992 – z podniesioną głową

Miałam to szczęście, że na swojej drodze, oprócz konowałów i łapiduchów, spotkałam również świetnych specjalistów, którzy wytrzymali moją złość, agresję, tendencje samobójcze i te do niszczenia relacji, autoagresję i autodestrukcję. Nie przestraszyli się ich. Byli w stanie podejść do tego profesjonalnie, z dużą dawką empatii i wyrozumiałości. Dzięki nim zrozumiałam, że prawdziwa ja, to ta, która kocha życie i chce żyć. Która pragnie się rozwijać i pomagać ludziom. W trakcie leczenia okazało się, że wcale nie jestem wrogo nastawionym do innych odludkiem. Okazało się również, że, wbrew moim przekonaniom, potrafię o siebie zadbać. Że kryzysy nie muszą oznaczać autodestrukcji i chęci pozbawienia się życia. Że nawet w trudnych momentach, gdy powracają cierpienie i myśli samobójcze, jestem w stanie się sobą zaopiekować i sprawić, że poczuję się lepiej.

Pan M. z doświadczenia uważa, że praca z terapeutą przy głębokich zaburzeniach powinna trwać pięć, sześć lat. Ale gdy terapia jest udana, to tak naprawdę trwa całe życie. Proces zmian nie zachodzi jedynie w czasie spotkań ze specjalistą, ale również po rozstaniu z nim, już bez jego pomocy. Terapia pomaga rozwinąć obserwujące ego, które jest odpowiedzialne za dystansowanie się i obserwowanie tego, co się w nas dzieje. Dzięki temu rozwija się refleksyjność i zdolność rozumienia przeżyć psychicznych. Czuję, że te kilkaset godzin rozmów z panem M. rozwinęło u mnie to ego w stopniu wystarczającym, bym mogła pracować nad sobą już samodzielnie.

To nie jest tak, że już nie przeżywam negatywnych emocji. Że cały czas czuję się dobrze. Bywają chwile trudne i naprawdę paskudne dni. Przecież to normalne. Ale terapeuta nauczył mnie, jak sobie radzić w takich sytuacjach. Potrafię się wtedy zatrzymać i przyjrzeć temu, co się ze mną dzieje. Być wyrozumiałą dla siebie, otoczyć się troską, choćby oznaczało to wzięcie tabletki i pójście spać. W moim przypadku ten sposób sprawdza się doskonale. Podczas snu emocje opadają, a z drugiej strony nie ciągnie mnie wtedy w autodestrukcję, która już do mnie nie pasuje.

Nie lubię słowa „nigdy”, bo wychodzę z założenia, że nie wiadomo, co będzie. A mimo wszystko szczerze wierzę, że już nigdy nie targnę się na swoje życie. I że już nigdy nie okaleczę własnego ciała ani nie skrzywdzę się w inny sposób. Nie zakładam tego, bo byłoby to zbyt naiwne. Ale głęboko w to wierzę.

Mam bardzo dużo planów, których nie zamierzam pozostawiać w sferze marzeń. Zamierzam krok po kroku je realizować. Jestem przygotowana na ciężką pracę, ale i potknięcia. Jednak jestem pewna, że za każdym razem się podniosę, otrzepię i pójdę dalej.

Myślę, że o wyleczeniu nie można jeszcze mówić. Jest zdecydowanie za wcześnie. A jednak w dojrzały sposób potrafiłam znieść rozstanie z terapeutą. Wbrew moim założeniom, po zakończeniu terapii nie wpadłam w kryzys samobójczy. Było mi bardzo trudno i ciężko, to oczywiste, bo relacja z panem M. była dla mnie szalenie ważna. A mimo to potrafiłam wytrzymać wszystkie emocje, które pojawiły się po ostatniej sesji. Wciąż nabieram dystansu do przeżyć z tym związanych. Pisanie wspomnień z terapii sprawia, że te trudne emocje ożywają. To jakaś dziwna mieszanka tęsknoty, wzruszenia, poczucia straty, smutku, ale i nostalgii czy dumy. Tak, jestem z siebie dumna. Że tyle zniosłam, że przetrwałam rozstanie. Że wytrwałam w terapii do jej zaplanowanego końca, choć było to piekielnie trudne.

Porównując siebie sprzed kilku lat ze mną obecnie, jestem zupełnie innym człowiekiem. Nie ma żadnego porównania. Pokusiłabym się nawet o stwierdzenie, że jestem zupełną odwrotnością siebie sprzed lat.

I, kurde, niech mi ktoś powie, że psychoterapia nie działa…

Podziel się!

