717 – nie no, serio?

Jest piątek wieczór.
Powinnam mieć już napisany list na poniedziałkową sesję. A ja? W zupełnym proszku. Nie napisałam jeszcze ani jednego zdania. Nie mogę się za to zabrać, bo nie potrafię siebie przekonać, że go przeczytam. Wydaje mi sie to nierealne.
Mam przed oczami siebie wchodzącą do gabinetu. Ale czy trzymam w ręce list, by go przeczytać? Nie.
Czy wyjąć go przed wejściem, po wejściu? Złożyć na pół? A może na cztery? Lub nie składać kartki wcale, by była nieskazitelna?
Dlaczego ja zawsze rozmyślam o takich pierdołach?
Nie mam napisanego listu, którego odczytanie zapowiedziałam. Więc głupio byłoby się teraz wycofać i iść na sesję bez niego.
Zatem może nie iść wcale?

Jak ja to kocham…

Podziel się!

716 – SMS do terapeuty

Dzień po tej milczącej sesji zdobyłam się na odwagę i napisałam do terapeuty.
„Panie M, znów się pocięłam. Czuję się tragicznie. Na sesji znów nie byłam w stanie nic powiedzieć, choć tak bardzo chciałam normalnie rozmawiać. Potrzebuję rozmowy z Panem, bo chyba wybuchnę. Tylko nie wiem, jak mam się przełamać. Czy mogłabym napisać to, co chcę powiedzieć i przeczytać na sesji? Może to pomoże mi się otworzyć ponownie…”

Zgodził się.
Teraz mam jeszcze większe obawy niż miałam. Odliczam dni. Muszę jeszcze raz napisać ostatni list.
Tylko… Jak ja go przeczytam?

Podziel się!

715 – terapia borderline: kolejna przemilczana sesja

Stresowałam się tą sesją od tygodnia. Czułam silny przymus, by się pociąć. Jednak tego nie zrobiłam.
A siadając w gabinecie… zupełnie wyparowały mi z głowy wszystkie myśli. Znów siadłam nieruchomo, wpatrzona w swoje paznokcie.
– Nie chce pani ze mną rozmawiać? – Zagadnął terapeuta.
– Chcę… – szepnęłam.
– Jeśli nie wnosi pani żadnego materiału, ja nie mogę pani pomóc.
Tak, wiem. Wiem, że nie domyśli się, o czym myślę i co mnie gryzie.
Jednak nie potrafiłam przełamać milczenia. Układałam sobie w głowie dwa-trzy zdania, ale nie potrafiłam otworzyć ust, by je wypowiedzieć.
Czuję się beznadziejnie. Przez te trzy tygodnie brakowało mi terapii, a kiedy już na niej byłam, zmarnowałam szansę na rozmowę.
Jestem na siebie wściekła. Jeszcze bardziej chce mi się ciąć. I boję się, jak cholera, że tej relacji nie da się już naprawić…

Podziel się!

713 – powrót na terapię

W poniedziałek sesja po trzech tygodniach przerwy.
Z jednej strony bardzo się boję i nie chcę tam iść. Z drugiej… Bardzo brakuje mi spotkań z panem M. Mam ochotę wejść do gabinetu, rzucić się na kolana i płacząc, błagać o wybaczenie. Za tego SMS, którego wysłałam. I za wcześniejsze zerwanie terapii przez SMS. Wiem, że pan M. nie jest na mnie zły. Ale mam poczucie winy i wstydu, że znów działałam impulsywnie.

Podziel się!

710 – weno, wróciłaś!

Tak, to prawda! Wena sobie o mnie przypomniała, zatęskniła to i wróciła!
Zaczęłam dziś pisać dziewiąty i dziesiąty rozdział Bohemy. Jednego jest więcej niż pół, drugiego jedna trzecia. A tym razem rozdziały będą dłuższe niż zazwyczaj – rozkręcam się, hehe.
Pomysły wpadają mi do głowy jak szalone. Mam sporo materiału do napisania kilku rozdziałów. Tylko, weno, nie odchodź!
Bo wena to taka franca, co lubi przepadać bez wieści, a ty zostajesz sam i zastanawiasz się, czy kiedykolwiek wróci? Znacie to? Nienawidzę.
Wizja następnej sesji za prawie trzy tygodnie uspokaja mnie. To jeszcze sporo czasu na dogłębne przemyślenie sprawy i znalezienie rozwiązania.
Oczywiście po wczorajszej, przemilczanej sesji nie omieszkałam znów impulsywnie wysłać SMS do pana M. Co jest ze mną nie tak, że zawracam chłopu głowę poza gabinetem? Strasznie się o to na siebie wkurwiam i jednocześnie mam poczucie wstydu i winy. Przejebane.
I tym miłym akcentem narazie żegnam się z Wami.
Do poczytania!

Podziel się!