502 – mazgaj

Co za z dupy dzień.
Wstałam do pracy o ósmej. Chwilę potem już siedziałam przy komputerze. I co? Przez dwie godziny nie zrobiłam nic. A nie, przepraszam – byłam bardzo zajęta. W końcu płacz, pieklenie się w myślach na los, żegnanie z pracą, pretensje do siebie, że nie umiem czegoś zrobić. A na końcu okazało się, że próbowałam robić nie to, co trzeba. A wtedy jeszcze więcej łez, rozżalenie, poczucie końca, utrata strzępków poczucia własnej wartości, pozbawienie życia sensu, myśli samobójcze i przymus autoagresywny. Lorafen nie pomógł.
Dlaczego każda moja praca musi się tak kończyć? I kończyć zanim na dobre zaczęła? Nie nadaję się do życia w tym kapitalistycznym świecie. Mam dość.
Chcę się schować w kołdrę i płakać. A potem rozpłynąć się, jak pod słońcem rosa.

Podziel się!

501 – reakcja na słowa krytyki

To, że jestem nieodporna na krytykę jest faktem powszechnie znanym. Jednak skala hiperreakcji na nią zadziwia nawet mnie.
Dostałam dziś link do recenzji „Autoterapii” w Kuźni Literackiej.
Po przeczytaniu, życie nagle straciło sens i przestałam pisać „Bohemę” w połowie zdania (wspominałam, że zaczęłam pisać nową?).
Recenzja zawierała słowa konstruktywnej krytyki. Czy więc był powód do dziecinnej reakcji? W tej wypaczonej wersji rzeczywistości, owszem – był. Bo komuś się coś nie spodobało! Skoro więc nie wszystkim się podoba, nie będę pisać wcale. I takim sposobem łzy w oczy, nos na kwintę i siedzę naburmuszona. No ręce opadają.
I co z tego, że na końcu recenzji znalazło się zdanie:
„Niemniej jednak lekkość pióra Mrówczyńskiej, umiejętność opisywania emocji, a w efekcie również wyjście poza temat swojej „poranionej psyche”, mogą zaowocować w przyszłości konkretną literacką karierą” – to nieważne.
Liczy się przecież tylko wyłapanie tego, co złe i spotęgowanie do granic absurdu.
I jak tu z tobą żyć, Mrówczyńska?

A tu link do recenzji:

Recenzja „Borderline: Autoterapia, czyli…” w Kuźni Literackiej

Podziel się!

500 – maruderka

Wybaczcie, ale przyszłam tu po to,żeby się nad sobą trochę poużalać. Może to mi pomoże?
Mam pracę, jaką chciałam. Robię to, co umiem i to z domu. I co? Pracuję tydzień. Te dni były przyjemne. Cieszyłam się, że mam tę fuchę. Aż tu nagle przyszedł dzisiejszy poranek. Łzy w oczach, przeklinanie budzika.
Ale zasiadłam do komputera. No i zaczęły się schody.
A bo nie wiem, a bo nie umiem, a bo nie rozumiem. Spirala zaczęła się nakręcać aż zostawiłam wszystko i zaczęłam płakać. I już, że wszystko jest bez sensu. Że żyć mi się nie chce. Że mnie zwolnią. Że sama się zwolnię. Że wszystko znowu psuję.
Miałam zacząć pracę nad „Bohemą” – książką, którą zaczęłam jakiś czas temu i porzuciłam. Ale dziś to nie jest dobry dzień na wychodzenie z łóżka.

Podziel się!

498 – zmiany, zmiany

Trochę mnie tu nie było, a to dlatego, że dużo się dzieje.
Pracuję zawodowo kilka godzin dziennie i to zdalnie. Kończę pracować nad „Majką”. Ogólnie niby jest dobrze, momentami ociera się to o szczęście. Ale jest przeplatanka z kryzysami. Czasem chwilowymi, czasem dziennymi.
Niby nie jest źle. Odstawiłam arypiprazol. Czasem sięgam po lorafen.
Może to ta trzydziestka?
Przekroczyłam ją dwa miesiące temu i dziwnie się to składa z życiowymi zmianami.
A może to trzy lata leczenia i dwa lata terapii u obecnego terapeuty?
Nieważne – co. Ważne – jak. A generalnie jest dobrze. Tylko to uruchamia mechanizmy każące to wszystko zniszczyć, ale to już inna bajka.

Podziel się!

494 – priorytety

Aż się dziś wzruszyłam i popłakałam, gdy rozmawialiśmy na temat dojrzałości. Że jedną nogą jestem w dorosłości, a drugą w dzieciństwie.
Coraz częściej myślę o założeniu rodziny. Ba! Jedną z motywacji w terapii jest wizja ślubu z Mrówkiem. Wiem, że tego nie wyklucza. W końcu nie zerwał zaręczyn. Po prostu muszę być bardziej normalna, zrobić większe postępy w leczeniu.
Codziennie uczę się kochać życie. I uczę się żyć.

Podziel się!