385 – terapia borderline: cisza po burzy

– Czyli co, kolejna burza za nami – skomentował terapeuta.
– Chyba można tak powiedzieć…
Choć nie do końca jestem o tym przekonana.
Mówienie na sesji dalej stanowi problem.
– Te tendencje autodestrukcyjne tu w gabinecie objawiają się pani milczeniem. Jest pani obojętna na kontakt.
Wiem. W jednej chwili mówię, a w drugiej zupełnie się odcinam. Nie odpowiadam na pytania. Ignoruję wypowiedzi terapeuty. Znikam. Ciemno przed oczami. I nie ma mnie tam. Nie ma mnie w ogóle. Pustka.
– O czym pani myśli?
– Nie wiem…
– Jak to pani nie wie? Nie rozumiem.
– To tak, jakby… Jakbym to nie ja myślała.
– Ale przecież te myśli są pani.
– Wiem, po prostu… to jakieś dwu-trzy wyrazowe fragmenty, strzępki myśli. Wyrwane z kontekstu. Przepływają przeze mnie, jakby bez mojego udziału. A gdy próbuję sobie uświadomić, czego te myśli dotyczą, pojawia się pustka.
Nie potrafiłam podać mu przykładu. Teraz odzyskałam do tego dostęp.
„Dostałam maila. Pada śnieg. Niedługo wiosna. Słucham rapu. Wszystko jest bez sensu. Wróciłam do pisania książki. Chce mi się płakać. Miałam rzucić palenie. Znów, kurwa, milczę.”
No dobra. Rzeczywiście możnaby te myśli rozwinąć. Problem w tym, że nie wiem, jak.
Już poprzedni terapeuta zauważył:
– Mówi pani do mnie, jakby wysyłała smsy.
Krótki komunikat i nic do dodania.

Czasem mam siebie dość – frustracja.

Podziel się!

381 – mozolnie, ale pod górę

Wczorajsza próba spektakularnego wejścia w rejony położone wyżej wyszła połowicznie.
Pisanie „Majki” – było. Marne 664 wyrazy, 4238 znaków wątpliwej jakości, dyskusyjnej treści, która po przemyśleniu zdaje się pasować do całej historii, jak pięść do nosa. Ale nie, nie będę się wściekać na siebie. Już jakiś czas temu powiedziałam sobie:
– Mrówczyńska, lepiej napisać rozdział, który się potem skasuje, niż nie napisać nic.
Hmm, chyba dobre postanowienie?
Nie oczekuję od siebie gwałtownej poprawy nastroju. A raczej konsekwentnej pracy, mozolnego wspinania się pod górę. Powoli. Krok po kroku. Noga za nogą. Wzrok jeszcze odwraca się w stronę łóżka:
– Pierdol to! Nic nie ma sensu. Połóż się do wyra i czekaj na śmierć.
– Aaa weź zamknij się! – odkrzykuję w myślach cholernemu schematowi.
Nic się nie chce. Sensu nie widać. Ale wiem, że to się zmieni. Wkrótce się to może zmienić. Tylko wytrwać w postanowieniach. Nie dać się zgnoić samej sobie.

Siły Wam wszystkim życzę.

Podziel się!

378 – pozdrowienia z dna

Czwarta czterdzieści cztery. Dookoła cisza i mrok. Natłok myśli wyprowadził mnie w taki kozi róg, że musiałam wstać. Jeszcze chwila, a…

Kiedyś myślałam, że kryzys to taki czas, w którym się spada. Aż na samo dno. Potem wystarczy się odbić i wszystko wraca do normy. Może i tak było. Nie pamiętam już lepszych czasów.
Kiedyś wystarczyło poleżeć na tym dnie. Popłakac. Dać się pocieszyć. Nabrać sił na powrotną wspinaczkę.
Z biegiem lat coś się zmieniło. Dno już nie jest momentem zwrotnym. Coś we mnie odkryło, że da się spadać jeszcze niżej. Jeszcze boleśniej. Jeszcze destrukcyjniej.
Teraz leżąc, drapię w nim dziurę pazurami. By spadać jeszcze niżej. Jeszcze destrukcyjniej. Jeszcze boleśniej. I o drodze powrotnej mowy być nie może. Póki się nie upodlę wystarczająco. Nie zaatakuję tego, co najcenniejsze. Nie zniszczę wystarczająco wiele.
Każde dno z psychicznych den wygląda jak ser szwajcarski. Psychiczne durszlaki – nie zatrzymują, a odcedzają z resztek tego, co dobre. Największy syf spływa niżej i niżej. I drąży, jak kropla skałę. Za każdym razem przesiąkając głębiej.
Już nie potrafię się zatrzymać w kryzysie. Nie wiem, co to opamiętanie. Szukam coraz głębszych den. Okłamując się, że od kolejnego już na pewno się odbiję. Ale wciąż mi mało! Wciąż za mało. Muszę upaść po autoknockoucie. Leżeć, w bezsilności zaciskając usta. Z bólu dławić się powietrzem, by uznać, że kara była wystarczająca.
A im większe próby zebrania dupska w troki, tym marniejsze skutki. Opłakane konsekwencje. Sekunda motywacji, dziewięć rozpaczy – decyzja o rzuceniu ręcznika.

