924 – ten ból…

Ten ból jest nie do zniesienia!

Wczoraj przespałam cały dzień. I całą noc. Dziś wstałam o piątej, czyli czwartej według czasu zimowego. Od razu siadłam do pisania.

Jestem na etapie wzmożonego cierpienia. Żałoba po utracie relacji daje mi się bardzo we znaki. Ostatnimi dniami nie mam siły żyć. Chcę zabić samoświadomość ucieczką w sen. Wiedza o własnym istnieniu mnie zabija. Rani tak bardzo, że chcę uciekać. Uciekać na oślep. I najlepiej rozwalić łeb o pierwszą lepszą przeszkodę.

Dlaczego to musi tak boleć?!

Pan M. przygotowywał mnie na „chwilowe pogorszenie” po zakończeniu terapii. Nie wspomniał jednak o kurewskim kryzysie, który będzie chciał odebrać mi życie. Nie, nie będę się wieszać ani próbować zabijać w inny sposób. Ale świadomość tego, co się stało, powoli mnie zabija. Jak w wyliczance „kocha, nie kocha”, po kolei odrywa płatki z kwiatka. Pozbawiając mnie jeden po drugim powodów do życia.

I miałabym podjąć kolejną?! Znów zaufać? Znowu latami się zbliżać? Żeby potem przechodzić to od początku? Nie, ja podziękuję. Aż tak nie nienawidzę życia.

Jedyny specjalista, z którym mogę jeszcze porozmawiać, to dr T. Tyle że on milczy. Nie odpisuje. Ale nie będę go zamęczać. Jedna wiadomość z prośbą o spotkanie wystarczy. Nie chcę go ostatecznie do siebie zrazić.
Przypominam sobie te spotkania z nim, które potrafiły trwać ponad godzinę. W zaciszu jego prywatnego gabinetu. Przerywane wychodzeniem na fajkę. Za każdym razem chciał mnie częstować swoimi Camelami, ale ja wolałam swoje, robione. Choć z czasem przerzuciłam się na czerwone Winstony setki.
Wspólne wyśmiewanie się z moim samookaleczeń czy myśli samobójczych – to było coś, co często potrafiło mnie jakoś postawić na nogi.

Tak bardzo potrzebuję z kimś porozmawiać. Choć tych nieskładnie wypowiadanych słów rozmową raczej nazwać nie można. Bardziej desperacką próbą wyrzucenia z siebie maksymalnej ilości cierpienia. I zawierzenia się pod czyjąś opiekę.

Tuż przed ostatecznym zakończeniem terapii pan M. i dr T. wysyłali mnie na zamknięty do psychiatryka. Wtedy nie chciałam o tym słyszeć. Ale teraz… Chyba nie sprzeciwiałabym się temu tak stanowczo.

Podziel się!

918 – trzymaj głowę na powierzchni!

Kolejne dni mijają, jeden za drugim, zlewają się w jedno. Wstaję przed siódmą. Od razu siadam do książki i piszę do dziesiątej. Następnie włączam programy wykorzystywane w celach zarobkowych i pracuję do wieczora. Później szybkie zakupy, jakiś obiad. Potem film lub serial i spać. A rano znów od nowa.
Ale nie narzekam. Jestem wdzięczna organizmowi wspieranemu przez trzysta miligramów bupropionu i sto miligramów amisulprydu za to, że jakoś funkcjonuje. Że wystarcza mu pięć, sześć godzin snu, dzięki czemu mam czas na swoją pasję. A i umysł jest w ostatnim czasie łaskawy i nie gnębi mnie złym nastrojem ani kryzysem emocjonalnym.
Choć co jakiś czas zalewa mnie fala smutku, tęsknoty, pustki i poczucia straty, z całych sił próbuję utrzymać głowę na powierzchni. I owszem, czasem ochleję się tych emocji, ale mimo wszystko wciąż nie poszłam na dno.

Sroki odbudowują gniazdo na akacji, która rośnie koło naszego balkonu. W tym roku idzie im to opornie. Choć pracują codziennie od jakichś trzech tygodni, efektów jakoś nie widać. Czy to ta sama parka, która w zeszłym roku straciła jajo? Trudno stwierdzić, wszystkie wyglądają tak samo.

Nasz blok położony jest w stosunkowo niewielkiej odległości od rzeki. Od jakiegoś czasu na osiedlu słychać krzyk ptaków. Myślałam, że to rybitwy, ale nagrania znalezione na internecie obaliły tę tezę. To zdecydowanie odgłosy wydawane przez mewy. Doprawdy nie wiem, skąd się tu wzięły, bo mieszkamy daleko od morza. Niemniej jednak, zamykając oczy, można się poczuć jak nad Bałtykiem i chwilę pofantazjować, że jest się na wakacjach.

