932 – odpisał

Kiedy o 8:25 zawibrował telefon, podskoczyłam przestraszona. Sięgnęłam po niego. SMS z obcego numeru. Ściana łez. To on. Pan M. odpisał. Czy pasuje mi spotkanie jutro o 11:15? Szybko odpowiedziałam, że będę. Jakby miał się rozmyślić.

I zaraz milion problemów. Tysiące myśli, jedna gorsza od drugiej. Jak dam radę tam pójść? Po tym wszystkim? Po tej kilkustronicowej wiadomości pożegnalnej, w której wyznałam mu wszystko? Wiem, nie było tam nic złego czy kontrowersyjnego, ale mimo wszystko…

I setki obaw. Czy dam radę coś powiedzieć? Przecież w myślach mówię do niego od półtora miesiąca, ale czy dam radę coś wyartykułować? Cokolwiek? Czy nie będzie tak, że siądę, skamienieję i ze łzami w oczach i wzrokiem utkwionym w jednym punkcie, wewnętrznie roztelepana nie wyduszę z siebie słowa?

Jest we mnie taki straszny chaos.

Nie potrafię wyzbyć się wrażenia, że odpisał mi tylko dlatego, że tak nakazał mu profesjonalizm. Że on, jako człowiek, wcale nie chce mnie widzieć. Że moją rezygnację przyjął z ulgą i miał nadzieję mnie więcej nie zobaczyć. A może tylko sobie schlebiam, bo jestem mu tak obojętna, że nawet o tym nie pomyślał…

Czuję zimno. Takie piekielne, wewnętrzne zimno, przez które nie można się zagrzać. Czuję się niezrozumiana. Osamotniona. Opuszczona.

Mój związek to fikcja. Wspólny dach nad głową i rachunki. To pozostało z symbiotycznego związku dwojga ludzi, którzy byli razem całą dobę przez kilkanaście lat. Łudziłam się, wmawiałam sobie, że jest inaczej. Nie zauważyłam, że to wszystko rozpadło się lata temu. Że jestem naprawdę sama. Z rodziną, która mnie kocha, ale kompletnie nie rozumie i zamiast pomóc, szkodzi. Że bliscy podsycają moje lęki, pogłębiają kryzysy i podjudzają agresję i wybuchy złości.

Chyba się zaraz zerzygam…

Podziel się!

931 – po co to zrobiłam?

Złamałam się. Napisałam do pana M. Z racji świąt i tego, że nie chciałam mu przeszkadzać, wysłałam maila. Opisałam mu, jak jest. I zapytałam, czy mogę wrócić, chociaż po to, żeby dokończyć terapię. Choć na te kilka spotkań.

Dlaczego to zrobiłam? Chyba z bólu. Z cierpienia, którego nie potrafiłam już dłużej wytrzymać. Albo żeby sobie jeszcze bardziej dowalić. Dołożyć kolejne odrzucenie. Myślę, że postąpiłam źle. Bo albo nie odpisze, co będzie wiązało się z jeszcze większym bólem. Albo odpisze i się nie zgodzi, co będzie się wiązało z tym pierwszym. Albo się zgodzi, czyli wrócę na kilka sesji, które w dłuższej perspektywie nic nie dadzą. Spowodują tylko przeżywanie rozstania na nowo, ożywienie tych negatywnych emocji i, w konsekwencji, jeszcze większy ból. Wniosek? Moja wiadomość do niego, niezależnie od jego reakcji, tylko nasili cierpienie.

Jesteśmy u rodziców. Cały czas siedzę w sypialni. Albo śpię, albo pracuję. Nos wyściubiłam tylko na śniadanie, pochlipać trochę białego barszczu i wróciłam do naszego pokoju. Z Mrówkiem bardzo źle. Nie pamiętam, kiedy było gorzej.

Rozmawiałam z kontrahentem. Ostry zapierdol jeszcze do końca przyszłego tygodnia. Już rzygać mi się chce tym projektem. Tyle mnie on nerwów kosztuje, że szkoda gadać. Zapowiedziałam urlop. Po tym zleceniu potrzebuję urlopu, bo nie wytrzymam. Co będę na nim robić? Spać. Prześpię kilka dni w nadziei, że organizm rozleniwi się tak, że odechce mu się oddychać.

Podziel się!

930 – przekaz?


To będzie gorzki wpis. Bardzo gorzki.

Długo się nad tym zastanawiam i… jaki przekaz ma płynąć z „Poskromić borderline”? Że warto się leczyć? Że warto się przełamywać, ufać, wierzyć, że będzie lepiej? Że warto wydać kilkadziesiąt tysięcy złotych, nie mówiąc już o setkach godzin życia? Że warto w siebie ładować tony chemii? Tylko po co? Żeby ostatecznie cierpienie było na takim samym poziomie, a do tego doszło poczucie opuszczenia? Zdradzenia? Pozostawienia samemu sobie? Naprawdę? Najpierw masz wiarę, ufasz w pomoc, angażujesz się. A potem zostajesz sam, jak na początku. I nikogo już nie obchodzą twoje łzy, ani krzyki rozpaczy. Nikogo nie obchodzi twoje cierpienie i to, że już nie masz siły żyć. Jesteś sam. Jak na początku. Z tą tylko różnicą, że poznałeś, jak to jest, kiedy kogoś obchodzi twój los i ktoś otacza cię opieką.

