273 – Psychologiazycia.com – recenzja „Młodego boga…”

MŁODY BÓG Z PĘTLĄ NA SZYI – PSYCHIATRYK… czyli podróż przez nieznane, by poznać, to co mało poznane…

Książka „Młody bóg z pętlą na szyi – Psychiatryk” autorstwa Anki Mrówczyńskiej jest niezwykłą podróżą przedstawiającą nieznany świat osób chorujących na zaburzenia osobowości typu borderline. Skonstruowane w formie dziennika treści tworzą zbiór informacji o powyższej chorobie, co sprawia, że z łatwością czyta się i przyswaja przedstawione zapiski.
Książka ta stanowi praktyczny przewodnik dla rodzin, terapeutów oraz lekarzy. Dzięki niej możemy się dowiedzieć, jak wygląda życie z osobą cierpiącą na zaburzenia osobowości typu borderline i w jaki sposób ona sama odbiera to życie. Autorka w swych wypowiedziach wykazuje się niezwykłą szczerością i pełnią zaufania do czytelnika – jednocześnie daje szansę na poznanie owej choroby, od tego, co dzieje u samej osoby chorującej, a tym, co dzieje się na zewnątrz. Szczerość i prawdziwość wynika z faktu, że zarazem autorka i osoba chorująca, to jedna i ta sama osoba.

Przeczytaj całość: Psychologiazycia.com – recenzja „Młody bóg z pętlą na szyi. Psychiatryk”

Podziel się!

263 – terapia borderline: ile upadków, tyle powstań

Nieważne, ile razy upadniesz. Po każdej glebie przypomnij sobie, jak dobrze było iść. I, choćby chwilowo, na czworakach i w ślimaczym tempie – zmierzaj do celu. Nie pozwól sobie samemu odebrać tego, co dla Ciebie cenne.

– Bierność panią zabija. Odbiera siły. Umacnia negatywne emocje – tę mantrę terapeuty słyszę od piętnastu miesięcy.
Ostatnio znów było źle. Nadal jest.
Na wczorajszej sesji mówiłam o pustce, obojętności, zniechęceniu.
Po powrocie do domu włączyłam komputer. Patrzyłam tępo w monitor, od czasu do czasu otwierając jakiś folder lub stronę, by je po chwili zamknąć.
Całkowicie bezproduktywny dzień.
– Ale wieczorem tak zaczęłam się zastanawiać. Co, jeśli za miesiąc, pół roku, rok, usłyszę diagnozę choroby terminalnej? Jak się wtedy poczuję ze świadomością, że większość czasu spędziłam na gapieniu się w jeden punkt?
– Doszła pani do wniosku, że szkoda czasu?
– Jeszcze jak!
Spojrzałam na niego nawiązując kontakt wzrokowy. Włosy odgarnięte za ucho. Nie chciałam się za nimi chować tak, jak robiłam to w ostatnim czasie. Zdarzało się nawet, że mówiąc lub słuchając, patrzyłam mu w oczy.

Jest we mnie ogromne poczucie straty. Dotyczy ono różnych aspektów życia.
– Wie pan, ja w takich stanach jak wczoraj, bezsensownie odwołuję się do absolutów.
– Jak to pani rozumie?
– Skoro część życia zmarnowałam, nie ma sensu już nic robić. Skoro ludzkość kiedyś wyginie, nie ma sensu pisać, bo wszystko zniknie. Zostanie unicestwione.
Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, jak niebezpieczne i pozbawione sensu jest takie myślenie. Wszystko albo nic.
Postanowiłam wziąć się do roboty.

Woła mnie wena. Krzyczy do mnie strona www, którą chcę przerobić. Wzywają mnie obowiązki ambasadorki „Słów na granicy zmian”. Mam tyle do zrobienia!

I niech świat się skończy choćby za godzinę. Nie chcę umierać ze świadomością, że zmarnowałam swoje życie. Że mogłam i chciałam tyle zrobić, ale zbyt się bałam, by podnieść dupę z kanapy. I wzrok odwrócić w kierunku tego, co ważne. Nie chcę być ślepa i bronić się wymówką „nie dostrzegam, nic nie widzę”.
Bo widzę. Jestem świadoma. Ten świat potrzebuje aktywności. Ludzie potrzebują ludzi.
By krzewić dobro, wcale wiele nie trzeba. Wystarczy dać innym siebie, swoją uwagę, zainteresowanie.

I tak. Każdy z nas może zmieniać świat – aktywnością i brakiem zgody na zło. Choćby miał to być przelotny uśmiech do przechodniów na ulicy.

Tak mi dopomóż moja psychiko!

Podziel się!

260 – odlot w psychiatryku

Tak a propos Tisercinu.

