252 – terapia borderline: praca, praca i jeszcze raz praca

Powróciłam do świata żywych. Po raz kolejny się podnoszę i zaczynam swoją walkę od nowa.
Terapeuta zauważył, że mój nastrój i nastawienie zmieniły się diametralnie od wczorajszej sesji.
– Skoro czuje się pani lepiej, mogę znów zacząć mówić o rzeczach dla pani trudnych?
– No ja! Chce pan wszystko zepsuć? – roześmiałam się.

– Jest w pani ogromny lęk przed bliskością. Ostatnio poczuła pani, że się do mnie zbliża i poszła lawina, prawda?
Przytaknęłam głową.
– Tak, jakby ta bliskość miała panią w jakiś sposób skrzywdzić. I broni się pani przed tym, odcinając się od kontaktu. Co nie znaczy, że pani tej bliskości nie potrzebuje.
– Wiem…
– Musimy być przygotowani na to, że im większą bliskość ze mną będzie pani czuła, tym silniejszy lęk będzie się pojawiał. A co za tym idzie, coraz bardziej będzie chciała pani uciekać i zniszczyć tę relację.
Milczałam, drapiąc skórkę przy paznokciu.
– Pani milczenie biorę za potwierdzenie moich słów.
Spojrzałam na niego.
– Nie inaczej…

– Chodzi o to, żeby mówiła pani o swoich przeżyciach i emocjach. Można powiedzieć, że dążymy do takiego stanu, w którym będzie pani mogła myśleć na głos.
– W teorii to wiem.
– Pani Aniu, ja nie wymagam od pani, żeby od razu zaczęła pani tak otwarcie mówić. Rozumiem, że jest to dla pani bardzo trudne. Chodzi o to, żeby próbować. To jest właśnie teraz pani praca nad sobą.

Nie było w tym nic odkrywczego. Przecież to wszystko doskonale wiem. Tyle, że takie słowa z ust terapeuty, dobrze wpływają na naszą relację. Pogłębiają bliskość, potwierdzają słuszność mojego zaufania do niego.

Tak, jak planowałam, poruszyłam temat autoagresji. Próbowałam się zrelaksować, przekonać samą siebie, że terapeuta mnie nie skrzywdzi w żaden sposób. Nawet, jeśli będę mówić o swoich destrukcyjnych myślach i obawach z nimi związanych. Mówiłam powoli. Często robiąc przerwy. Nie popędzał mnie. Pozwolił mi na otwieranie się w swoim własnym tempie.

Po raz kolejny spytał, czy może zobaczyć blizny – po raz kolejny odmówiłam. To jeszcze nie ten etap bliskości.

Jutro kolejna sesja. Jestem pełna wiary, nadziei i zmotywowana do pracy nad sobą – jak nigdy.

Podziel się!

251 – psychiatra i takie tam

Po zobaczeniu mojego brzucha i boku, Mrówek całkowicie stracił nadzieję, że kiedykolwiek uda nam się stworzyć szczęśliwą rodzinę.
Ehh… nawet nie będę się bronić.

Wczorajsza wizyta u psychiatry nie poprawiła mi nastroju. Chyba pierwszy raz.
Mówiłam zdawkowo, wzruszałam ramionami, nie nawiązywałam kontaktu wzrokowego. Miałam łzy w oczach, i zupełnie na wszystko wyjeb…

Do 225mg wenli, dorzucił mi Trittico.
– Ja nie wciskam pani benzodiazepin, ale czy ogarnie się pani bez nich?
Wszystko było mi obojętne. Nie to, że chciałam umrzeć. Po prostu nie obchodziło mnie, co się ze mną stanie.
Stanęło na Lorafenie. Inne benzo sprawiają, że nieobliczalnieję.

Dziś zasnęłam przed siódmą rano. Mimio wzięcia Trittico i trzech Lorafenów (po jednej tabletce co dłuższy czas).
Obudziłam się przed trzynastą. Dalej wszystko mając w dupie, z przymusami autoagresywnymi, ale czułam całkowite uspokojenie.
Tak jest do teraz. Myśli paskudne, ale bez najmniejszego zamiaru ich realizacji.
Tak jest dobrze. Bezpiecznie.

Podziel się!

250 – terapia borderline: czas zaufać?

Krzywa akcja z Mrówkiem – w środku nocy ściągnął ciotkę i chcieli mnie wywieźć na wieś do niej. Wciskali Lorafen i wmawiali, że chcę się powiesić. Choć myśli samobójczych nie mam.

Przed dzisiejszą sesją wzięłam benzo. Zaczęłam mówić. Nagle pojawiły się łzy.
– Płacze pani?
Wzruszyłam ramionami.
– Nie mogę pani pomóc, jeśli nie będę wiedział o co chodzi, co pani myśli i przeżywa.
Zaczęłam więc mówić. Opowiedziałam to, czego nie potrafiłam wczoraj. Znów poczucie ulgi.
– Boję się, że relacja z panem stanie się dla mnie ważna.
– Już jest ważna.
– Niby… ale boję się, że gdy się do pana zbliżę, wszystko zniszczę.
– Spotykamy się tu po to, żeby nauczyć się przełamać ten schemat.
– Boję się, że będę niezrozumiana. Że powiem albo zrobię coś, za co się pan zdenerwuje na mnie.
– I co wtedy?
– Nie wiem – „opuści mnie pan, wyrzuci z terapii” – dodałam w myślach.
– Pani Aniu, nie ma innego sposobu. Musi mi pani zaufać, żeby mogła się pani przekonać, że z mojej strony nic pani nie grozi. Nie skrzywdzę pani, nie będę oceniał, krytykował. Chcę panią zrozumieć. A jeśli poczuje się pani przeze mnie atakowana, proszę mi na to zwrócić uwagę. Mogę to zrobić nieświadomie, a nie ma we mnie akceptacji na atakowanie pani. I proszę pamiętać, że emocje które przeżywa pani podczas sesji, mają związek z przeszłością. Teraz nic pani nie grozi. Jest pani tu ze mną bezpieczna.

O osiemnastej stary psychiatra – po rocznej(?) przerwie.

Podziel się!

249

Jutro na jedenastą sesja. O osiemnastej wizyta u starego psychiatry. Terapeuta mnie do niego wygonił. Że niby powinnam pogadać z lekarzem, może znów brać zamulacze pod postacią neuroleptyków, żeby wytrzymać emocje, pojawiające się w trakcie sesji.
Nie powiem. Do psychiatry idę chętnie. Lubię go i po każdej wizycie czuję się lepiej.
Ale nie chcę więcej chemii. Wystarczy mi wenlafaksyna, którą biorę w największej dawce ponad półtora roku.

Muszę jutro na sesji zacząć mówić. Inaczej – wybuchnę.

Podziel się!