963 – coraz trudniej. coraz smutniej

Dziś obudziłam się ze łzami w oczach. Wczorajsze dobre nastawienie gdzieś uleciało. Trudno mi wykrzesać z siebie choćby krztynę optymizmu. Zupełnie zapomniałam, że są we mnie tak ogromne, niewyczerpane pokłady smutku. Chwilami przechodzi on w rozpacz. Nie chcę kończyć! Nie zdziwiło mnie to, że pojawił się przymus cięcia. Tak mnie ciągnie do żyletki… ale nie, nie okaleczę się. To już do mnie nie pasuje. Postanowiłam to sobie.
Okropnie się boję, że nie będę w stanie mówić na tej ostatniej sesji. Mam tyle do powiedzenia panu M., ale obawa, że zamilknę, jest duża.
Dziś znów nie potrafię sobie wyobrazić życia bez terapii i bez tej relacji. Czy życie bez dwóch godzin zwierzeń tygodniowo będzie w ogóle możliwe? Ehh, takie pytanie retoryczne. Trochę dramatyczne. Przecież wiem, że to nie koniec świata. Że początkowo będzie trudno i będzie mi ogromnie brakować naszych spotkań. Ale przecież z czasem do tego przywyknę. Na pewno się przyzwyczaję. Nie może być inaczej. Próbuję samą siebie przekonywać na siłę, że to była dobra decyzja. Że przecież udało mi się tyle osiągnąć. Tak bardzo się zmieniłam, dojrzałam, usamodzielniłam się. Przecież nie mogę wisieć na panu M. do końca życia. Choć tego właśnie pragnę.
Za godzinę wyjdę na terapię po raz ostatni i… nie potrafię opanować wzruszenia, rozpaczy, smutku. Coraz więcej łez staje w oczach, a niektóre już lecą po policzkach. Jest mi dziś tak piekielnie źle. Tak smutno. Tak trudno…

Podziel się!

962 – przygotowania do najgorszego rozstania

No, dobra. Zmieniłam trochę podejście do jutrzejszego rozstania. Wciąż jest mi bardzo ciężko, ale postanowiłam ugryźć problem od innej strony – celebrować zakończenie terapii (za radą pewnej osoby).

To było bardzo trudne sześć lat. Pełne wzlotów i upadków. Dumy i pogardy dla siebie. Górek i kryzysów. Sukcesów i porażek. Przez cały ten czas, mimo popełniania wciąż tych samych błędów, zapominania o tym, czego się nauczyłam, setek desperackich wiadomości, zrywania relacji, pan M. wciąż przy mnie niestrudzenie trwał. Pozwalał mi na potknięcia i nigdy nie dał odczuć, że stracił cierpliwość albo czuł złość na mnie. Jestem mu za to niesamowicie wdzięczna. Ale! Przecież to ja wykonałam największą pracę. Tytaniczną pracę, by znaleźć się tu, gdzie jestem. Z błądzącego we mgle dziecka stałam się dojrzałą kobietą, która wie, kim jest (zazwyczaj) i czego pragnie. Metaforycznie ta terapia pozwoliła mi się narodzić na nowo. Pozwoliła mi dorosnąć. Okiełznać objawy borderline, choć nie wyeliminowała ich zupełnie. Wciąż ciągnie mnie do starych schematów, ale przez większość czasu jestem w stanie wytrzymać te impulsy i im nie ulec.
Tak więc mam okazję do świętowania – kończy się etap pewnej zależności i rozpoczyna nowy. Symbolicznie zakończenie terapii jest jak osiemnastka, osiągnięcie pełnoletności. Tylko w tym przypadku, jest to osiągnięcie samodzielności. Bo przecież od jutra, odkąd wyjdę z gabinetu, będę musiała radzić sobie sama. Choć nie osamotniona. Przecież zostanie ze mną to wszystko, co osiągnęłam. Zostaną wspomnienia, do których zawsze będę mogła powrócić. Pan M. będzie funkcjonował w moim świecie wewnętrznym, jak każda ważna osoba w życiu.
Nie chcę wpadać w kryzys. Nie chcę rozpaczy i myśli samobójczych. Przecież to nie pasuje do nowego obrazu mnie. To było. Taka byłam. Takie miałam objawy. A teraz chcę patrzeć tylko w przyszłość i skupić się na „tu i teraz”. Pragnę przeżyć swoje życie najlepiej, jak potrafię i wycisnąć z niego, jak najwięcej.