Podczas pierwszego pobytu w psychiatryku, a było to w niechlubnym roku 2008, byłam bardzo przerażona.
Pomijając już całą otoczkę, na kogo pierwszego wpadłam, wzrok współpracjentek wiecznie utkwiony w dowodzie powieszenia, i tak dalej… nie miałam za grosz zaufania do personelu. Ta czarna jędza – ordynator – siała postrach na całym oddziale. Część pielęgniarek szła w te same ślady i to za jej przyzwoleniem.
Nie wdając się w to, czym mnie straszyła, jak mnie traktowała, sama obserwacja jej poczynań, przyprawiała mnie o palpitacje serca.
Przechadzała się po oddziale, wskazując ręką:
– Tę w pasy, tej zastrzyk w tyłek, tej cofnąć przepustkę… wyliczanki nie było końca.
Skutecznie działało to na moją wyobraźnię.

Nie mogłam tam spać. Kilkunastoosobowa sala obserwacyjna. Jęki, stęki, chrapania, krzyki.
W końcu w palarni zostałam namówiona na zgłoszenie bezsenności dyżurnemu, na wieczornym obchodzie. Skoro one dostawały nasenne, to czemu ja bym nie miała?
Tak też zrobiłam.
Na pierwszy rzut dostałam gówniany Nasen. Choć jakby spojrzeć na to z drugiej strony… Pal licho, że całą noc nie zmrużyłam oka. Jazda była przednia. Siedziałam na łóżku po turecku, kiwałam się jak w chorobie sierocej i obserwowałam cienie drzew na ścianie. Tak nie czułam się nigdy. Ale najlepsze miało dopiero nadejść. Cienie powoli zaczęły się zmieniać w dziwne stwory. Ni to straszne, ni to śmieszne. Po chwili zaczęły stawać się trójwymiarowe i wychodzić ze ściany. Już wtedy pomyślałam sobie, że nieźle mnie naćpali. Kiedy zaczęły do mnie mówić i zachęcać do rozmowy, a ja się wdałam z nimi w dyskusję… kapnęłam się dopiero po dłuższym czasie, gdy halucynacje odpuszczały. Trzeba przyznać – przestraszyłam się. Nie dobrej jazdy, a tego, że wszystko mogły odnotować francowate piguły, żeby rano donieść ordynatorce… na szczęście nic takiego nie miało miejsca.
Swoją drogą ciekawe. Sala obserwacyjna, a pocięta pacjentka ze świeżą wisielczą pręgą na szyi może całą noc siedzieć, kiwać się na łóżku i gadać do ściany. Chyba jestem dziwna, że mnie to dziwi…
Nic to. Następnego dnia wieczorem, upewniwszy się, że jest to „zabawa” bezpieczna, znów poszłam po coś na sen:
– Tamto nie działało – rzuciłam lekarzowi.
Dał mi coś innego. Nie pamiętam co, nie chce mi się szukać wypisu.
Próbowałam przetrzymać działanie nasenne. Udało się. Ale poza tym nic. Poleżałam kilka godzin i nad ranem zasnęłam.
Trzeciego dnia ta sama śpiewka. Spróbował jakiegoś benzo. Był to bodajże Klonazepam. Uspokoiłam się, lęki ustały, ale nic poza tym.
Gdy przyszłam czwartego dnia zgłosić ten sam problem… lekarz przywalił z grubej rury i poczęstował mnie Tisercinem. Łyknęłam, zapaliłam, usiadłam na łóżku i mniej więcej tyle pamiętam. Obudziły mnie, a raczej próbowały dobudzić, pielęgniarki.
To jakoś zniechęciło mnie do tej zabawy.
Tego dnia na rozmowę wzięła mnie ordynatorka (moja prowadząca). I jak nie huknęła:
– Jeszcze raz weźmiesz coś na sen, to cię na kolejny tydzień zatrzymam! Nie śpisz? Pewnie znów chcesz się zabić!
Jędza jedna wredna. Śmiała mi powiedzieć, że jak umrę to będę miała szczęście. Babsko psychopatyczne.

Dlatego do Tisercinu mam jakieś emocjonalne uprzedzenia.

Podziel się!

259 – psychiatra

Wczoraj rano terapia. Znów zaczęłam mówić. Przynajmniej próbowałam.
Potem odwiedziny u mamy w szpitalu.

