934 – terapia borderline: sama relacja nie wystarczy

Kiedy stałam pod klatką i paliłam drugą fajkę, rozszalała się śnieżyca. Idąc tam, miałam tyle do powiedzenia. Ale w tamtym momencie miałam wrażenie, że podmuchy silnego i lodowatego wiatru wywiały ze mnie wszystko. Każdą najmniejszą myśl i emocję.

Usiadłam w fotelu i, jak zwykle, utkwiłam wzrok w puszcze Redbulla, palcem wskazującym lewej ręki bawiąc się kluczykiem do otwierania. Dopadła mnie straszna niemoc. Zastanawiałam się, po co tam przyszłam. A z drugiej strony spłynął na mnie taki błogi spokój. Cały lęk przed spotkaniem uleciał i znów poczułam tę bliskość, zaufanie i bezpieczeństwo, których tak mi brakowało przez ostatnie tygodnie. Dojmujące poczucie osamotnienia odpuściło.
Milczenie nie trwało szczególnie długo.
– I jak zwykle. Miałam tyle do powiedzenia, a kiedy tu usiadłam…
– Wszystko uleciało – terapeuta dokończył za mnie.
– Przez ostatnie lata cieszyłam się na swoje urodziny. To było dla mnie święto, na które czekałam. Za półtora tygodnia mam urodziny. I w ciągu tych kilku tygodni… Nie tylko chciałam, ale wręcz planowałam, że ich nie dożyję.
Rozmawialiśmy trochę o tym, co działo się w czasie mojej nieobecności. A potem pan M. zaczął mówić, jak to wszystko widzi.
Będziemy spotykać się do końca maja, dwa razy w tygodniu. Tak, jak było to ustalone przed moją ucieczką. A w tym czasie mam poszukać terapeuty behawioralnego.
– Jestem wobec pani uczciwy. Ja wykorzystałem wszystkie narzędzia jakie daje terapia psychodynamiczna. Zrobiłem wszystko, co mogłem. Nie mówię, żeby poszukała pani innego terapeuty psychodynamicznego, bo może jemu się uda. Uważam, że potrzebuje pani teraz terapii poznawczo-behawioralnej. Sama relacja terapeutyczna nie wystarcza. Potrzebuje pani kogoś, kto pomoże pani zmodyfikować myślenie i zachowanie. Kto nauczy panią, jak skupić się na „tu i teraz” i wydobywać się z tych kryzysów.
Pan M. mówił i tłumaczył, ale wciąż mnie nie przekonał. Zupełnie nie leżą mi te wszystkie tabelki, ćwiczenia i odgrywane scenki.

Na koniec przyznałam, że często wydaje mi się, iż samobójstwo byłoby racjonalną decyzją, biorąc pod uwagę moje nieprzystosowanie do życia i ogrom cierpienia, którego doświadczam.
– Ale to mogłoby zabić pani rodziców, a tego pani nie chce.
– I dlatego tak często czuję się, jak w potrzasku…

Podziel się!

933 – radość, wstyd i lęk

Dzisiejszemu spotkaniu towarzyszą z jednej strony ogromne emocje. A spośród nich chyba najgłośniejsze są radość, wstyd i lęk. Z drugiej jednak, całkowita pustka. I zawsze mnie ten fenomen dziwił. Jak to jest? Emocje są tak silne, że umysł je odcina i stąd wrażenie pustki? Czy działa to na takiej zasadzie, jak agresywne pragnienie schrupania albo uduszenia szczeniaczka, bo jest taki słodki (zjawisko czułej agresji)? Gdy widzimy takiego słodziaka, często budzą się z nas mordercze instynkty. Ale to nie dlatego, że jesteśmy źli. To umysł w ten sposób broni się przed nadmiarem pozytywnych emocji i wytacza te przeciwstawne do nich. Żeby, potocznie mówiąc, uniknąć spięcia.

Radość. Chyba oczywista. Zobaczę się z ważnym dla mnie człowiekiem, któremu wiele zawdzięczam. Spotkam się z kimś, czyją nieobecność w swoim życiu traktowałam jak jego śmierć. Bo tak właśnie wciąż przeżywam rozstania. Jak śmierć, nieodwracalne, nieodwołalne wydarzenie, które mnie rozdziela z tym obiektem na zawsze. I powrotu już nie ma.
Wiem, że to niezbyt zgrabne, by porównywać człowieka i psa, ale podobnie było z Fizią. Gdy ciocia zabierała ją po tygodniu, płakałam i przeżywałam to, jakby zdechła. Jakbym nigdy więcej miała jej nie zobaczyć.

