696 – terapia borderline: agresja, czyli zrobię ci na złość!

Do gabinetu weszłam rozpromieniona. W końcu miałam powód. Od soboty nie mogłam się doczekać aż opowiem panu M. o targach. Powiedziałam, co miałam powiedzieć i nastała cisza. Rozmowa miała zmierzać już tylko w jednym kierunku.
– Ale przez tę radość przebija się smutek.
– Nic dziwnego, że ten smutek się pojawia. Może mieć to związek z pani rezygnowaniem z pozytywnych doświadczeń. Niewiele brakowało, a na te targi też by pani nie pojechała. Prawda?
Nie mogłam się z nim nie zgodzić.
A potem już od słowa do słowa. Od zdania do zdania, pan M. wciągnął mnie w temat autodestrukcji, kryzysów i agresji. Terapeuta tego nie powiedział na głos, ale czułam, że znów moja mimika się zmieniła. Wpatrzona w swoje dłonie, skubałam paznokieć. Fala rozpaczy zalała oczy i nagle obraz się rozmył. Nie widziałam już swoich rąk, a jedynie czarniejące plamy. Kiedy będzie koniec sesji?
– Bo pani tego wciąż nie czuje, prawda? Że będąc obojętną w takich stanach kryzysowych jest pani agresywna w stosunku do ludzi i świata.
Znów potwierdziłam jego słowa. Ale coś we mnie krzyczało, że nie ma racji.
– Wtedy myśli pani, że ma prawo do takiego zachowania, bo źle się pani czuje.
Przytaknięcie i narastający opór. Głos wewnętrzny podpowiadający, że nie ma racji. Że przecież MAM PRAWO być obojętna, gdy jest mi źle. Bo to moja i tylko moja sprawa. Nikt i nic się nie liczy. To właśnie jakoś wtedy zachciało mi się ciąć, czego nie powiedziałam.
Wychodząc z gabinetu miałam plan, by się okaleczyć. Ale po chwili zaczęłam się zastanawiać nad tą potrzebą.
Czy nie byłoby to „zrobię ci na złość, bo zepsułeś mi humor” i „już ja ci pokażę, że taka ja jest prawdziwa”! Wyłapałam schemat, bo już go rozumiem. Co nie sprawia, że ciąć się chce mniej…

Podziel się!

685 – psychiatra

– A już myślałem, że będzie dobrze… – powiedział psychiatra, gdy mnie zobaczył.
Gdy opowiedziałam o wszystkim, chciał, żebym poszła do szpitala. Odmówiłam.
Lekarz zastanawiał się nad zmianą leków. Ale że wypróbowałam już chyba całą aptekę, zostaliśmy przy tym, co jest.
Przez tydzień mam się leczyć wspomagająco Lorafenen. Jeśli to nie pomoże, zwiększyły dawkę sertraliny do 250mg. Arypiprazol bez zmian, 15mg.
Stwierdził, że jestem bardzo odporna na leki. To prawda. Mój mózg mało tego, że jest oporny,to jeszcze reaguje niestandardowo. Coś, co ma uspokajać, pobudza mnie i odwrotnie. Sertralina z arypiprazolem jest wyjątkiem. Nie pamiętam już co to są lęki. A i napęd jest lepszy, choć w kryzysach spałabym cały czas.
– Ja juz mam dość, doktorze. To zawsze wraca.
– Ale te kryzysy nie są już takie jak kilka lat temu.
– Jakoś tego nie widzę – powiedziałam, zastanawiając się nad tym, że terapeuta tez to ostatnio powiedział.
– Jak każdy w takim stanie. Ale ja widzę, że te okresy dobrego samopoczucia są dłuższe. Idzie pani w górę, idzie, a potem spada. Ale za każdym razem o jeden schowek wyżej.
No może… Moze coś w tym jest, tylko teraz tego nie dostrzegam?

Musi mi się poprawić. Nie chce umierać. I muszę być w formie na spotkanie autorskie.

