427 – wieści z bałaganu kartek

    O ósmej obudził mnie silny ból głowy. Pojawiły się myśli rezygnacyjne. Mimo wszystko nie dałam się. Jestem zbyt zmotywowana. Za bardzo mi zależy, żeby sobie odpuścić choćby jeden dzień.
    Kawa – jedna, druga, trzecia. Łeb pęka, ale to mnie nie powstrzyma. Tym sposobem znalazłam się dziś na półmetku.
    W południe wydrukowałam pierwszą przeredagowaną połowę książki i padłam.
    Nie mam już siły. Łeb boli coraz bardziej. Muszę się położyć.
    Ale dzisiejszy dzień uznaję za wygraną bitwę.

    Podziel się!

418 – goryczy smak

Budzę się rano. Słońce puka w zasłonięte okna. Trzeba wstać!
– To będzie wspaniały dzień! – witam go z uśmiechem na ustach.
Zaspana, trochę ziewająca. Ale z zapasem energii – choć jeszcze przed antydepresantem.
Pierwsze łyki kawy odmieniają świat – jego postrzeganie. Zupełnie, jakby jej gorycz przypominała o trudach i cierpieniu. O bezsilności i beznadziei. Godzinę po wspaniałej pobudce, chcę iść z powrotem spać. I zapomnieć, że świat istnieje.

Podziel się!

417 – trzymaj się i nie daj się

Ostatnio bez Lorafenu nie potrafię funkcjonować. Łykam go jeszcze przed antydepresantem. Pobudka przynosi tylko jedną myśl:
– Ja pierdolę, żyję. Za jakie grzechy…
Skąd taki nastrój? Skąd to nastawienie? Ze świecą szukać tego, co zna odpowiedź.
Wydrukowałam „Terapię u Doktorka”. Powiedzmy, że poprawilam pierwszy rozdział. Jeszcze tylko dwadzieścia sześć…
Cały czas czuję, jakbym miała wybuchnąć histerycznym płaczem. I szlochać tak cały dzień. Ale ani jednej łzy.
I karcę się:
– Opanuj się, do jasnej cholery! Za kilka dni psychiatra. Może nowe leki. Może będzie lepiej.
Ale nie. Ten zakuty łeb słuchać mnie nie chce. Odwraca wzrok w kierunku klamki i bólem nadgarstka przypomina krwawe rytuały.
Wytrzymać. Trzymać się i nie dać się. To najważniejsza misja na teraz.

Podziel się!

416 – piątek, piąteczek, piątunio

Pobudka o ósmej z przekleństwem na ustach.
– Po jakie trzy się obudziłam? No po chu…
Mocna czarna kawa, fajka, 60mg Prozacu i 1mg Lorafenu – moje śniadanie.
Nieznaczne uspokojenie. Chaos we wnętrzu nieznacznie obniżył nasilenie. Choć ledwie namacalnie.
Druga kawa, druga fajka. Próbuję czytać. Jedna strona i się poddaję. Próbuję pisać. Zawieszam wzrok na literach i nie wiem, co dalej robić. Próbuję grać w ulubioną gierkę zręcznościową. Zazwyczaj skupienie uwagi na niej bardzo pomaga. Nie tym razem. Zupełnie mi nie wychodzi, tracę życie po kilku sekundach, co złości mnie jeszcze bardziej.
Kładę się więc jeszcze na chwilę do łóżka. Może poleżę, uspokoję się i pomyślę, co dalej. Pięć minut odpoczynku i znów chuj mnie strzela. Muszę usiąść. Ale siedzę i czuję, jak opadam z sił. Więc znów leżeć. By za chwilę ponownie wstać. Pomyślałam, że pójdę na zakupy, żeby było już z głowy. Chciałam się zacząć ubierać i dopadła mnie niemoc. Lęk przed wyjściem z domu. I suchy, wewnętrzny płacz. Szloch może nawet bardziej. I skóra upomina się coraz głośniej o swoje „zabiegi”. Ale nie. Wyrzuciłam wszystkie żyletki. Tak być nie może. Przecież chcę przestać. Tylko ten przymus…
Jak ja mam z tym całym cholerstwem walczyć?

Podziel się!

415 – na pohybel borderowi!

Myślałam, że dam sobie radę sama. Że wyjdę z tego nadzwyczaj dziwnego stanu. Z pomocą terapeuty, rzecz jasna. Szczególnie, że na ostatnich sesjach się otworzyłam i w końcu zaczęłam wypowiadać spontaniczne myśli, zamiast trzymać się wcześniej ustalonego scenariusza.
Niestety. Już wiem, że rady sobie nie dam.
Napisałam dziś do psychiatry. Od jutra mam zwiększyć dawkę Prozacu z 40 do 60mg. Wizyta w środę. Prawdopodobne dołączenie neuroleptyka. W pewnym sensie to porażka. Ale ja nie chcę. Nie mogę. Nie potrafię żyć w ciągłym strachu, że coś mi odbije i coś sobie zrobię.
Chcę być bezpieczna. Żyć. I wrócić do pisania.

Podziel się!