Wstyd. Jest we mnie tyle wstydu, że mam ochotę zapaść się pod ziemię. Wstydzę się tego, że uciekłam. Tego, że wracam. Tego, że wysłałam tę długą pożegnalną wiadomość i treści w niej zawartych, bo byłam tam szczera do bólu. W końcu miałam go już nigdy więcej nie spotkać. Wstydzę się swoich emocji. Tego, że mi zależy. Tego, że mi trudno. I mogłabym tak wymieniać w nieskończoność. Co tu dużo mówić, wracam, jak syn marnotrawny.

Lęk. On był zawsze obecny w relacji. Nigdy nie udało się go wyeliminować, choć często jego poziom spadał i pozwał mi na swobodne reakcje, choć nie do końca na spontaniczne mówienie. Jestem przerażona, bo mam wrażenie, jakbym szła na spotkanie z kimś całkowicie obcym. Z kimś, kogo nigdy nie znałam i nawet nie widziałam. Z kimś, czyich zamiarów nie znam i nie wiem, czego mogę się po tym człowieku spodziewać.
Tak bywało, gdy wracałam do gabinetu po przerwach. Na przykład po wyjazdach pana M. Siedziałam usztywniona i nie potrafiłam mówić. Bałam się go. Bałam się, że może zrobić coś, co mnie skrzywdzi, zaboli lub zawstydzi. Cała moja empiryczna wiedza o tym człowieku znikała za zasłoną niepamięci.
Jest również lęk przed nieznanym. Przed tym, że nie wiem, co mnie czeka. Może nie tyle na sesji, co później. Czy będziemy mogli się dalej spotykać? Czy to jednorazowa wizyta? Czy to mi coś da? Czy dobrze robię? Czy będę potrafiła się znów otworzyć? Być szczera na wystarczającym poziomie? Tyle niewiadomych…

I w końcu ta nieszczęsna pustka. Pustka, która pochłania wszystko. Jak czarna dziura, unicestwia i obraca w niebyt – myśli, emocje, motywacje i pragnienia. Jest ze mną lepiej niż w ostatnim czasie. Kryzys, jakby, może nie tyle minął, co chwilowo ucichł. To jak skamienienie z na wpół zawiązaną pętlą w ręce. I nasłuchiwanie. I obserwowanie. Co będzie?

Dziwnie się czuję. Niech już będzie po…

Podziel się!

932 – odpisał

Kiedy o 8:25 zawibrował telefon, podskoczyłam przestraszona. Sięgnęłam po niego. SMS z obcego numeru. Ściana łez. To on. Pan M. odpisał. Czy pasuje mi spotkanie jutro o 11:15? Szybko odpowiedziałam, że będę. Jakby miał się rozmyślić.

I zaraz milion problemów. Tysiące myśli, jedna gorsza od drugiej. Jak dam radę tam pójść? Po tym wszystkim? Po tej kilkustronicowej wiadomości pożegnalnej, w której wyznałam mu wszystko? Wiem, nie było tam nic złego czy kontrowersyjnego, ale mimo wszystko…

I setki obaw. Czy dam radę coś powiedzieć? Przecież w myślach mówię do niego od półtora miesiąca, ale czy dam radę coś wyartykułować? Cokolwiek? Czy nie będzie tak, że siądę, skamienieję i ze łzami w oczach i wzrokiem utkwionym w jednym punkcie, wewnętrznie roztelepana nie wyduszę z siebie słowa?

Jest we mnie taki straszny chaos.

Nie potrafię wyzbyć się wrażenia, że odpisał mi tylko dlatego, że tak nakazał mu profesjonalizm. Że on, jako człowiek, wcale nie chce mnie widzieć. Że moją rezygnację przyjął z ulgą i miał nadzieję mnie więcej nie zobaczyć. A może tylko sobie schlebiam, bo jestem mu tak obojętna, że nawet o tym nie pomyślał…

Czuję zimno. Takie piekielne, wewnętrzne zimno, przez które nie można się zagrzać. Czuję się niezrozumiana. Osamotniona. Opuszczona.