991 – magia pisania i moja wygrana

Od trzech dni po obudzeniu się od razu siadam do pisania czwartej części Młodego boga. Znów udało mi się wejść w tryb pisarski. Wieczorem nie mogę się doczekać, kiedy następnego dnia wstanę i znów będę mogła pisać. Obudziła się we mnie twórcza, artystyczna część, która przez długi czas była uśpiona. Co prawda zajmowałam się sprawami okołopisarskimi, jak ostateczne poprawki „Dwóch słów” czy przejrzenie tekstu po pierwszej korekcie, ale to nie to samo. Móc tworzyć coś nowego, to tak wspaniałe uczucie, że uśmiech nie schodzi mi z ust. Znów, po napisaniu choćby strony, czuję, jakby wydarzyło się coś wspaniałego. Czuję, że żyję! I że tego życia nie marnuję.

Opisywanie terapii, oprócz faktu pisania nowej książki, ma jeszcze jedną zaletę. Pomaga mi uświadomić sobie, jak wielki kawał dobrej roboty zrobiłam wraz z terapeutą. Jak długą i trudną drogę przeszłam. Ile tytanicznej pracy włożyłam w to, by być tu, gdzie jestem teraz. By móc samodzielnie i dobrze żyć. By móc wieść „życie warte przeżycia”, posługując się sformułowaniem Marshy Linehan.

Kończąc terapię nie wierzyłam w to, że tak może być. Że jestem gotowa na życie bez terapeutycznego wsparcia. Zupełnie nie wierzyłam w siebie i ogrom zmian, jakie we mnie zaszły. Te dwa miesiące uświadomiły mi, że muszę mieć więcej wiary we własne możliwości. Bo okazuje się, że jestem silną kobietą, potrafiącą stać na własnych nogach. I nawet, gdy zdarza mi się potknięcie pod postacią gorszego (a czasem nawet koszmarnego) dnia lub dwóch, potrafię się podnieść, otrzepać i kroczyć dalej. Iść przed siebie pewnym krokiem, jednocześnie o siebie dbając i spełniając marzenia. Mój obraz siebie jako małej, nieporadnej dziewczynki, którą trzeba się opiekować, okazał się nie być już aktualny. Może i taka byłam, a może to była tylko wygodna i bezpieczna rola? W każdym razie obecnie nijak do mnie nie pasuje. Jestem pewną siebie kobietą, widzącą, czego chce. I, co najważniejsze, a zarazem dla mnie zaskakujące, czuję się naprawdę zdrowa. Zdaję sobie sprawę z tego, że te wszystkie schematy, które udało mi się przełamać przy pomocy pana M. wciąż gdzieś we mnie są, bo one nigdy nie znikną na dobre. Ale potrafię się im opierać i doskonale umiem panować nad swoim zachowaniem (no, dobra, czasem wybuchy złości biorą górę, ale trwają chwilę i nie są skierowane ani we mnie, ani w bliskich). Kiedyś wydawało mi się to niemożliwe i nieosiągalne. A jednak. Mogę panować nad sobą i swoimi reakcjami. Autodestrukcja nie jest mi już do niczego potrzebna. Idę w przyszłość z uśmiechem na ustach i wiarą we własne możliwości. Planuję najbliższą przyszłość i wiem, że jeśli tylko będę chciała, poradzę sobie z realizacją tych założeń. Po tym wszystkim, co przeszłam, jestem zdeterminowana, by żyć i czerpać z tego życia garściami.

I wiecie, co? Wbrew moim założeniom, permanentne cierpienie nie determinuje życia na zawsze. Okazało się, że gdy zaczęłam żyć w zgodzie z sobą, ból wewnętrzny zniknął. I stany depresyjne nie uprzykrzają codzienności. Również nie jestem już tak chwiejna emocjonalnie. Także, pomimo mojej przeszłości i trudnych doświadczeń, nie cierpię już, jestem względnie stabilna, emocje nie biorą góry, potrafię panować nad swoim zachowaniem i już nie bywam, a jestem optymistką. Ta dawna, mocno zaburzona, niedostosowana społecznie i nieporadna życiowo ja odeszła, stała się wspomnieniem. Nowa zaś, wie, czego chce i zamierza po to sięgać z pewnością siebie.

Ten opis bloga: „Borderline, depresja, autoagresja, tendencje samobójcze – z tym walczę na co dzień” jest już nieaktualny. Walka skończona. I choć do końca moich dni będę musiała być uważna na to, co dzieje się ze mną i we mnie, wygrałam z samą sobą. A moją nagrodą jest życie. Życie warte przeżycia.

Żałuję tylko, że nie mogę o tym wszystkim opowiedzieć panu M…

Podziel się!

