323 – terapia borderline: bo nie chodzi o to, żeby się nie chciało

Wczoraj na spacerze Mrówek podjął rozmowę na temat kondycji naszego związku.
– Bardziej dojrzałe związki miałem w wieku 15 lat. Ja nawet nie wiem, czy to, co jest między nami można nazwać związkiem. To raczej jakąś chora i dziwna relacja.
W pierwszej chwili mnie zatkało. Łzy już zaczynały cisnąć się do oczu, usta zacisnęły, głos uwiązł, a głowę wypełniły myśli autodestrukcyjne. Jednak skarciłam się:
– Mrówczyńska! To nie jest atak, tylko jego odczucia. Nie zachowuj się jak pokrzywdzony bachor. Ile razy terapeuta powtarzał ci, że takie reakcje to zamaskowana agresja?
Zaczęłam, więc rozmawiać. Z każdym zdaniem jednak coraz bardziej chciałam się pociąć. W drodze powrotnej miałam zrobić zakupy. Uknułam, wiec chory plan. Kupię żyletkę i się potnę. Pochlastam się cała! Myślałam tylko o tym.
Ale w drodze na zakupy znów się skarciłam:
– Naprawdę? Chcesz znów brnąć w te chore schematy? Po raz kolejny zaprzepaścić ten trud i pracę włożoną w leczenie? Przerwać autoagresywną abstynencję? To po co od ponad dwóch lat chodzisz na terapię, skoro nie chcesz się zmienić?
Pomogło.

– Pani Aniu, nam nie chodzi o to, żeby się pani nie chciało ciąć. To jest niemożliwe, gdyż robiła to pani kilkanaście lat. Ten przymus będzie powracał. Chodzi o to, żeby pani mu nie ulegała.

Podziel się!

313 – terapia borderline: trudny pacjent

– Gdybym nagrał sesję, gdy jest pani mocno depresyjna, mówi o samobójstwie i puścił ją studentom psychoterapii albo psychiatrii, byliby przerażeni. Nie chcieliby z panią pracować, bo by się bali, że się pani zabije. Kto wie… może ja też powinienem wtedy zadzwonić po policję albo pogotowie, żeby zabrali panią do szpitala. To, że tego nie robię, wynika z mojej oceny sytuacji. Ale gdybym się pomylił i jednak popełniłaby pani samobójstwo? Co wtedy? Powiedziałbym: „ups, błędna diagnoza”?

No dobra. Już rozumiem. Terapeuta też człowiek i wcale nie ma lekko.

Podziel się!

306 – terapia borderline: czy jest tu jakiś dystans?

Wczorajszy dzień był tragiczny – płacz, myśli samobójcze, przymus autoagresji. Nie złamałam się, nie uległam pokusom.
Utworzyłam nowy plik – książka science-fiction zaczęta dwiema trzecimi strony. Pomysł jest, koncepcja również.
– Nie znoszę pisać jednej książki na raz.
– Tak? Czyli musi być więcej?
– Co najmniej dwie.
– A dlaczego tak?
– Bo kiedy nie mam pomysłu na jedną, mogę pisać drugą.
– No tak, żeby zawsze coś robić.
Otóż to. Proces twórczy musi trwać nieustannie – inaczej tracę sens życia.
– W niedzielę skończyłam „Autoterapię”.
– W ogóle pisanie jest dla pani świetną formą autoterapii. Dzięki niemu może się pani przyjrzeć problemom z boku.
– I nabrać do nich dystansu.

Pogadałam z nim szczerze, tak od serca, bez spinania się. Ulżyło mi.
Pośmialiśmy się również z moich głupich reakcji.
– Pamięta pani, jak pierwszy raz powiedziałem, że przyjmuje pani fałszywą rolę ofiary? Że krzywdząc siebie, jest pani sprawcą, bo krzywdzi pani również innych?
– Tak – uśmiechnęłam się, bo teraz już mam do tego dystans, ale wtedy…
– Nie odezwała się pani do mnie do końca sesji. A potem chciała zerwać terapię, usilnie twierdząc, że to ja nie chcę z panią pracować.
Hehe, było tak. I to stosunkowo niedawno.

Cieszę się, że mimo wszystko, mimo wysyłania tylu smsów o zakończeniu terapii, tracenia sensu, nieprzychodzenia na sesje, jednak wciąż przychodzę do gabinetu.
Wiem, że jeszcze nie raz będę próbowała zniszczyć tę relację, zaprzepaścić wszystko, co osiągnęłam. Ale wierzę, że z pomocą terapeuty wytrwam do jej końca – a ostatnim zdaniem w ostatniej części „Młodego boga…” będzie „JESTEM ZDROWA”!

Podziel się!

292 – terapia borderline: powiało nadzieją

– Powiało nadzieją – uśmiechnął się terapeuta, gdy przyznałam, że coraz częściej przestaję się identyfikować z chorymi mechanizmami. – Bo wie pani, kiedy ja mówię, że coś jest chore, a pani mi odpowiada, że taka jest, to nie ma tu miejsca na zmianę. Ja nie jestem bioenergoterapeutą ani innym cudotwórcą.
Tak, ma rację. Ale sama racjonalna wiedza nie wystarcza. Choć tylko w skrajnych przypadkach ją odrzucam i w mniej natężonych stanach emocjonalnych przyjmuję ją do wiadomości, odczucia co do traktowania objawów jako części tożsamości nie chcą tak łatwo odpuścić. Wiem, że dążenie do autodestrukcji to choroba, ale czuję, że to kwintesencja mnie.
Skoro po półtora roku przyjęłam tę wiedzę, może za jakiś czas i emocjonalnie się z tym pogodzę?

Podziel się!