221 – objawy borderline: racjonalna niestabilność

Na to, że pograniczne zaburzenie osobowości charakteryzuje się niestabilnością emocjonalną, wskazuje już sama nazwa – osobowość chwiejna emocjonalnie. Boleśnie odczuwają to zarówno zaburzeni, jak i ich bliscy. To z jej powodu skazana byłam na neuroleptyk (mój organizm nie toleruje typowych stabilizatorów). Odstawiłam go blisko rok temu. Chwiejność powoli zaczęła wracać. Wystarczy jeden gest, jedno słowo lub myśl, by z euforii wpaść w myśli samobójcze. Emocje. To one dyktują mi, jak odbierać świat, jak interpretować fakty.
Ostatnio jednak zauważyłam, że niestabilność przybrała nową formę – racjonalną. Chwiejność odbywa się na poziomie myśli, bez dopuszczania do głosu emocji. Terapeuta zapewne powie, że w skutek trudnych emocji, odcięłam się od nich. Być może. Jednak, paradoksalnie, łatwiej znieść zmieniające się co chwilę uczucia niż myśli. Dwa lata terapii nauczyły mnie, że to objaw chorobowy, a nie moja tożsamość. Jednak zmieniające się co chwilę myśli (odcięte od emocji) to pewnego rodzaju nowość. I znów – na nowo trzeba będzie zaakceptować, że to nie prawdziwa ja. Że myśli samobójcze i autoagresywne wynikające z zimnej kalkulacji to objaw… Bla. Bla. Bla.

Podziel się!

218 – normalność w tabletkach

– I co, myślisz, że jak brałam Rispolept, nie byłam taka?
– Jaka?
– No… taka.
– Pojebana?
– No.
– Mniej.

Znów faszerować się trującą chemią? Dla większej stabilności? Dla mniejszych myśli paranoicznych?
Znosić cierpliwie setki efektów ubocznych? Powstrzymywać łzy wyciskanie przez ból nóg? Być zwieszoną, nietwórczą, niekreatywną? Spać po piętnaście godzin, nie mogąc się dobudzić?
W imię czego?
Udawać, że normalność na receptę jest prawdziwa?

Podziel się!

207 – przełom

– Źle pani spała? – zapytał terapeuta, gdy tylko weszłam do gabinetu.
– Płakałam do czwartej…
– Właśnie widzę, że ma pani takie spuchnięte oczy. A co się stało?
Chwilę wahałam się, czy zacząć mówić. W oczach łzy. Czułam, że otwierając usta, popłyną.
Przełamałam się. Całą sesję płakałam. Nie próbowałam nawet powstrzymywać łez. Mówiłam szczerze, zużywając przy tym z dziesięć chusteczek.
– Pani Aniu, proszę mówić. Jest w pani bardzo wiele emocji. Proszę mówić – zachęcał, gdy zamilkłam na minut.
– Paradoksalnie choroba mamy jest plusem w całej tej sytuacji. Wiem, że muszę być dla niej silna. Gdyby nie to…
– To co?
– Różnie mogłoby być.
– Co ma pani na myśli?
– Działanie bez myślenia o konsekwencjach.
– Chodzi pani o cięcie?
– Cięcie to w tym wszystkim najmniejszy problem – przyznałam szczerze, wybuchając płaczem.

Podziel się!

204 – zakratowane wspomnienia

Wiosna zawsze była czasem wyjątkowym. Pijany zapach za oknem, jak donoszą naukowcy. Upajałam się nim.
Maj słońcem wypalał cierpiącą duszę. Wiosennym deszczem oczyszczał. Ciepły wiatr puszczał latawce z poczucia rzeczywistości. To zawsze było tak nierealne…

Od dwóch lat wiosna jest czasem szczególnym. Rocznicą mojego zmartwychwstania. Młody bóg uświadomił sobie, że ta zaciśnięta pętla na szyi nie jest jego anatomiczną częścią. Że to tylko zbędny rekwizyt. Młodoboska świadomość zapragnęła ją ściągnąć.

Do szpitalnych murów wchodził światopoglądowy samobójca. Psychiatryk opuścił już piewca życia. Artystyczny renesans uzasadniał tę zmianę. Lewej ręce, już nie podcięcie żył, a pisanie zostało przeznaczone.