990 – wróciły siła i optymizm

Ostatnie dni obfitowały w nerwy i niepokój. Pod pachą pojawiły mi się powiększone węzły chłonne, które nieustannie rosły. Oczywiście miałam już przed oczami wizję nowotworu piersi. W końcu moja mama była trzy lata młodsza ode mnie, gdy zachorowała. Jednak byłam wczoraj na USG i, pomimo długiego i dokładnego badania, nic nie wzbudziło podejrzeń ginekologa. Mam jeszcze dla świętego spokoju zrobić mammografię ze względu na młody wiek mamy, gdy zachorowała i mój obfity przez nadwagę biust. Ale pani doktor uspokoiła mnie, że te powiększone węzły chłonne to najprawdopodobniej efekt jakiejś infekcji. W przyszłym tygodniu idę zbadać poziom CRP i, jeśli będzie podwyższony, mam brać antybiotyk. Nie powiem, niesamowicie mi ulżyło.

Dziś obudziłam się w dobrym nastroju. Wstałam w końcu wypoczęta, pierwszy raz od urlopu. Od razu usiadłam przy komputerze i zaczęłam pisać. Tak, tak! Po jakichś dwóch miesiącach wróciłam do opisywania terapii. Jestem na piętnastym miesiącu. To dopiero początek drugiego roku leczenia. Zakładałam, że do końca 2021 skończę pierwszą wersję, ale raczej się na to nie zanosi. Cóż, trzeba zweryfikować swoje plany. Nie będę wywierać na siebie presji. To niczemu nie służy. Pisanie ma być przyjemnością, a nie obowiązkiem, który trzeba wykonać na czas, choćby nie wiem, co.
Opisywałam dziś sytuację, która była przełomem w terapii. Minęło pięć lat, a mimo to emocje z tym związane wciąż są silne. Choć upłynęło tyle czasu, dokładnie pamiętam każde słowo pana M., które wypowiadał, gdy nagle zamilkłam na jednym ze spotkań. Po wyjściu z gabinetu rzuciłam terapię za pomocą SMS-a. Nie potrafiłam wytrzymać nawałnicy emocji, musiałam coś zniszczyć, zaatakować naszą relację. Jednak terapeuta, jak zwykle, nie dał się sprowokować i cierpliwie, po raz kolejny, wytrzymał moją agresję. A ja wróciłam na terapię nie opuszczając żadnej sesji. Gdy o tym pisałam, znów wszystko mi się podniosło, zrobiło się niedobrze. To niesamowite, jak silne były te emocje, skoro po tylu latach wciąż we mnie żyją.

Od powrotu z gór nieustannie pracuję. W zeszłym tygodniu nie miałam weekendu. Wczoraj miał być ostatni, dziewiąty dzień pracy, a dziś i jutro miałam mieć wolne. A jednak włączyłam zawodowe programy i tym sposobem do dziewięciu dni pracy, dołączył dziesiąty.
Od przyszłego tygodnia zaczynam bardzo ciekawy projekt, na który się cieszę. Bo jak pracować i zarabiać, to w kreatywny i rozwojowy sposób!

Trudy ostatnich dni zaczynają przemijać. A ja znów patrzę w przyszłość z nadzieją i optymizmem.

Podziel się!

989 – blisko dwa miesiące od zakończenia terapii

Za tydzień miną dwa miesiące samodzielnego życia, bez terapeuty. To niesamowite, jak szybko mija czas. Wydawałoby się, że dopiero tak silnie przeżywałam rozstanie, a w tej chwili mam wrażenie, jakby ta terapia nigdy się nie odbyła albo kiedyś, w zamierzchłej przeszłości.
Na pewno dużo dał mi urlopowy wyjazd. Chodzenie po górach oraz towarzyszące mu pot i łzy nie sprzyjają rozmyślaniom o stracie. Tęsknota i poczucie braku jakoś się rozmyły.
Jak sobie radzę? Chciałabym powiedzieć, że dobrze, ale bywa naprawdę rożnie. Faktem jednak jest to, że od pożegnania nie miałam ani jednego dłuższego kryzysu. Bywały naprawdę bardzo złe dni, ale to były pojedyncze dni. Złapało mnie na chyba dwudniowe leżenie w łóżku z myślami samobójczymi przed wyjazdem. Ale i to ogarnęłam bez popadania w silną autodestrukcję. I nie sięgnęłam po żyletkę.
Mam wrażenie, że odkąd skończyłam terapię jestem dojrzalsza. Że pracując z panem M. w pewnym sensie pozwalałam sobie na kryzysy. Że po części zrzucałam na niego odpowiedzialność za siebie i swoje życie. Odkąd nie ma go w moim życiu, wiem, że muszę sobie radzić sama i nie dopuszczam do rozwijania się dram.
Miałam iść na kolejną terapię, do pana K. I jestem bardzo zaskoczona tym, że nie czuję takiej potrzeby. Miała ona nauczyć mnie radzić sobie z kryzysami i zakładałam, że po rozstaniu z panem M. wpadnę w długi i głęboki kryzys samobójczy. Ale nic takiego nie miało miejsca. Owszem, jest (a może raczej było?) mi ciężko, ale jestem w stanie nad tym zapanować samodzielnie.
Kiedy zbliżał się koniec tej sześcioletniej pracy, czułam się wciąż niesamodzielna. Płakałam panu M., że nie czuję się gotowa, że nie umiem się sobą zaopiekować, że sobie nie poradzę. Ale okazało się coś zupełnie przeciwnego. Świetnie sobie radzę, a na dodatek czuję się względnie zdrowa. Przecież pan M. tyle razy mi powtarzał, że kryzysy będą się pojawiać. Chodzi tylko o to, jak będę na nie reagować. A nie robię nic głupiego. Przesypiam je, co jest, według mnie, dobrym rozwiązaniem, bo skutecznym i niedestrukcyjnym.
Mam plany i marzenia. Chcę żyć, rozwijać się i pomagać innym. To potwierdzenie udanej terapii. Tak myślę i tego się trzymam! I niezmiennie jestem wdzięczna panu M. za uratowanie życia.