Sprezentowałam doktorowi Autoterapię z dedykacją. Ucieszył się.

Podziel się!

684 – szpital?

Powiedziałam wczoraj panu M., że w sobotę miałam zamiar zrealizować myśli samobójcze.
– W takim razie powinna pani iść do szpitala – powiedział zdecydowanie.
Gdy usłyszał, że widzę się dziś z psychiatrą, odpuścił.

Wizyta u lekarza o 19:00. Boję się, że i on będzie chciał mnie wysłać za kraty. Wiem, jeszcze kilka dni temu sama chciałam tam iść. Ale dziś? Dziś wiem, że muszę pozostać na wolności. Muszę pracować, choć najchętniej spałabym cały dzień.

Od tygodnia jestem na Lorafenie. Gdyby nie to… wolę nie myśleć.

Nie wyobrażam sobie udziału w spotkaniu autorskim. Mam ochotę je odwołać. Choć, jak to podkreślił pan M., został jeszcze prawie miesiąc. Może mi się polepszy? Oby.

Ja już nie chcę tak cierpieć!

Podziel się!

683 – terapia borderline: ból, cierpienie i zamiary samobójcze

To była łzawa sesja. Przesiedziana nieruchomo, nie licząc sięgania po chusteczki. Wpatrzona w jeden punkt na swoich spodniach.
Chciałabym ją opisać dokładnie, bo była ważna. Ale nie mam na to siły. Wybaczcie.
Terapeuta odniósł się do SMS. Jednak nie w sposób, w jaki się spodziewałam.
– Co się takiego zadziało, że napisała Pani do mnie SMS?
Opowiedziałam mu ostatnie dni. Choć raczej mówiłam półsłówkami i wszystko musiał ze mnie wyciągać.
W końcu odważyłam się zapytać o jego stosunek do tych SMS.
– A nie jest pan zły o te wiadomości?
– A czemu miałbym być zły?
– Nie wiem… poprzedni terapeuta był.
– Nie, nie jestem. Myślę, że sam fakt, że pani do mnie napisze, działa uspokajająco. Nie jest ważne, co ja odpiszę.
Kamień spadł mi z serca. W końcu uzyskałam odpowiedź u źródła. Mogę pisać SMS, kiedy nie daję sobie z sobą rady.
Chciałam mu powiedzieć, że to, że odpisuje tez jest niezwykle ważne. Że to „porozmawiamy o tym za dwa dni” jest dla mnie sygnałem, że mam na co czekać. Że muszę przeżyć, aby móc z nim porozmawiać i poczuć ulgę. Ale myślę, że on o tym wie.
– Ważne jest natomiast, abyśmy pamiętali o tym, że to na sesji rozmawiamy.
Tak, oczywiście panie M. To nie ulega wątpliwości i w pełni się z tym zgadzam.

Szczerze? Nigdy nie sądziłam, że mogę trafić na tak cierpliwego i pełnego empatii terapeutę, który będzie doskonałym specjalistą.
Odejście od pana S. i zamiana go na pana M. była najlepszą decyzją w moim życiu.

Podziel się!

681 – jest tragicznie

Napisałam rozpaczliwego SMS do terapeuty. Kolejnego w ciągu ostatnich dni.
„Panie M., tak bardzo przepraszam, za zawracam Panu głowę. Wiem, ze nie powinnam pisać, ale ja już nie mogę. Psychiatra nie odpisuje a ja mam znów myśli samobójcze. Cały czas płaczę. Proszę, niech Pan powie, ze to minie…”
Po kilku minutach nadeszła odpowiedź.
„Wie Pani o tym. Za dwa dni o tym porozmawiamy.”
Taka głupia wymiana kilku zdań. A tylko to trzyma mnie przy życiu.
We wtorek psychiatra.
Siedzę i płaczę. Walczę ze sobą żeby się nie pociąć. I nie zawiązać pętli na szyi.

Podziel się!