Jakie świadectwo ma dać ta książka? A co ja mam odpowiadać tym wszystkim ludziom, którzy o to pytają z nadzieją w głosie, że potwierdzę, iż ma to sens? Mam kłamać?

Jestem sama. Tak, jak na początku. Ból wcale nie jest mniejszy. Nienawiść do życia również. Póki trwała terapia, miałam nadzieję. Często czułam się lepiej. Ale tylko po to, by po jej zakończeniu wszystkie demony wróciły. Silniejsze, sprawiające większe cierpienie.

Znów piję, tnę się, łykam lorazepam garściami, żeby choć przez chwilę poczuć ulgę. Inaczej nie umiem. Inne sposoby nie działają. I z wielką tęsknotą myślę o śmierci.

Podziel się!

929 – osamotniona

Błagam każdego specjalistę po kolei o pomoc. Że już nie mogę. Że myśli przeradzają się w plany. Że autoagresja, autodestruckcja. Że nie daję sobie rady. Błagam, krzyczę: Niech mi ktoś pomoże! Nie daję już rady sama.

Ale dociera do mnie tylko głuche echo ich milczenia i obojętności.

Podziel się!

928 – cierpiętnica

Miałam zamilknąć, wiem. Ale tak, jak moim przekleństwem jest cierpienie i chęć ukręcenia sobie łba, jest nim też pisanie. Wypisywanie tych bredni.

Szef wkurwiony. Przez trzy dni nie miał ze mną kontaktu. Nie miałam nawet siły mu odpisać, że jestem chora czy ściemnić coś innego. Nie odbierałam telefonów, choć ciotka i matka wydzwaniały. Spałam i miałam nadzieję, że w końcu zasnę raz a dobrze i więcej się nie obudzę.

Projekt, który robiłam miesiąc i szef mnie za niego bardzo chwalił, jest do totalnego przerobienia. Klient zobaczył efekt końcowy i stwierdził, że nie jest identycznie, jak na obrazku, który sobie namalował. Więc w cztery dni muszę przerobić wszystko to, co robiłam miesiąc. Niewykonalne.

Wczoraj, kiedy się obudziłam, przy głowie siedziała mi ciocia. Nienawidzę takich pobudek. Kojarzą mi się z najgorszymi czasami, kiedy za fraki wyciągali mnie na wieś. Przyjechała namawiać mnie, żebyśmy przyjechali do nich na święta. Po pierwsze, nie mogę się wyrwać z roboty i do wtorku będę siedzieć przy kompie dwadzieścia cztery ha na dobę. A po drugie, nie mam najmniejszej ochoty widzieć się z kimkolwiek. Nawet, jeśli są to rodzice i ciocia. Powiedziała, że zamknę się w pokoju i będę siedzieć sama. Wtf?! To po co mam tam jechać? Żeby się męczyć i odliczać czas do powrotu do domu?

N i e c h c ę s i ę z n i k i m w i d z i e ć!!!

Cały czas płaczę, śpię albo próbuję pracować, ale to ostatnie zupełnie mi nie wychodzi. A muszę, no, muszę.

Myśli samobójcze nie odpuszczają. Tak bardzo nie chcę żyć. Nie mam na to siły. Samoświadomość boli tak cholernie, że gdyby był to ból fizyczny, zapewne zeszłabym na szok bólowy. Ale wszyscy widzą tylko moje złe intencje. Mój gniew i niepohamowaną agresję. A ja cierpię. Tak okropnie cierpię…

Kolejny SMS do dr T. Kolejny bez odpowiedzi.

Tak bardzo chciałabym napisać do pana M. Że sobie tak cholernie nie radzę. Że bez jego pomocy zapominam jak się oddycha. Że gdybym mogła przyjść, wyrzucić to wszystko z siebie. Że może wtedy codziennie nie chciałabym się powiesić. Ale nie napiszę. Przecież obiecałam. Jest tylko we mnie gdzieś ukryty żal do niego. Że kopnął mnie w dupę i rzucił na zbyt głęboką wodę. Że naprawdę nie byłam gotowa na samodzielne życie. Życie… pff… marną bolesną egzystencję.

Przestałam pisać. Nie mam na to siły. A i sensu w tym nie widzę. Nie widzę sensu w niczym – jedzeniu, myciu się, oddychaniu. Robię tylko absolutne minimum, bo tak każe mi ten przeklęty organizm.

Za szesnaście dni moje urodziny. Trzydzieste czwarte. A ja wciąż jestem skrzywdzonym, porzuconym dzieckiem, które samotnie umiera każdego dnia. Tak cholernie tęsknię za czasami, kiedy ktoś otaczał mnie opieką. Personel szpitala, terapeuta, psychiatra. Kiedy czułam się bezpiecznie. Kiedy wiedziałam, że zawsze mam się do kogo zwrócić o pomoc. A teraz? Jestem sama jak palec. Owszem, jest rodzina. Ale przecież oni nie rozumieją. Nie potrafią pojąć, przez co przechodzę i dlaczego tak bardzo nienawidzę życia.

Urodziny… przez wiele lat to było moje święto. Wyjątkowy dzień, którego wyczekiwałam. A teraz? Teraz znów jest przekleństwem. I marzę, żeby go nie dożyć.

Podziel się!