989 – blisko dwa miesiące od zakończenia terapii

Za tydzień miną dwa miesiące samodzielnego życia, bez terapeuty. To niesamowite, jak szybko mija czas. Wydawałoby się, że dopiero tak silnie przeżywałam rozstanie, a w tej chwili mam wrażenie, jakby ta terapia nigdy się nie odbyła albo kiedyś, w zamierzchłej przeszłości.
Na pewno dużo dał mi urlopowy wyjazd. Chodzenie po górach oraz towarzyszące mu pot i łzy nie sprzyjają rozmyślaniom o stracie. Tęsknota i poczucie braku jakoś się rozmyły.
Jak sobie radzę? Chciałabym powiedzieć, że dobrze, ale bywa naprawdę rożnie. Faktem jednak jest to, że od pożegnania nie miałam ani jednego dłuższego kryzysu. Bywały naprawdę bardzo złe dni, ale to były pojedyncze dni. Złapało mnie na chyba dwudniowe leżenie w łóżku z myślami samobójczymi przed wyjazdem. Ale i to ogarnęłam bez popadania w silną autodestrukcję. I nie sięgnęłam po żyletkę.
Mam wrażenie, że odkąd skończyłam terapię jestem dojrzalsza. Że pracując z panem M. w pewnym sensie pozwalałam sobie na kryzysy. Że po części zrzucałam na niego odpowiedzialność za siebie i swoje życie. Odkąd nie ma go w moim życiu, wiem, że muszę sobie radzić sama i nie dopuszczam do rozwijania się dram.
Miałam iść na kolejną terapię, do pana K. I jestem bardzo zaskoczona tym, że nie czuję takiej potrzeby. Miała ona nauczyć mnie radzić sobie z kryzysami i zakładałam, że po rozstaniu z panem M. wpadnę w długi i głęboki kryzys samobójczy. Ale nic takiego nie miało miejsca. Owszem, jest (a może raczej było?) mi ciężko, ale jestem w stanie nad tym zapanować samodzielnie.
Kiedy zbliżał się koniec tej sześcioletniej pracy, czułam się wciąż niesamodzielna. Płakałam panu M., że nie czuję się gotowa, że nie umiem się sobą zaopiekować, że sobie nie poradzę. Ale okazało się coś zupełnie przeciwnego. Świetnie sobie radzę, a na dodatek czuję się względnie zdrowa. Przecież pan M. tyle razy mi powtarzał, że kryzysy będą się pojawiać. Chodzi tylko o to, jak będę na nie reagować. A nie robię nic głupiego. Przesypiam je, co jest, według mnie, dobrym rozwiązaniem, bo skutecznym i niedestrukcyjnym.
Mam plany i marzenia. Chcę żyć, rozwijać się i pomagać innym. To potwierdzenie udanej terapii. Tak myślę i tego się trzymam! I niezmiennie jestem wdzięczna panu M. za uratowanie życia.

Podziel się!

987 – co za koszmarny dzień…

Mam dziś tak koszmarny dzień, że już nie wiem, co mam ze sobą zrobić. Jest kwadrans po dziesiątej rano, a ja piję drinka. Nie mam pojęcia, jak się inaczej uspokoić, bo nie mam żadnych tabletek doraźnych.

Zupełnie nie idzie mi w robocie. Nie mogę czegoś zrobić i frustracja uruchomiła we mnie głębokie pokłady złości. Już samo to spowodowało niezłe wkurwienie. A dodatkowo jestem wściekła na Mrówka. Wiosną kupiłam super eko bio ziemię do ziół i warzyw oraz od cholery najróżniejszych nasion. Marzyły mi się świeże zioła. Oprócz tego lubczyk czy poziomka. Mrówek nie pozwolił mi ich trzymać w domu i kazał wynieść na balkon. Wszystko zaczęło kiełkować w momencie, gdy skończyłam terapię. To było dla mnie dość symboliczne. Rośliny rozpoczynały swoją wegetację, a ja zaczynałam samodzielnie życie. Minęły dwa miesiące. Siewki w ogóle nie chcą rosnąć, po kilkudziesięciu dniach ledwie odrastają od ziemi, mają po kilka centymetrów. Kiedy jechaliśmy na urlop, zalęgły się w nich jakieś pieprzone robale i zaczęły marnieć. Jadalne bratki zostały wpieprzone, zostały same łodygi. Reszta roślin miała dziury w liściach. Ja dzisiaj patrzę na lubczyk, który niknie w oczach, a tam pierdolone zielone gąsienice. Wszystko wpierdoliły. Złapałam takiego wkurwa, że zaczęłam trzaskać drzwiami i myślałam, że mnie rozniesie. Całą złość skierowałam na Mrówka, bo gdyby rośliny były w domu, nic takiego nie miałoby miejsca.
Strasznie się pokłóciliśmy, a ja złość zmieniłam w rozpacz i poczucie bezsensu. Rzuciłam się na łóżko i zaczęłam płakać. Nie mam siły – do swoich emocji i mojego niepanowania nad nimi. Mam szczerze dość. Wszystkiego, łącznie z życiem.

