568 – przegrana

Leży przede mną 7,5mg arypiprazolu. Patrzę na to pół tabletki, jak na największe zło i jedyny ratunek.
Nie mogę, nie potrafię już żyć z tą pieprzoną anhedonią. Nie mam już siły tak bardzo nie mieć sił, jak teraz.
– Jest pani obojętne, czy pani żyje – podsumował wczoraj terapeuta.
Tak, jest mi obojętne. Choć pragnienie pisania jeszcze nie zniknęło, mam wrażenie, że zaraz to nastąpi. Pochłonie mnie absolutna nicość. Brak emocji. Brak sił witalnych. A na końcu brak motywacji, by to zmienić.
Nie mogę na to pozwolić. Nie mogę dać się pochłonąć tej czarnej dziurze.
Arypiprazol – wróg i ratunek.

Podziel się!

563 – pytania o seks

Ostatnimi czasy terapia stała się dla mnie nieprzyjemna. Na sesje chodzę z pewną obawą.
Kiedy terapeuta po raz pierwszy od dłuższego czasu zapytał o seks, zamknęłam się w sobie. Nie chciałam na ten temat rozmawiać.
Od tego czasu na każdej sesji pada pytanie:
– Czy zmieniło się u pani coś w kwestii seksu?
Odpowiadam, że nie i nie chcę ciągnąć tematu. Pan M. jest jednak nieugięty.
Raz powiedział coś, czego nie potrafię sklasyfikować. Choć skłaniam się ku niefortunnej wypowiedzi.
– Nie byłoby dziwne, gdyby Mrówek przez brak seksu panią zostawił. Musi go to bardzo frustrować.
Wiem, że nie miał złych intencji. Jednak nieświadomie pobudził mój lęk przed opuszczeniem. Myśli, że Mrówek mnie zostawi urosły do gigantycznych rozmiarów. I nie umiem sobie z nimi poradzić.

Podziel się!

562 – tak leci mi czas

Ostatnio mało piszę. To dlatego, że jestem bardzo zajęta.
Przed pracą przepisuję „Uśpioną”. Po niej – czytam książki o psychopatii, przygotowując się do pisania kolejnej książki o roboczym tytule „Bestseller”. Wspominałam już o tym?
Niestrudzenie uczęszczam na terapię. W kwietniu miną trzy lata mojej współpracy z panem M.
Po tym czasie mogę powiedzieć z czystym sumieniem, że zmiana terapeuty była strzałem w dziesiątkę.
Leczenie bardzo mi pomaga. Jestem coraz normalniejszą osobą. Nie okaleczam się już, nie działam autodestrukcyjnie. Kryzysy nie są już tak silne i niebezpieczne, jak kiedyś.
Chwilami odczuwam szczęście. Choć wciąż jedną noga jestem w rozpaczy lub pustce. Ale to nic. To minie. Kiedyś na pewno.
Kochani, nie bójcie się leczenia. To najlepsze, co możecie dla siebie zrobić!

Podziel się!

558 – terapia borderline: anhedonia

Sesję zaczęłam od ostatnich wydarzeń na Nanga Parbat.
– Całą sobotę śledziliśmy doniesienia z akcji ratowniczej. Trzymaliśmy kciuki za Tomka. Nie umiem dojść do siebie po tym, że stracił życie spełniając swoje marzenie.
Potem były łzy. W ukryciu. Za kurtyną włosów. Nie płakałam. Same leciały, gdy opowiadałam o smutku. O swoim złym stanie psychicznym.
– Ale kiedyś było gorzej, prawda? Pamiętam, jak się pani denerwowała, gdy mówiłem, że w takim stanie nie jest pani sobą. Ale teraz, gdy pani o tym opowiada, widać wciąż przywiązanie do tego nastroju.
Wyjaśniłam, że kiedyś nie chciałam czuć się lepiej. Teraz irytuje mnie, że nie potrafię się z tego otrząsnąć.
– Pisanie by pani pomogło, prawda?
Zrobiłam sobie dziś wolne. Po powrocie z terapii poszłam za radą terapeuty i wzięłam się za pisanie. Początkowo szło mi opornie, ale w końcu się rozpisałam. Jestem półtora rozdziału Uśpionej do przodu. Wysłałam tekst i okładkę „Samobójstwa na raty” do wydawnictwa. Ale nic mnie nie cieszy.
Pieprzona anhedonia.

Podziel się!

555 – terapia borderline: morze łez

Dzisiejsza sesja była bardzo trudna z jednego względu – dotyczyła spraw najtrudniejszych. Śmierci, w tym tej z własnej ręki. Pojawiły się też: poczucie żalu, złość, lęk, poczucie winy.
Trudny temat do rozmowy, nawet z własnym terapeutą.
Wypłakałam morze łez. Pierwsze roniąc tuż po wejściu do gabinetu. Ostatnie przełykając na ulicy.

Podziel się!