Wracając do pisania… pozwala mi ono na uporządkowanie sobie całej wiedzy, którą przekazał mi pan M. Sprawia, że przypominam sobie to, o czym zapomniałam. I tak sobie myślę, że gdyby nie te wszystkie notatki, to wszystko przepadłoby raz na zawsze w mojej niepamięci. A wtedy tak bardzo szkoda by mi było tych sześciu lat. Pisząc, cały czas się zastanawiam, czy mój były terapeuta przeczyta tę książkę. Choć w sumie na jego miejscu zeżarłaby mnie ciekawość, gdyby ktoś mnie opisał, a ja bym się z tym nie zapoznała. A jeśli przeczyta, to czy mu się spodoba? Czy uzna, że jest wartościowa? Że coś za sobą niesie? I nie, nie tworzę laurki dla niego. Po prostu uważam, że jest znakomitym specjalistą, który pomógł mi w znacznym stopniu, choć początkowo tego nie dostrzegałam. Dopiero nabierając dystansu zaczynam widzieć, ile dla mnie zrobił i jak zmieniłam się pod wpływem jego słów. Setek tysięcy słów, które wypowiedział przez te wszystkie lata po to, żebym nauczyła się żyć, przestała siebie zabijać i mogła zacząć doceniać to, co mam.

Tak więc ze wszystkich sił utrzymuję głowę na powierzchni i trwam. I staram się żyć, jakby miało nie być jutra, lecz dziś nie kończyłoby się nigdy.

Podziel się!

916 – „Walcząc o życie”: naruszenie tabu

Przed chwilą skończyłam pisać trzeci rozdział. Z tej okazji, łapcie jego początkowy fragment.

Czternaście lipcowych sesji zaczęłam od myśli samobójczych i okaleczenia się. Kiedy tylko weszłam do gabinetu, od razu się do tego przyznałam.
– Bardzo się pani pocięła?
– Normalnie – bąknęłam, jakby była to najzwyczajniejsza w świecie czynność, ale panu M. to nie wystarczyło, chciał wiedzieć więcej. Ja jednak milczałam. Bo co niby miałabym powiedzieć?
– Na ręce się pani pocięła? – Nie odpuszczał.
Potwierdziłam i wtedy padło pytanie, które momentalnie podniosło mi ciśnienie i przyprawiło o mdłości.
– Może mi pani pokazać?
Nie powiem, spanikowałam, nauczona doświadczeniem, że specjaliści każą sobie pokazywać samookaleczenia i nie przyjmują odmowy. A dla mnie to było jak naruszenie tabu. Jak coś niestosownego i ingerującego nawet nie tyle w prywatność, co wręcz w intymność. Pokazanie ran po samookaleczeniach dla większości ludzi ich dokonujących jest niezwykle trudne. To tak, jakby się rozebrać i stanąć przed kimś nago, bez jakiejkolwiek możliwości ukrycia swoich niedoskonałości. Choć poziom intymności w przypadku autoagresywnych ran jest chyba jeszcze wyższy. Żeby to zobrazować, powiem Wam, że Mrówek wie o mnie praktycznie wszystko, widział mnie w każdym możliwym stanie. I mimo bycia z nim w związku od czternastu lat, wciąż nie potrafię odkryć przed nim świeżych ran. Blizny – okej. Ale nigdy rany. Mało tego, nawet teraz, opisując to po sześciu latach, czuję się nieswojo. Serce zaczęło bić szybciej, jakby przygotowując ciało do ucieczki. I znów pojawiły się mdłości.
Na szczęście pan M. nie naciskał, gdy z moich ust błyskawicznie padła odmowa. Wycofał się i zapytał, czy mogę o tym opowiedzieć. To też było trudne, ale już nie niemożliwe. Cicho i ze wstydem odparłam, że zrobiłam około dwudziestu nacięć.
– Żyletką?
– Tak… – cichutko mruknęłam pod nosem.
– Wstydzi się pani pokazać? – Znów zrobiło mi się niedobrze. Tak bardzo nie chciałam o tym rozmawiać. Tylko półgębkiem rzuciłam, że i tak mam opatrunek, więc nic by nie zobaczył. Miałam szczerą nadzieję, że zostawi już ten temat. A mimo wszystko, po dłuższej chwili milczenia, dodałam, że obudziwszy się tego dnia, wcale nie żałowałam tego, co zrobiłam. Mało tego, pocięłam się znowu.
– Tego drugiego razu też pani nie żałuje?
– Nie potrafię.
– Kiedy się pani tnie, pani Aniu, to trochę bezsensu są nasze spotkania. No, bo czemu one mają służyć? – W tamtej chwili spanikowałam po raz drugi. Byłam gotowa uciec z gabinetu i więcej tam nie wracać. Serio? Zapowiadała się powtórka z rozrywki? Pan M. zrobi tak, jak pan S. i też powie, że mam nie przychodzić na sesję, gdy zadziałam autoagresywnie? Milczałam, zastanawiając się, czy to nie jest wspominany kilkukrotnie przez terapeutę początek końca.
– Nie chcę do tego wracać, bo wiem, jak to się skończy – w końcu powiedziałam szczerze.
– Jak się skończy?
– Zacznę się ciąć codziennie, będę czuła się coraz gorzej aż wyląduję w szpitalu.
– No, tak… – powiedział, po czym zapytał, jak się czuję, ale nie umiałam udzielić odpowiedzi. Poprzedniego dnia byłam z siebie zadowolona, bo zaczęłam pisać książkę, ale w tamtej chwili… nie wiedziałam. Pana M. zainteresowało to, czy pocięłam się przed pisaniem czy po. Odrzekłam, że przed, bo kiedy piszę, czuję się dobrze.
– Co jeszcze pani pomaga?
– Praca.
– A poza pracą?
– Nie wiem…
– Sprawia pani wrażenie takiej bezradnej.
– I tak się czuję.
– Brzmi pani, jakby nie miała teraz na siebie pomysłu.
– Bo tak jest.
– Najważniejsze jest to, pani Aniu, żeby się pani nie cięła i nie piła alkoholu. Tylko wtedy może pani stopniowo odzyskać kontrolę nad swoim życiem.