To kolejny koszmarny dzień od zakończenia terapii. Nie chce mi się żyć. Za to chce mi się ciąć i iść w autodestrukcję. We wszystkim doszukuję się tego, co złe. Nie potrafię się uspokoić ani spojrzeć na życie przychylniejszym okiem. Niby wiem, że to tylko pieprzone zioła, które mogę zasiać jeszcze raz, ale poziom złości jest tak wysoki, że odbiera mi możliwość racjonalnego myślenia. Naprawdę, tak trudno mi dziś znieść świadomość, że żyję…

Podziel się!

984 – kolejny kryzys, pierwszy, z którym muszę radzić sobie sama

Naprawdę łudziłam się, że wraz z końcem terapii zakończą się te najcięższe kryzysy. Ostatni miesiąc tylko utwierdzał mnie w tym przekonaniu. Do wczoraj.

Myślałam, że to tylko gorszy dzień. Ale bardzo się myliłam. To kolejny pieprzony kryzys, z którym zostałam całkowicie sama. Nie mam już terapeuty, który pomógłby mi się z tego wygrzebać i dał choć odrobinę poczucia bezpieczeństwa.

Nie mam też psychiatry, bo dr T. ostatecznie zerwał ze mną kontakt i nie chce mnie znać. Nie mam więc lekarza, który może zmieniłby coś w lekach.

Jestem, jak kiedyś, jak w najgorszych czasach, sama jak palec. Nie ma nikogo, kto by przytulił i powiedział „jesteśmy w tym razem”.

Leżę w łóżku i żałośnie płaczę. Nie potrafię się uspokoić. Ten ból jest zbyt silny. Cierpienie wszechogarniające. Nie potrafię znaleźć ani jednego powodu, dla którego miałabym dłużej żyć. Znów fantazjuję o śmierci. W wyobraźni widzę wiszącą nade mną pętlę. Nie mam siły żyć.

Podziel się!

983 – flashback starego życia

Wczorajszy dzień to był jakiś koszmar! Czułam się fatalnie. Nie tylko psychiczne, ale i fizycznie. Nie miałam siły wysiedzieć przed komputerem i pracować. Oprócz tego co chwilę wybuchałam płaczem. To ten ból wewnętrzny, to cierpienie, wyciskały ze mnie łzy. Wzięłam lorazepam. Nieco się uspokoiłam i pracowałam dalej. Ale nadeszła w końcu chwila, że wszystko straciło sens, a ja chciałam tylko uciec w sen. Tak też zrobiłam. Poszłam się położyć do sypialni. Wtedy przyszedł Mrówek i zapytał, czemu nie pracuję, skoro za kilka dni jedziemy na urlop. Odpowiedziałam, że bardzo źle się czuję. A może nie? Może leżałam, wpatrzona w ścianę i się nie odezwałam? Nie pamiętam…

W każdym razie Mrówek się zdenerwował i powiedział, że znowu się zaczyna. Że miesiąc był spokój, a teraz będzie to, co było – leżenie w łóżku, cięcie, ćpanie benzo i zapijanie alkoholem, szpital. Totalnie wyprowadziło mnie to z równowagi. Zaczęłam płakać. Żałośnie zawodzić. No, bo jak to? Przecież czułam się taka pokrzywdzona! Znowu chętnie wślizgnęłam się w rolę niezrozumianej przez nikogo ofiary. I wtedy zaczęło się na dobre. Gdy Mrówek wyszedł z pokoju, poziom złości wzrósł do tego poziomu, że zaczęłam uderzać pięściami w głowę. Chciałam ją rozwalić! Myśli samobójcze pojawiły się nie wiadomo skąd. Myśli tak silne, że gdybym była sama w domu, zapewne bym się powiesiła. Tak okropnie chciało mi się ciąć, że płakałam z tęsknoty za żyletką. Z tęsknoty za terapeutą, bo oczywiście automatycznie pojawiło się we mnie przekonanie, że jestem mała, biedna i nieporadna. Że sama nie dam sobie z tym wszystkim rady. Że potrzebuję pomocy terapeuty. Że muszę wrócić do pana M.

W chwilach, gdy ten atak nieco odpuszczał, próbowałam się sobie przyjrzeć, zrozumieć, co się ze mną dzieje. Skąd się to wzięło i dlaczego było tak silne?