Jutro robię sobie wolne. Ale zmieniłam plany. Nie będę znieczulać się lorafenem ani leżeć godzinami w łóżku i płakać. Będę świętować osiągnięcie samodzielności i celebrować życie. Zamierzam zabrać Mrówka na piwo w ulubionej literackiej kawiarni. Wzniosę toast piwem lub dobrym drinkiem i będę z siebie dumna. Dumna, bo przetrwałam. Bo mimo tylu kryzysów i bezpośrednich zagrożeń swojego życia, wciąż tu jestem. Bo udało mi się wytrwać do ostatniej sesji i pożegnania. I właśnie to dzisiaj czuję – dumę.

Podziel się!

961 – zostało już tylko pożegnanie…

Przed chwilą wróciłam z przedostatniej sesji. Nie mogę, nie potrafię, nie chcę uwierzyć w to, że zostało już tylko pożegnanie. Że za dwa dni to będzie definitywny koniec. Że po ostatnich czterdziestu pięciu minutach pan M. zamknie za mną drzwi i już więcej się nie zobaczymy. Czuję, jakby ktoś odbierał mi członka rodziny. Bardzo ważnego i bliskiego członka rodziny. Kogoś, kto, wydawało się, pozostanie w moim życiu na zawsze.

Od wczoraj jestem w kiepskim stanie. Ogromny smutek, rozpacz wręcz, przeplata się całkowitą pustką. Nie byłam wczoraj w stanie pracować. Nie mogę się na niczym skupić. Nie odpływam myślami, bo nie myślę. Po prostu zapadam się w sobie. Przeradzam się w niebyt. Są we mnie tylko emocje. Emocje lub ich całkowity brak pod postacią pustki właśnie.

Tak bardzo chce mi się płakać. Opłakiwać relację terapeutyczną i płakać nad sobą. Mam ochotę użalać się nad swoim losem. Nad tym, przez co właśnie przechodzę. Pożegnanie, koniec tak ważnej relacji, rozstanie – to osób z zaburzeniem borderline szczególnie trudne doświadczenia. I tak właśnie to przeżywam. Poczucie końca, walenia się wszystkiego, utraty stabilności dominują teraz w wewnętrznym świecie moich przeżyć. Jakby już nic dobrego miało mnie nie spotkać. Jakby dalsze życie nie miało sensu i nie było możliwe. Mam ochotę krzyczeć, rwać włosy z głowy, paść przed panem M. na kolana i błagać go, żeby mnie nie opuszczał. Mam ochotę grozić samobójstwem i chwytać się każdej rozpaczliwej próby zatrzymania go. Oczywiście nic takiego nie robię. Dojrzałam i zmieniłam się na tyle, by potrafić zapanować nad tymi impulsami. Co nie zmienia faktu, że w moim wnętrzu rozgrywa się prawdziwy dramat.

Całkowicie odechciało mi się podejmować tę nową terapię. Mam ochotę nie pisać do pana K. i nie umawiać się z nim. Kiedy sobie pomyślę, że mam przechodzić przez kolejne rozstanie i znów przeżywać te wszystkie trudne emocje… wytrzymanie tego wydaje się być poza moim zasięgiem.

Ostatnio mam dużo zajęć. Praca zawodowa, przygotowania do pisania artykułu dla magazynu „Trening umiejętności społecznych”, ostatnie poprawki „Dwóch słów”, wykłady, webinary i warsztaty. Trochę się w moim życiu dzieje i chyba tylko to trzyma mnie jakoś w kupie. Chyba tylko to sprawia, że nie kładę się do łóżka i nie przesypiam tego, co się teraz ze mną dzieje. Zwyczajnie szkoda mi czasu na nadprogramowy sen.

