojrzałam na niego i zapytałam:
– Proszę?
Choć doskonale usłyszałam, co powiedział. On jednak spokojnie powtórzył.
– Milczeć będzie sobie pani w domu.
Nagle poczułam silny przymus mówienia. Nie potrafiłam jednak przełamać oporu. Odezwałam się dopiero po dłuższej chwili.
Oczywiście tematu zakończenia terapii nie udało mi się podjąć. I mam wrażenie, że robię dokładnie to, czego robić nie powinnam. Zmieniam ostatnie miesiące terapii w odliczanie do jej końca, zamiast wykorzystać ten czas na przepracowanie najbardziej palących problemów. Wydaje mi się, ku mojemu rozczarowaniu i złości, że gdy nadejdzie ostatnia sesja, nie będę miała przepracowanego lęku przed opuszczeniem przez pana M. I wyjdę z tej terapii bardzo pokiereszowana.
Zupełnie nie wiem, co zrobić. Lęk przed mówieniem o tym tak mnie paraliżuje, że nie jestem w stanie poruszyć tego tematu. A wiem, że bardzo tego potrzebuję. Jednak kiedy na sesji sobie o tym pomyślę, oblewa mnie pot, zasycha w gardle, w oczach pojawiają się łzy i chcę stamtąd uciec, wrócić do domu, wskoczyć do łóżka i nakryć się kołdrą łącznie z głową. W swojej dziecięcej części umysłu zniknąć – bo przecież skoro ja nic nie widzę, to znaczy, że mnie nie ma.

Jak mam się przełamać, by wnieść to na sesje? By zacząć o tym rozmawiać? Gdyby tak pan M. pociągnął mnie za język… jak chociażby kiedyś z seksem, o którym nauczyłam się rozmawiać, choć jest to wciąż niekomfortowe…
Tak bardzo pragnę jego pomocy w tym zakresie. Ale nie potrafię o nią poprosić.

Czuję się taka beznadziejna!

Podziel się!

865 – jakoś… nie mam pomysłu na tytuł

Właśnie czytam „Dzieci psychiatryka” Sary Romskiej. Autorka jest pielęgniarką w szpitalu psychiatrycznym dla dzieci i młodzieży, a w książce opowiada historie młodych ludzi przebywających na oddziałach psychiatrycznych. Jednym z wątków jest również opis zasad funkcjonowania oddziału.

Dochodzę do setnej strony i powiem Wam, że niejednokrotnie w moich oczach stają łzy. Ta opowieść wzrusza i szokuje. Jest wstrząsająca.

Dodatkowo porusza mnie to, że gdyby ktoś z dorosłych wiedział, co się ze mną działo od czternastego roku życia, również mogłam tam trafić. W zasadzie, choć trudno mi to przyznać przed samą sobą, żałuję, że profesjonalną pomoc zaczęłam otrzymywać dopiero mając dwadzieścia siedem lat. Gdyby ktoś zaczął ze mną pracować już wtedy, może nie rozwinęłoby się u mnie borderline? Być może nie przeżyłabym niewyobrażalnej ilości cierpienia, nie targałabym się na swoje życie tyle razy. Nie wypiłabym hektolitrów alkoholu i nie zjadłabym kilogramów leków. Może…

Dzisiejszy dzień obfituje w smutek. Nie rozpacz, a dojmujący smutek właśnie. Wyjątkowo mocno daje się we znaki przymus cięcia. Myśli o żyletce zagościły na dobre w mojej świadomości. Ale nie, nie zamierzam ich realizować.

W poniedziałek w samo południe mam pierwszy z dwóch wywiadów. Dla studentki trzeciego roku dziennikarstwa, która ma przeprowadzić rozmowę z pisarzem na zaliczenie jednego z przedmiotów. Dostałam ponad trzydzieści bardzo ciekawych pytań. Niestety, jeszcze nie zaczęłam się przygotowywać.

Muszę dziś też siąść do pracy zawodowej. Ale od poniedziałku wolne przez tydzień. Oprócz przygotowań do Świąt, mam nadzieję, że uda mi się nadgonić trochę z pisaniem Guru.

We wtorek ostatnia w tym roku sesja i dwa tygodnie przerwy. Może, ze względu na brak spotkań przez tyle czasu, uda mi się poruszyć temat lęku przed utratą relacji z panem M.? Może uda mi się zadać pytanie „dlaczego”? Dlaczego musimy kończyć terapię? Dlaczego musimy ją poświęcać? Dlaczego teraz? Dlaczego, skoro jest jeszcze tyle do zrobienia? Dlaczego uważa, że powinnam iść na behawioralną? Czy ma mnie dość? Jest we mnie tyle wątpliwości, które muszę rozwiać, że aż mnie to przeraża. Ale muszę, muszę to wszystko wyartykułować, bo wybuchnę!

Wracam do czytania.

Podziel się!