Wzięłam drugie dwa i pół miligrama lorazepamu. Dopiero ta kolejna tabletka sprawiła, że nieco się uspokoiłam. Jeszcze trochę próbowałam pracować, ale mi nie szło. Ostatecznie poszłam spać o jakiejś dwudziestej czy dwudziestej pierwszej. Wstałam o czwartej trzydzieści.

Teraz dochodzi piąta, a ja siedzę przed komputerem z kawą i Yerba mate. Dziś już spokojna, gotowa do pracy, uprzednio chcąc nadgonić z akceptowaniem poprawek korektora.
Wczoraj przeprosiłam Mrówka za swoje zachowanie, pogodziliśmy się, po czym znów zaczęłam robić to samo. Nie powiem, przestraszyłam się. Na myśl, że tak mogłoby być znowu, na stałe, przeraża mnie. Nie chcę przecież ranić i krzywdzić ani bliskich, ani siebie. Skąd więc wziął się ten atak? Ten flashback starego życia?

Ta sytuacja pokazała mi, że wciąż muszę być nieustannie czujna i uważna na to, co się ze mną dzieje. Na pojawiające się we mnie emocje. Bo wystarczy chwila, żeby to całe bagno wróciło. A przecież ono już do mnie pasuje. Już taka nie jestem. Nie chcę taka być.

Podziel się!

978 – wrażliwość

Wysoka wrażliwość, a wręcz nadwrażliwość, to jedna z cech, które w sobie zawsze ceniłam. Przecież, gdyby nie ona, nie potrafiłabym tworzyć. Kiedy ktoś pyta mnie przewrotnie o pozytywne aspekty borderline, wrażliwość podaję na pierwszym miejscu. A jednak.

Jest we mnie ambicja, by tę cechę kontrolować. Włączać i wyłączać wedle własnego widzimisię. Czerpać z niej to, co twórcze, ale odrzucać trud, którego przysparza. Do tej pory mieszała się ona z obojętnością czy wręcz pustką. Funkcjonowałam w modelu nadwrażliwość – całkowity brak wrażliwości. I, jak to w pogranicznym zaburzeniu osobowości, praktycznie nie było niczego pośrodku. Bo wysoka wrażliwość, trzeba to zaznaczyć, bywa męcząca. Sprawia, że każdy bodziec powoduje pobudzenie i wzruszenie. To naprawdę obciążające, gdy człowiek wzrusza się nie tylko na filmach i programach, ale również reklamach. Gdy słucha opowieści i każdy jej element powoduje ckliwość. Uczuciowość działa na najwyższych obrotach, z każdej sytuacji wyciągając to, co rozczula.

Odkąd skończyłam terapię, moja wrażliwość szaleje. Nie ma chwili, bym nie była pobudzona emocjonalnie. I nieważne, czy jest mi smutno, czy dominuje tęsknota, czy jest zwyczajnie (bo od ostatniej sesji nie było jeszcze dnia, żebym czuła się naprawdę dobrze) – jestem wiecznie poruszona, a łzy stają mi w oczach po kilkanaście razy na dobę, o ile nie częściej. Mam ochotę płakać, ale to nie płacz melancholijny, a czuły, liryczny. Emocjonalność w dużym stopniu daje mi się we znaki, pobudzając układ nerwowy do nieustannego napięcia, co powoduje zmęczenie i przeciążenie. A mimo wszystko, zaczęłam to doceniać.

Powzięłam decyzję o zaakceptowaniu tego, jaka jestem. O przyjęciu mojej nadwrażliwości wraz ze wszystkimi jej dobrodziejstwami i uciążliwościami. Nie chcę denerwować się na siebie za każdym razem, gdy widząc spot reklamowy mam ochotę płakać, bo widzę w nim piękno, a filtr emocjonalny robi z niego prawdziwy melodramat. Taka jestem. Ukształtował się we mnie system nerwowy, o takim, a nie innym progu wzruszenia. I dzięki temu mogę patrzeć na świat w wyjątkowy sposób. Dostrzegać to, czego większość nie zauważa. To dlatego potrafię odnaleźć wenę w rzeczach z pozoru prozaicznych. I choć niesie to za sobą trudności i uciążliwości, jest darem, którego nie oddałabym za żadne skarby. Nie pozostaje mi więc nic innego, jak zaakceptować swoją odmienność. I z cechy często interpretowanej jako wada, uczynić swój atut. A że uronię kilka łez na reklamie proszku do prania? Cóż, dzięki temu dostrzegam przecież o wiele więcej aspektów różnych rzeczy, jakbym potrafiła widzieć to, co dla większości jest niewidzialne.

Podziel się!