Mój związek to fikcja. Wspólny dach nad głową i rachunki. To pozostało z symbiotycznego związku dwojga ludzi, którzy byli razem całą dobę przez kilkanaście lat. Łudziłam się, wmawiałam sobie, że jest inaczej. Nie zauważyłam, że to wszystko rozpadło się lata temu. Że jestem naprawdę sama. Z rodziną, która mnie kocha, ale kompletnie nie rozumie i zamiast pomóc, szkodzi. Że bliscy podsycają moje lęki, pogłębiają kryzysy i podjudzają agresję i wybuchy złości.

Chyba się zaraz zerzygam…

Podziel się!

931 – po co to zrobiłam?

Złamałam się. Napisałam do pana M. Z racji świąt i tego, że nie chciałam mu przeszkadzać, wysłałam maila. Opisałam mu, jak jest. I zapytałam, czy mogę wrócić, chociaż po to, żeby dokończyć terapię. Choć na te kilka spotkań.

Dlaczego to zrobiłam? Chyba z bólu. Z cierpienia, którego nie potrafiłam już dłużej wytrzymać. Albo żeby sobie jeszcze bardziej dowalić. Dołożyć kolejne odrzucenie. Myślę, że postąpiłam źle. Bo albo nie odpisze, co będzie wiązało się z jeszcze większym bólem. Albo odpisze i się nie zgodzi, co będzie się wiązało z tym pierwszym. Albo się zgodzi, czyli wrócę na kilka sesji, które w dłuższej perspektywie nic nie dadzą. Spowodują tylko przeżywanie rozstania na nowo, ożywienie tych negatywnych emocji i, w konsekwencji, jeszcze większy ból. Wniosek? Moja wiadomość do niego, niezależnie od jego reakcji, tylko nasili cierpienie.

Jesteśmy u rodziców. Cały czas siedzę w sypialni. Albo śpię, albo pracuję. Nos wyściubiłam tylko na śniadanie, pochlipać trochę białego barszczu i wróciłam do naszego pokoju. Z Mrówkiem bardzo źle. Nie pamiętam, kiedy było gorzej.

Rozmawiałam z kontrahentem. Ostry zapierdol jeszcze do końca przyszłego tygodnia. Już rzygać mi się chce tym projektem. Tyle mnie on nerwów kosztuje, że szkoda gadać. Zapowiedziałam urlop. Po tym zleceniu potrzebuję urlopu, bo nie wytrzymam. Co będę na nim robić? Spać. Prześpię kilka dni w nadziei, że organizm rozleniwi się tak, że odechce mu się oddychać.

Podziel się!

930 – przekaz?


To będzie gorzki wpis. Bardzo gorzki.

Długo się nad tym zastanawiam i… jaki przekaz ma płynąć z „Poskromić borderline”? Że warto się leczyć? Że warto się przełamywać, ufać, wierzyć, że będzie lepiej? Że warto wydać kilkadziesiąt tysięcy złotych, nie mówiąc już o setkach godzin życia? Że warto w siebie ładować tony chemii? Tylko po co? Żeby ostatecznie cierpienie było na takim samym poziomie, a do tego doszło poczucie opuszczenia? Zdradzenia? Pozostawienia samemu sobie? Naprawdę? Najpierw masz wiarę, ufasz w pomoc, angażujesz się. A potem zostajesz sam, jak na początku. I nikogo już nie obchodzą twoje łzy, ani krzyki rozpaczy. Nikogo nie obchodzi twoje cierpienie i to, że już nie masz siły żyć. Jesteś sam. Jak na początku. Z tą tylko różnicą, że poznałeś, jak to jest, kiedy kogoś obchodzi twój los i ktoś otacza cię opieką.

Jakie świadectwo ma dać ta książka? A co ja mam odpowiadać tym wszystkim ludziom, którzy o to pytają z nadzieją w głosie, że potwierdzę, iż ma to sens? Mam kłamać?

Jestem sama. Tak, jak na początku. Ból wcale nie jest mniejszy. Nienawiść do życia również. Póki trwała terapia, miałam nadzieję. Często czułam się lepiej. Ale tylko po to, by po jej zakończeniu wszystkie demony wróciły. Silniejsze, sprawiające większe cierpienie.

Znów piję, tnę się, łykam lorazepam garściami, żeby choć przez chwilę poczuć ulgę. Inaczej nie umiem. Inne sposoby nie działają. I z wielką tęsknotą myślę o śmierci.

Podziel się!