Na 20:00 psychiatra.
Wyszłam z domu przed 19:00. Część drogi pokonałam autobusem. Zamiast przesiąść się w tramwaj, wybrałam spacer. Nie wytrzymałam. Kupiłam browara i wlekłam się wolno, noga za nogą, paląc kolejne fajki i sącząc piwo. Cała droga wzdłuż ogromnego parku. Kilka kilometrów. Łzy nie opuszczały mnie ani na chwilę. Włosy na twarzy, głowa spuszczona. Ale i tak widziałam kątem oka, że tabuny mijajacych mnie ludzi, zwracają na mnie uwagę. Nie miałam siły się tym przejmować.
Przyszłam ze dwadzieścia minut przed czasem. Siadłam w poczekalni zwinięta, z kurtyną włosów na twarzy i płakałam dalej.
Gdy poprzedni pacjent wyszedł, a Doktor do mnie podszedł, usłyszałam:
– Ojej…

– Mój węch mnie myli, czy czymś się pani zaprawiła?
– Jedno piwo wypiłam.
– To sadystyczne względem mnie.
– No sorry…
– Nie sorry, tylko też bym się napił w ten gorąc – chyba się uśmiechnął.
Potem już ryczałam całą godzinę. Wywlekając z siebie cały ten gnój.
– Znów wpadła pani w ślepy zaułek i kręci się jak chomik w kółku.
Ehh. Jakbym nie wiedziała.
– Ja chcę tylko pisać!
– Nieprawda. Gdyby zależało pani tylko na tym, nie brałaby pani leków i nie chodziła na psychoterapię.
– Oj wie pan, o co mi chodzi.
– Pani Anno, pisanie też jest dla pani ucieczką.
Po długiej rozmowie, uspokoiłam się na chwilę przy nowych zaleceniach. Trittico w kąt. Dawka 150mg nie przynosiła żadnych efektów.
– Brała pani kiedyś mirtazapinę?
– Nie.
– To antydepresant, tabletki rozpuszczają się w ustach.
– Ta, i pewnie zawierają aspartam.
– I co z tego?
– Ja się zdrowo odżywiam!
To się uśmiał…
– Fajki palę, piwo piję, ale się zdrowo odżywiam.
– Oj cicho no…
– A do tego Tisercin. Brała pani kiedyś?
– W psychiatryku.
– I jak?
– Urwał mi się po nim film. Siedziałam na łóżku, a gdy otworzyłam oczy, było rano.
– I o to chodzi. To co, piszemy te dwa leki i wenlafaksynę?
– Niech pan pisze… tak nie lubię leków…
– A ja nie lubię ich pani przepisywać. W pani przypadku najważniejsza jest psychoterapia.

Gdy tylko zamknęłam za sobą drzwi, znów polały się łzy. Wlekłam się z powrotem kilka kilometrów na przystanek autobusowy. Nie potrafiłam przestać płakać. I patrzeć tym swoim tępym, nieobecnym wzrokiem.
Nawet nie chce mi się pisać, jakie myśli wypełniały ten pojebany łeb.

Podziel się!

258 – terapia borderline: gdy nie mówisz o problemie, on znika

Gdy tylko weszłam do gabinetu, od razu zauważył, że coś jest nie tak.
Burknięte pod nosem:
– Dobry…
Bez, nawet przelotnego, spojrzenia na niego. Włosy jeszcze bardziej na twarzy niż zazwyczaj. Skamieniałam na fotelu i patrzyłam na swoje ręce, zakrywające brzuch.

Tak bardzo nie chciałam wchodzić w kontakt z terapeutą, że nawet potwierdzenia wyrażałam poprzez zaprzeczenie.
– Denerwuje się pani?
Wzruszenie ramionami.
– Nie miała pani dziś ochoty tu przychodzić, prawda?
Potwierdzenie przez zaprzeczenie głową.
Co jakiś czas zadawał kolejne pytania. Tylko na jedno odpowiedziałam słownie.
– O czym pani myśli?
– O niczym.
Więcej się nie odezwałam.
– Wczoraj na koniec sesji powiedziała pani coś bardzo ważnego.
Cisza.
– Nie odezwie się pani dziś do mnie?
Wzruszenie ramionami.
– Nie chce pani tu być?
Potwierdzenie przez zaprzeczenie głową.
– Dlaczego?
Kolejne pytanie pozostawione bez odpowiedzi.
– Wczoraj znów pojawiły się myśli o zrezygnowaniu z terapii?
Milczenie. Na to jedno pytanie chciałam odpowiedzieć:
– Nie.
I dodać, że obawiam się jego rezygnacji z pracy ze mną.
Ale ciało odmówiło współpracy.

Siedziałam tam nieruchomo, nawet nie bujając się na fotelu, jak to zwykle robię. Jakiś włos łaskotał mnie w nos. Nie byłam w stanie podnieść ręki, by go odgarnąć.
Znów zapadłam się w nicość. Chcąc tylko stamtąd uciec.

Pieprzony, przewidywalny border ze mnie. Z życiową zasadą: gdy nie mówisz o problemie, on znika.

W drodze do domu zaczepił mnie patrol. Wychodzili z jakiejś klatki. Wielce empatyczna policjantka zaszła mi drogę i rzuciła:
– Coś się stało?
– Zostawcie mnie w spokoju…
Burknęłam pod nosem i chciałam ją obejść. Kątem oka widziałam, jak popatrzyła na partnera i wzruszyła ramionami. Zeszła mi z drogi i poszli w swoją stronę.

Podziel się!