287 – terapia borderline: a imię jego Prowokacja

Na terapię szłam z wielką ochotą. Dobry nastrój, małe sukcesy.
Zasypał mnie gradem pytań. Mówił dużo, jak na niego.
Wiem, że jego zamiarem nie było atakowanie mnie. Ale tak to odczułam. Miałam mu na to zwracać uwagę, wiem. Nie potrafiłam.
– Przed złością na panią chroni mnie interpretacja. Dzięki temu rozumiem mechanizmy i nie złoszczę się na panią.
– Wiem.
– Co pani wie?
A ja nie potrafiłam powtórzyć. Przecież to jasne dla mnie, co powiedział. Mimo wszystko nie potrafiłam sparafrazować. Rzecz się ma diametralnie odmienne, gdy zaczynam pisać. Wtedy nawet nie muszę się zastanawiać, po prostu wiem, co mam na myśli.
Nie znoszę takich sytuacji. Czuję się jak upośledzona.
– A gdybym teraz poprosił, żeby się pani pocięła, zrobiłaby to pani?
– Nie.
– Dlaczego?
– Bo nie chcę.
– No właśnie, bo pani robi tylko to, co chce.
I znów to samo. Atak. Najprawdopodobniej nieświadomy. Lub zamierzona prowokacja. Ale poczułam się nieswojo.
Chyba powinnam mu o tym powiedzieć.

Podziel się!

282 – terapia borderline: pokaże mi pani blizny?

– Pokaże mi pani blizny?
To pytanie padało wielokrotnie, gdy poruszałam temat autoagresji.
– NIE – było zawsze wypowiedziane szybko, twardo i stanowczo. Nie znosiło żadnego sprzeciwu.
Do czasu.
Nieco pozbawiona hamulców przez Lorafen, bez namysłu odsłoniłam sznyty na nadgarstku. Nachylił się, by zobaczyć je lepiej i dokładniej.
Blizny na ramieniu widział już jakiś czas temu, gdy upał zmusił mnie do ściągnięcia koszuli i pozostania w bluzce na ramiączkach. Zadał wtedy kilka pytań i wróciliśmy do poprzedniego tematu.
Tym razem, widząc to półcentymetrowe paskudztwo ciągnące się przez jedną piątą przedramienia, wyczułam w nim jakąś zmianę.
Zaczęłam się obawiać, że w końcu i z jego ust padnie:
– Jeśli się pani potnie, proszę nie przychodzić na sesję.
Albo, co gorsza:
– Jeśli znów się pani potnie, zakończę terapię.
Nic takiego nie miało miejsca. Nie wyartykułowałam również swoich obaw.
Mam nadzieję, że po tej czternastoletniej „przygodzie”, rozdział okaleczania się w końcu został zamknięty. Choć raczej jest to pobożne życzenie.
Po raz kolejny, tak bardzo się boję odrzucenia i opuszczenia, w skutek swojej autodestrukcji.

Podziel się!

279 – terapia borderline: a może mieć wyjebane?

– Wie pan co, ja czasem już nie mogę… Mam ochotę jebnąć tym wszystkim, wyjechać w Bieszczady, zamieszkać w jakiejś drewnianej chatce, jeść to, co sobie wyhoduję, albo nawet jakieś korzonki. I mieć wyjebane na cały ten świat.
– To co stoi na przeszkodzie, żeby ten plan zrealizować?
Hmm…

Podziel się!

278 – terapia borderline: depresyjnie

– Nie chce się pani dziś ze mną rozmawiać? – spytał po dłuższej chwili milczenia.
Zaprzeczyłam głową.
– Stało się coś od wczoraj?
Zaprzeczyłam głową.
– Pani Aniu, nie mogę pani pomóc, jeśli nie będzie pani mówić. Pani milczenie tylko pogłębia ten stan… – słuchałam go, ale miałam to w dupie. Nie wierzyłam, że cokolwiek może mi ulżyć.
– To nie ma sensu.
– Co nie ma sensu, terapia?
– Wszystko…
– Pani Aniu, objawy depresyjne bardzo się nasiliły. Nie widzi pani w niczym sensu, nie wierzy w możliwość zmiany. Myślę, że powinna iść pani na oddział zamknięty, żeby jakoś stanąć na nogi. Ja nie mogę z panią pracować, gdy jest pani w takim stanie.
Pewnie. Odesłać czuba. Jakby mnie nie znał i nie wiedział, że potrafię się z takiego samopoczucia wygrzebać.
Nie, nie dziwię mu się. Przecież nie może brać odpowiedzialności za moje życie.
Depresjo – odpuść…

Podziel się!

277 – o myślach samobójczych słów kilka

Czasem tak trudno wytrzymać. Z sobą. Swoimi myślami. Schematycznymi zachowaniami i reakcjami. Automatyzm myśli samobójczych, burzliwość emocji pojawiających się chaotycznie i nieadekwatnie do sytuacji, przeraża i odbiera poczucie kontroli nad własnym życiem.

Terapeuta do znudzenia powtarza, że o ile na nastrój bezpośredniego wpływu nie mam, to na zachowanie już tak.
– Ważne jest, aby zrobiła pani dla siebie coś dobrego, żeby nie była pani bierna, bo to pogłębia ten stan, w którym pani jest.
Gdy zastosowałam się do jego rady, okazało się, że z tego stanu beznadziei można się wyrwać. Nie, nie poczuć znakomicie i zostawić za sobą tendencje do samozniszczenia. Ale poczuć, że ma się choć odrobinę wpływu na samopoczucie.
Oddalanie od siebie myśli samobójczych to ciężka i mozolna praca, ale nie syzyfowa. Mózg dąży do jak najmniejszego zużycia energii, wybierając utarte ścieżki i preferując działanie schematyczne. Gdy całymi latami odpowiedzią na pojawiające się problemy było pragnienie śmierci (a właściwie ucieczka od życia), niezwykle trudno jest przestawić się na aktywne ich rozwiązywanie.
Powoli uczę się, że jestem odpowiedzialna za własne życie. I powoli tę odpowiedzialność na siebie biorę. Wciąż często zakładam ręce i ze łzami w oczach przeklinam swój los. Pozwalam sobie na bezwładne płynięcie z nurtem negatywnych emocji i fałszywej wiary w niemoc zmiany czegokolwiek. Jednak coraz częściej, w trakcie obmyślania planu samobójczego, udaje mi się powiedzieć sobie:
– Zrób dla siebie coś dobrego. Zrób cokolwiek. Nie uciekaj – walcz.
I czasem nawet tę walkę podejmuję.

Podziel się!