W tej chorej głowie nawet marzenia stały się narzędziami tortur. Wykorzystywane, jak emocjonalne bicze.
– Zobacz! Zobacz, ile pragniesz! A nic z tego nie dostaniesz! Nic!
Jak świeże bułeczki za szybą piekarni, gdy skręca z głodu, ale nie ma czym zapłacić. Jak pieprzony cukierek przez papierek…

Za chwilę piąta.

Podziel się!

377 – terapia borderline: wytrwałość w cierpieniu

– Ważne jest, aby pamiętała pani, że ten stan minie – skomentował terapeuta na ostatniej sesji.
– Tylko, że tym razem jakoś nie chce…
– Już wiele razy słyszałem to z pani ust.
Tak, wiem. Każdy kryzys sprawia, że „nigdy nie było dobrze” i „dobrze nigdy nie będzie”. Czarna rozpacz wypełnia każdy zakamarek, każąc zapomnieć, że to przejściowe.
Tym razem męczę się od blisko miesiąca. I nic nie zapowiada zmiany.
Coś we mnie krzyczy, żeby się poddać. Że ilość życiowego cierpienia przekroczyła próg wytrzymałości.
Zwinięcie w kulkę, poczucie pokrzywdzenia i pretensje do wszelkich bytów ożywionych i nieożywionych.
– Pamięta pani, jak rozmawialiśmy o pani tendencjach do sadyzmu?
Skinęłam głową.
– Ale teraz nie czuje się pani sprawcą, tylko ofiarą?
– Tak.
– Jest pani dla siebie, jak obojętny, nieczuły rodzic, który cierpiące dziecko zamyka w pokoju, w którym nic nie ma, żadnych zabawek. Jak to dziecko ma się uspokoić? Nie mieści mi się w głowie, jak można coś takiego wytrzymać. Gdybym ja tak cierpiał i siedział, patrząc w jeden punkt, nie robiąc nic, żeby poczuć się lepiej, nie wytrzymałbym. Nie miałbym w sobie tyle siły.
„Mam w tym siedemnastoletnie doświadczenie” – pomyślałam.

Coraz bardziej dociera do mnie, że mimo bezsilności i bólu, trzeba zebrać dupsko ze środka życiowej drogi. Otrzepać się, wyciągnąć wnioski i iść dalej.
– Nie mam siły na nic! – buntuje się płaczliwa dziewczynka, w której łzy wezbrały już niemal do poziomu przelania przez oczy. – Nic nie ma sensu! Nikt mnie nie kocha! Nic się nie uda!
Wraca pamięć – przecież to jej główne, życiowe hasła. Ta mała każe mi – dorosłej babie – ryczeć, jak dziecko. Autodestrukcyjna otacza ją ramieniem:
– Chodź, zabawimy się. Sprawię, że nie będziesz już tak cierpieć – po czym przeklina życie i ciągnie ją w przepaść.
Chciałoby się poddać, krzycząc:
– Nie mam już sił!
Ale gdzieś tam w środku majaczy myśl, że trzeba żyć aż do śmierci. I jak najlepiej wykorzystać ten czas…

Podziel się!

375 – psychiatra

Po wczorajszej wizycie u psychiatry wracam do fluoksetyny – po dwóch latach przerwy. Wenle odstawiłam z nowym rokiem, a ciało już straciło cztery kilo.
Jeśli sam Prozac nie wystarczy – powrót do neuroleptyków.
Nie mam na nic siły. Płacz, leżenie w łóżku i przymus autodestrukcji. Tak ostatnio wyglądają moje dni. Zwleczenie dupy na terapię lub do sklepu to gigantyczny wysiłek.
Użalam się nad sobą, wiem. Ale w moich oczach wszystko straciło sens.
Mimo to, jak zwykle, kolekcjonuję każdy nowy dzień. Trzy miesiące do trzydziestki. I coraz większy lęk.

Podziel się!