Nie wyobrażam sobie tego czwartku. Chyba zrobię sobie wolne w pracy. Wrócę do domu, wezmę lorafen, rzucę się na łóżko i będę płakać. Będę wyć i boleśnie przeżywać koniec pewnego etapu w życiu. Pozwolę sobie na słabość i rozpacz. A potem otrzepię się, wytrę oczy i powoli ruszę do przodu. Wkroczę w nowy etap. Rozpocznę kolejny rozdział – samodzielnego życia. W końcu, jaki mam wybór? Mogę się załamać, odrzucając wszystko, co dała mi terapia i relacja z panem M. albo czerpać z wiedzy, którą zdobylam i zmian, które we mnie zaszły. Mogę popaść w regres, wracając do starych schematów i mechanizmów albo rozwijać się dalej. Ta druga opcja brzmi o wiele lepiej. Rozsądniej.

Tylko wciąż nie mogę sobie wyobrazić tego, że na koniec czwartkowego spotkania nie usłyszę „widzimy się we wtorek”. Że wszystko zrobię po raz ostatni. Wypalę ostatnią fajkę przed sesją. Ostatni raz usiądę w fotelu. Ostatni raz z nim porozmawiam. Ostatni raz się pożegnam, tym razem na zawsze. Wypalę ostatnią fajkę po sesji. I ostatni raz wyjdę z osiedla zamkniętego, gdzie ma gabinet. I już nigdy, przenigdy tam nie wrócę. I co mam powiedzieć na pożegnanie? „Do widzenia”, skoro więcej się nie zobaczymy? „Żegnam”, choć to takie oschłe?

Kiedyś jeszcze się z nim skontaktuję, wysyłając mu wspomnienia z tej terapii. Ale nie spodziewam się dłuższej wiadomości zwrotnej niż „dziękuję”.

Mam ochotę olać wszystko. Zamanifestować to, jak bardzo cierpię, jak jest mi trudno. Ale komu zrobię tym na złość? Przecież tylko sobie. A nie chcę siebie sabotować. Nie chcę rzucać sobie kłód pod nogi. Robiłam to całe życie i nie chcę tak dłużej.

Wiem, że musi minąć jakiś czas. Że muszę to przetrawić w myślach. Cierpliwie przeżyć te wszystkie trudne emocje, które są przecież normalne w takiej sytuacji. Muszę dać sobie czas i przestrzeń do przeżycia żałoby po relacji. W teorii wiem to wszystko. Ale wciąż na myśl, że pan M. znika z mojego życia raz na zawsze, sprawia, że wraz z końcem naszej znajomości, chciałbym zakończyć wszystko. Łącznie z życiem, które zdaje się stawać nie do wytrzymania bez naszych spotkań.

Życzę sobie siły. Cierpliwości. I wytrwania.

Podziel się!

960 – niech ten tydzień nie nadchodzi…

Dochodzi północ. Za dwadzieścia minut zaczyna się poniedziałek. Przed chwilą się położyłam, mając całkiem dobry nastrój. Ale świadomość nieuchronności tego, co się zbliża, coraz bardziej mnie przeraża. Boleśnie zaczyna do mnie docierać rzeczywistość najbliższego tygodnia. Za cztery dni po raz ostatni spotkam się z panem M. Boję się wtorku. Tak bardzo się obawiam, że zmarnuję tę sesję. Że zamiast mówić, będę milczeć. Ale to ta czwartkowa, ostatnia sesja przeraża mnie najbardziej. Jak to wytrzymać? Jak być w kontakcie, mając świadomość, że jeszcze chwila i na zawsze zamkną się za mną drzwi jego gabinetu?

Chce mi się płakać. Ryczeć. Na dodatek dostałam dziś okres i dochodzi do tego płaczliwość wywołana hormonami. Gdzieś kiedyś czytałam, że najwięcej kobiet podejmuje próby samobójcze w okolicach menstruacji. Nie wiem, czemu mi się to przypomniało. Nie mam przecież myśli samobójczych. Przynajmniej na razie.

Nie potrafię wyobrazić sobie życia bez spotkań z nim. Wiem, że w czerwcu zacznę nową terapię, ale to nie to samo. Pan K. kazał mi się zastanowić, czy terapia u niego nie będzie dla mnie zastępstwem za relację z panem M. Ale jak można kogoś zastąpić? Od początku potrafiłam odpowiedzieć na to pytanie. Nie, to nie będzie zastępstwo i wypełnienie pustki po obecnym terapeucie. To będzie coś innego, nowego. Myślę, że tej pustki po relacji z nim nigdy i nic nie wypełni. Czy zawsze będzie to tak boleć? Pewnie nie. Zapewne w końcu się z tym oswoję i stanie się to normą. Ale póki co, mój emocjonalny świat wewnętrzny stanął na głowie. I mam wrażenie, że wszystko się sypie. Oby tylko na łeb nie zawaliła mi się cała konstrukcja, budowana przez lata z takim mozołem.