Podziel się!

977 – chyba na coś przydała się klasa dziennikarska

Dzisiejsza pobudka nie była tak bolesna jak wczorajsza. Wciąż mam problem z ciągłością snu. Pierwszy raz budzę się po jakichś trzech godzinach, a potem już co godzinę albo i częściej. Ten przerywany sen trwa jakieś sześć godzin i muszę już wstać, bo się niecierpliwię. To chyba skutek uboczny bupropionu i amisulprydu, ale jeśli to ma być ceną za siłę do podejmowania się różnych aktywności w ciągu dnia, nie będę narzekać.
Wiecie, co jest wyznacznikiem mojego stanu? Gary w zlewie. Jeśli zaczyna ich przybywać, znaczy to, że nie jest najlepiej. W depresji potrafię ich nie myć przez tydzień. Kiedy jestem w formie, na bieżąco opróżniam zlew. Teraz zrobiła się górka, więc…

Wydrukowałam materiały otrzymane po szkoleniu „Psychoterapia pacjenta z borderline”. To na podstawie tego wykładu będę pisała artykuł. Na niedawno zakupionym stoliku podręcznym postawionym przy sofie leżą wydruki i moje odręczne notatki robione podczas szkolenia. Zamierzam zabrać się za pisanie jeszcze dzisiaj. No, najpóźniej w weekend.
Cały czas zastanawiam się, gdzie umieścić dział z merytorycznymi artykułami. Tu, na blogu, na stronie autorskiej czy może założyć osobną subdomenę? Jestem całkowicie niezdecydowana.

Jakoś mi dziwnie ze świadomością, że za sześć miesięcy będzie premiera. Że ruszył proces wydawniczy. Długo nic nie wydawałam i odzwyczaiłam się od tego. Ale to dobrze. Lubię, kiedy dzieje się coś związanego z moim pisarstwem.

Biorąc pod uwagę to, co dzieje się ze mną od trzech tygodni, czyli od zakończenia terapii, tak sobie myślę… że całkiem dobrze znoszę tę żałobę po relacji. Jest ciężko, jest smutno, jest boleśnie. To fakt. A jednak obywa się bez większych dramatów, nie mówiąc już o kryzysie. Co prawda nie miałam ani jednego dobrego dnia w tym czasie. Dnia, w którym miałabym dobry nastrój, ale to przecież normalne. Normalne są tęsknota, smutek, złość, rozżalenie, poczucie straty, do pewnego stopnia poczucie pustki po ważnej relacji. Przecież przeżywanie tych emocji jest całkowicie zdrowe. Tym bardziej, że nie mają one natężenia tajfunu.
Dużo nad tym myślałam i doszłam do wniosku, że dobrze zrobiło mi przerwanie terapii na początku roku. Ten miesiąc próbnego rozstania. Wprawdzie wpadłam przez to w kryzys samobójczy, ale przeżycie tak silnych emocji i możliwość przepracowania tego po powrocie do pana M., sprawiło, że teraz jestem o wiele spokojniejsza. Że nie targają mną tak silne emocje, z którymi nie potrafiłabym sobie poradzić. Jest mi ciężko, ale nie na tyle, żebym nie dawała sobie rady. Wiem, że to po prostu trzeba przeżyć, trzeba dać sobie czas na przetrawienie tego, na nabranie dystansu i pogodzenie się z tym faktem.
Biorąc pod uwagę moją emocjonalność i silny lęk przed opuszczeniem, wydaje mi się, że całkiem dobrze sobie radzę.

Podziel się!