824 – terapia borderline: zabliźniony przełom

To była z pozoru normalna sesja. A jednak w pewnym sensie przełomowa.

Ubrałam się dziś w koszulkę na ramiączkach i cienką bluzę wkładaną przez głowę. Aura na zewnątrz nie rozpieszczała, więc wydawało mi się, że to adekwatny ubiór. Miałam rację. Było w sam raz.

Jednak wszystko zmieniło się po kilkunastu minutach sesji. Było mi okropnie gorąco. Początkowo się wahałam, ale w końcu odważyłam się.
– Nie będzie panu przeszkadzać, jak ściągnę bluzę?
– Nie, proszę się czuć swobodnie – odpowiedział, a ja zaczęłam się rozbierać.

Kiedy już usadowiłam się wygodnie na fotelu, a terapeucie ukazała się moja lewa ręka w całej krasie, poczułam… no właśnie, akceptację. Oczy pana M. pierwszy raz ujrzały blizny na ramieniu, choć kilkukrotnie pytał mnie o możliwość ich obejrzenia.

Tak więc dziś, po pięciu latach się doczekał. I ja się doczekałam. Odważyłam się. To było dla mnie bardzo ważne. W pewnym sensie kolejny krok w zbliżaniu się do pana M.

Trochę o tych bliznach rozmawialiśmy. Niektóre z nich wskazywałam i opowiadałam ich historię.

Gabinet opuszczałam z poczuciem całkowitej akceptacji ze strony pana M. I ogromną ulgą.

Podziel się!

823 – naltrekson

W piątek wysłałam trzy na wpół rozpaczliwe SMS-y do pana T.
We wtorek wieczorem zadzwonił, że możemy się dzisiaj spotkać.

Rozmawialiśmy w gabinecie dość długo, debatując, co zrobić z tym cholernym stanem, w którym teraz jestem.

Ostatecznie stanęło na dołączeniu do obecnych medykamentów dodatkowej chemii w postaci naltreksonu. Już kiedyś brałam ten odpowiednik metadonu i czułam się lepiej.

Ciekawe, czy i tym razem coś pomoże…

A jutro wizyta u pana M.

Podziel się!

816 – terapia borderline: nie mam już do siebie siły

Jak słowo daję, jeśli na następnej sesji się nie otworzę, to rezygnuję. Jestem na siebie zła, wściekła! Czuję się okropnie sfrustrowana. Dlaczego?

Praktycznie całą sesję przemilczałam. Nie odpowiedziałam nawet na zadane przez pana M. pytanie, o czym myślę. Chciałam, tak bardzo pragnęłam powiedzieć, ale nie potrafiłam.

Całą sesję zbierałam się do tego, by powiedzieć o swoich przemyśleniach. Przemyśleniach, o zgrozo, dotyczących naszej relacji. Kurwa, przecież ja nawet nie chciałam nic skrytykować! A po prostu stwierdzić fakt, że nie potrafię podzielić się z nim swoimi przemyśleniami. Że wypowiedzenie słowa „bliskość” w kontekście naszej relacji napawa mnie lękiem. Że boję się panicznie bardziej otworzyć, zbliżyć do niego, jakbym robiła coś złego. Jakby to było obrzydliwe i nie na miejscu. A przecież w naszej relacji nie ma ani krztyny romantyzmu czy erotyzmu ani z jednej, ani z drugiej strony. To jest mój terapeuta i tak go traktuję. Relacja z nim przypomina trochę relację matki z dzieckiem. Czy raczej dziecka z matką, bo przecież z mojej strony tak jest.

Chciałam, naprawdę pragnęłam mu o tym powiedzieć. Ale siedziałam zastygła, wzrok wbity we własne paznokcie u rąk splecionych i opartych o kolana. Wzrok… heh, przecież nawet ich nie widziałam – obraz zupełnie rozmyty za ciemnym filtrem lęku. Nie potrafiłam nawet przełknąć śliny! Odliczałam w kółko do trzech. Bo wymyśliłam sobie kiedyś sposób, by na trzy się odzywać. Nic z tego. Żadne trzy nie skończyło się nawet nabraniem większej ilości powietrza, by choć spróbować zainicjować mowę.

– O czym pani myśli? – Zapytał po długiej chwili milczenia.

A ja nic. Nawet nie drgnęłam. Odpowiedziałam mu w myślach. W myślach prowadziłam długi monolog, z którego do świata zewnętrznego nie przedostał się choćby pojedynczy dźwięk.

A w głowie wciąż słyszałam jego słowa: powinna pani mówić o tym, o czym nie chce pani mówić.

Mam dość. Nie mam już do siebie siły…

Podziel się!

814 – łaknienie bliskości z panem M.

Jakże odmienny mam dziś nastrój od wczorajszego! Znów czuję się, jak oświecona, jak natchniona i czekająca tylko, by pobiec na sesję z panem M.!

– Czego się pani boi?
– Bliskości. Jej utraty… przerwania terapii…
– Że ja miałbym ją przerwać?
– Tak – przyznałam szczerze, ze wstydem w głosie.
– Ale to pani to robi, nie przychodząc na sesje.

Przecież to tak oczywiste!

Zawsze miałam tendencje do uprzedzania opuszczenia. Kiedy czułam, że coś jest nie tak, albo uciekałam, albo przestawało mi zależeć. Podobny mechanizm obserwuję na terapii. Ale teraz jestem silniejsza, bardziej świadoma. Potrafię się zatrzymać i temu przyjrzeć.

Oczywiście nadal jest we mnie szalenie dużo lęku i obaw, że terapia skończy się nagle, bez uprzedzenia. Albo że pan M. skrzywdzi mnie w jakiś sposób i nie będę sobie potrafiła z tym poradzić. Jednak ufam w jego mądrość, doświadczenie i profesjonalizm. To pozwala mi iść naprzód, krok po kroku, choćby malutkim.

Cieszę się, że trafiłam na tak wspaniałego terapeutę. I nie mogę się doczekać kolejnej sesji!

Podziel się!

813 – terapia borderline: kierunek lęku przed bliskością – ujarzmienie

Spóźniłam się na dzisiejszą sesję, przed którą połknęłam aż 5mg lorazepamu. Inaczej nie dałabym rady tam pójść. Siedziałam na ławce przed klatką i paliłam papierosa, ostatecznie rozstrzygając, czy wejść do środka, czy jednak uciec, jak w poniedziałek. W końcu wstałam i poszłam na sesję.

Nie ściągnęłam okularów. Nie mogłabym mu spojrzeć w oczy, co zresztą mu pisałam. Tym razem pozwolił mi w nich siedzieć, nic na to nie powiedział. Także całą sesję oddzielały mnie one od spojrzenia pana M.

– Co to się ostatnio działo? – Zapytał od razu, gdy usiadłam.
– Nie wiem… – bąknęłam. – Myślę, że… że to ten lęk. Przed bliskością.

Dużo rozmawialiśmy o bliskości. O pochłonięciu przez drugą osobę. O utracie tożsamości. Zniewoleniu. Tak, to z tym kojarzy mi się bliskość.

Po dłuższej chwili milczenia, pan M. stwierdził, że wyglądam, jakbym czekała na karę. Przyznałam, że tak się właśnie czuję. Jak ktoś winny, zasługujący na karę.
– Za co?
– Za to, że w ogóle żyję. Zużywam tlen.

Na koniec pan M. powiedział, jak ważne jest to, żebym nie opuszczała sesji. Że będę widziała wtedy, że nie dzieje się na nich nic strasznego. A mój mózg przyzwyczai się w końcu, że to tylko fantazje, a nie realne życie.

Podziel się!