Podziel się!

959 – końcówka terapii, szkolenie i urlop

Wczoraj miałam sesję, a po niej zrobiło mi się tak bardzo chujowo. Świadomość, że został mi tylko tydzień, dwie sesje. Że w przyszły czwartek spotkam się z panem M. po raz ostatni… chce mi się płakać. I wiem, rozumiem, że ten smutek, złość, poczucie końca, straty, to naturalne emocje. Że ich pojawienie się jest zdrowe i świadczy tylko o tym, że nasza relacja była udana i ważna dla mnie. Ale tak trudno jest mi je wytrzymać. Pokusa zagłębiania się w ten stan jest ogromna. Bo przecież to koniec naszej relacji, rozstanie. Pozostałości po zaburzonej części mnie, szepczą do ucha, że moim obowiązkiem jest kryzys. Bo przecież to koniec wszystkiego, poczucie sensu nie ma racji bytu, a co za tym idzie, dalsze życie nie jest możliwe. Więc trzeba zatracić się w cierpieniu i autodestrukcji. Bo inaczej będzie to oznaczać, że pan M. nie był dla mnie ważny. Próbuję być głucha na ten wewnętrzny głos, który podpowiada tak chore wnioski. Ale jest mi trudno nie identyfikować się z tym sposobem myślenia. Owszem, jestem świadoma tego, że jest zaburzony. To już coś, a nawet ogromna zmiana. Ale zupełnie czym innym jest niepodążanie za nim.
Pan M. uprzedzał, że po zakończeniu terapii najprawdopodobniej nastąpi chwilowe pogorszenie. W końcu trzeba przejść przez etap żałoby po relacji. Ostatnio nawet mu mówiłam, że wiem, iż to, co dała mi ta relacja, zostanie ze mną. To nie tak, że wraz z jej końcem wszystko zniknie. Ale świadomość, że po tych sześciu latach, kilkuset przegadanych (i przemilczanych) godzinach, więcej się z nim nie spotkam… A z drugiej strony pojawia się we mnie nieśmiało nostalgia. Dawno nie gościłam u siebie tej emocji. A do tego jakieś dziwne rozrzewnienie. Ten przyjemny smutek każe mi spoglądać wstecz, na minione lata i wspominać to, co dobre. To chyba dobry objaw. Tylko bardzo boję się, co będzie za tydzień. Obawiam się kolejnego kryzysu samobójczego. Takiego jak dwa tygodnie temu, gdy uświadomiłam sobie, że zostało nam pięć spotkań. Wtedy ten kryzys był bardzo intensywny, ale nie poszłam w autodestrukcję, mimo jednorazowego, lekkiego pocięcia, i wygrzebałam się z niego po trzech dniach. Jak będzie tym razem?

Ze spraw bardziej przyziemnych – wczoraj miałam trzygodzinne szkolenie „Psychoterapia pacjenta z borderline – szkolenie dla psychoterapeutów” organizowane przez Centrum Terapii DIALOG. Pilnie robiłam notatki, które zajęły mi dziesięć stron. Pytałam organizatorów i mogę napisać artykuł na jego podstawie. Pracę nad tekstem zacznę po napisaniu artykułu dla magazynu „Trening umiejętności społecznych”, bo termin oddania tekstu powoli się zbliża.
Postanowiłam rozszerzyć bloga o dział z treściami merytorycznymi, zawierającymi dawkę wiedzy. Zamierzam pisać dla Was artykuły na podstawie książek czy webinarów. Tak, żebyście mogli też coś wynieść z mojej strony, a nie tylko czytali o tym, co się ze mną dzieje.

A trzynastego czerwca jedziemy z Mrówkiem na tygodniowy urlop! Przyda mi się oderwanie od codzienności i nabranie jakiegoś dystansu.

Spotkania z panem K. chcę rozpocząć w drugiej połowie czerwca, po powrocie z wyjazdu. Może te trzy tygodnie bez terapii pozwolą mi choć częściowo przeżyć żałobę po relacji z panem M.

Podziel się!