W murach psychiatryka, za zakratowanymi oknami, pozostał duch pogardy dla życia. Czasem wciąż słyszę jego zrozpaczone wołanie:
– Wróć po mnie! To ja jestem prawdziwy! Jestem tobą! Wróć po mnie!
Lecz teraz odwracam słuch. I skupiam go na ptasich rozmowach.

Podziel się!

201 – leczenie borderline: autoagresja

Swego czasu dużo czytałam na temat autoagresji. Interesowałam się sposobami leczenia.
Wśród specjalistów można wyróżnić dwie grupy: zwolenników kategorycznego zakazu okaleczania się podczas leczenia oraz tych, którzy skupiają się na przyczynach działań autoagresywnych, zamiast na skutkach.
W pierwszym przypadku, konsekwencją aktu autoagresji jest zakończenie terapii. W drugim – szukanie powodów porażki.
Zawsze intuicyjnie czułam, że drugi sposób podejścia do terapii autoagresji jest skuteczniejszy. Wiadomo, specjalistą nie jestem, ale znając z autopsji problem okaleczania się od czternastu lat, zdążyłam wyrobić sobie swoje zdanie.
Problem autoagresji występuje nie tylko w pogranicznym zaburzeniu osobowości, jednak jest działaniem impulsywnym. I owszem, w terapii chodzi o to, by nauczyć się tym impulsom nie ulegać. Jednak, gdyby kontrola zależała tylko od silnej woli, osoby autoagresywne nie potrzebowałyby terapii, a postanowienia „więcej nie będę tego robić”.
Podejście pierwsze determinuje przeświadczenie, że autoagresja jest czymś złym, za co należy się kara – wydalenie z terapii. Jest to o tyle nieskuteczne, że osoby cierpiące na borderline mają tendencje do niszczenia tego, co dla nich dobre. Tak było w moim przypadku. Pierwszy terapeuta, po pewnym czasie, zrobił aneks do naszego kontraktu. Zgodnie z nim, pocięcie się skutkowało brakiem sesji. W efekcie, specjalnie się okaleczałam, by móc napisać do niego „panie S. pocięłam się, więc mnie nie będzie”.
Obecny terapeuta nie ma takich pomysłów. Zamiast tego, pracuje ze mną nad przyczynami takich działań. Wiem, że gdy upadnę, nie zostanę odrzucona i ukarana.
– Nie mogę być na panią zły, że nie kontroluje pani impulsów, bo to objaw pani choroby – powiedział kiedyś.
Taki stan rzeczy sprawia, że staram się najlepiej jak potrafię, by się nie skrzywdzić.
Trudnością była nie tylko nieumiejętność kontroli impulsu, czy przymus pocięcia na zasadzie uzależnienia. Głównym problemem, w moim przypadku, było uznanie autoagresywności za część osobowości, a nie objaw chorobowy. Doprowadzało to do sytuacji, w których cięłam się tylko dlatego, że uważałam to za swoją „powinność” – jestem autoagresywna, więc muszę się ciąć. Z takiego poglądu rodziło się myślenie: jeśli nie będę co jakiś czas się okaleczać, przestanę być sobą. W procesie terapii udało mi się osiągnąć taki stan, w którym nareszcie zaakceptowałam autoagresję za objaw choroby. Dostrzegłam, że terapeuta ma rację i zaprzestanie krzywdzenia siebie nie będzie oznaczać utraty części tożsamości. Było to bardzo trudne i potrzebne było długofalowe oddziaływanie terapeutyczne. Zrozumiałam, że to wymaga nie tylko decyzji na poziomie świadomości. Trzeba było sięgnąć głębiej i zmienić podejście do swojej tożsamości. Terapeuta pomógł uporać mi się z lękiem, że przestanę być sobą. Cierpliwie towarzyszył mi w upadkach, będąc przy mnie w najgorszych chwilach. Jednocześnie nie dając mi odczuć, że jestem odrzucona, działając przeciw sobie. Taka metoda się sprawdziła.
Nie pocięłam się od pół roku. Nie twierdzę, że już nigdy tego nie zrobię. Ale teraz czuję, że w tej walce mam większe szanse. Bo walki z tym uzależnieniem nie postrzegam już, jako wyrzekanie się siebie.

Wam również życzę wytrwałości i mądrych terapeutów.

Podziel się!