Podziel się!

915 – terapia przeżyta od nowa

Proces twórczy trwa w najlepsze. Piszę codziennie od szóstej rano do jakiejś dziesiątej. I nie jestem w stanie nic zrobić, zanim nie powstanie kolejna strona, dwie tekstu. Jestem zafiksowana na tym punkcie.
Pisanie tej książki to dla mnie skuteczna autoterapia. Myślę, że dzięki niemu jestem sobie w stanie jakoś poradzić z zakończeniem terapii i żałobą po utraceniu tej relacji. Opisując to, co działo się w gabinecie, przypominam sobie wiele rzeczy. To tak, jakbym przeżywała tę terapię od nowa, jeszcze raz. I mam dziwne wrażenie, że to wszystko zaczyna we mnie pracować, a ja dopiero teraz jestem na to gotowa. Ciekawe, co na ten temat powiedziałby pan M…
Być może jutro uda mi się skończyć trzeci rozdział. Kiedy w weekend naniosę pierwsze poprawki, wrzucę jakiś fragment.
Jest we mnie ogromna chęć, by wynieść z tych spotkań jak najwięcej. By pozwolić sobie na zmianę. Prawdziwą i trwałą zmianę, która wprowadzi do mojego życia pewną dozę stabilności, której tak bardzo brakuje mi od okresu dojrzewania.

Podziel się!

912 – mania pisania

To jest jakiś obłęd. Siedzę nad książką w każdej wolnej chwili. Kiedy tylko mam trochę czasu, otwieram edytor tekstu i piszę. Dziś pracuję nad nią od ósmej rano. Robiłam tylko przerwy na spacery z Fizią. Mogłabym pisać non stop. I żałuję, że tak się nie da.

Z okazji skończenia rozdziału drugiego i rozpoczęcia trzeciego, łapcie fragment.

Od początku terapii wybierałam się do psychiatry. Straciłam kontakt z moim lekarzem – nie odpisywał na e-maile, SMS-y, nie odbierał telefonów. Pan M. polecił mi znajomą lekarkę i długo naciskał, żebym się z nią w końcu skonsultowała. Kiedy się do niej nareszcie wybrałam, odesłała mnie do swojego kolegi. Uważała bowiem, że, po pierwsze, powinnam leczyć się u mężczyzny, skoro nie toleruję kobiet w takiej roli, a po drugie, że powinien mnie prowadzić ktoś, kto pracuje w szpitalu. Kiedy pan M. się o tym dowiedział, stwierdził, że chyba jest naiwny, lecząc mnie.
– Dlaczego? – Zdziwiłam się.
– Może faktycznie powinna iść pani do szpitala, ale ja wierzę, że poradzi sobie pani bez tego.
– Bo tak będzie – rzekłam z całą stanowczością, gdyż nigdzie się nie wybierałam.
– Ja wierzę, że jest pani w stanie, ale pani obecne zachowanie wskazuje na to, że straciła pani kontrolę nad tym, co się dzieje. Jest pani sama i nie umie wziąć odpowiedzialności za swoje życie.
– Jest mi z tym źle, więc to zmienię – mówiłam, niemal płacząc, po czym dodałam, że mam tyle rzeczy do zrobienia, a nie robię nic.
– Rozumiem, że dzisiaj się to zmieni – odparł z umiarkowanym optymizmem.
– Mam nadzieję… – rzekłam niepewnie. – Jest mi okropnie wstyd przez to, co robię.
– To tak, jakby pani nie uznawała tego, co ja mówię. Bo mówię, że to wynika z choroby, a pani traktuje to tak, jakby wynikało to z pani złej woli.
– Bo potrafię nad tym zapanować, a nic w tym kierunku nie robię.
– Jak pani myśli, dlaczego?
– Ta autodestrukcyjna część mnie jest silna.
– I będzie coraz silniejsza. Ona bez pożywienia jest słaba, ale pani karmi ją alkoholem. Dlatego nie może pani pić, pani Aniu.

Podziel się!