327 – przemyślenia przy poprawkach

Psychiatra w grudniu popołudniu.
Od jakiegoś czasu ratuję się Tisercinem. Pół tabletki na rozpoczęcie dnia, pół, by przetrwać drugą część czuwania, kolejne pół, żeby spać.
Znów potrzebuję neuroleptyka. Niestety. Wahania emocjonalne, za którymi idą myśli skrajne, nie dają nawet funkcjonować, a co dopiero żyć.
Dziś skończyłam ostateczne nanoszenie poprawek na „Terapię u Doktorka”. Tekst zwarty i gotowy czeka na wydanie. Jeszcze tylko wypełnienie formularza dla wydawnictwa – streszczenie, opisy i inne takie.

Czytanie tego, znów obudziło dawne emocje. Przymusy autoagresji i autodestrukcji, ucisk wyobrażonej pętli na szyi. Dziwne pochody kolorów, jak kiedyś halucynacji. Lorafen – musi pomóc.

Głęboki wdech i wydech. Świeże powietrze wpada z dworu. Smak gorącej, czarnej kawy i zapach, jednej z ostatnich, wypalanej fajki.

Przecież trzeba żyć. I chce się żyć. Aż do śmierci. A czasu coraz mniej. Trzeba się zacząć spieszyć.

Podziel się!

306 – terapia borderline: czy jest tu jakiś dystans?

Wczorajszy dzień był tragiczny – płacz, myśli samobójcze, przymus autoagresji. Nie złamałam się, nie uległam pokusom.
Utworzyłam nowy plik – książka science-fiction zaczęta dwiema trzecimi strony. Pomysł jest, koncepcja również.
– Nie znoszę pisać jednej książki na raz.
– Tak? Czyli musi być więcej?
– Co najmniej dwie.
– A dlaczego tak?
– Bo kiedy nie mam pomysłu na jedną, mogę pisać drugą.
– No tak, żeby zawsze coś robić.
Otóż to. Proces twórczy musi trwać nieustannie – inaczej tracę sens życia.
– W niedzielę skończyłam „Autoterapię”.
– W ogóle pisanie jest dla pani świetną formą autoterapii. Dzięki niemu może się pani przyjrzeć problemom z boku.
– I nabrać do nich dystansu.

Pogadałam z nim szczerze, tak od serca, bez spinania się. Ulżyło mi.
Pośmialiśmy się również z moich głupich reakcji.
– Pamięta pani, jak pierwszy raz powiedziałem, że przyjmuje pani fałszywą rolę ofiary? Że krzywdząc siebie, jest pani sprawcą, bo krzywdzi pani również innych?
– Tak – uśmiechnęłam się, bo teraz już mam do tego dystans, ale wtedy…
– Nie odezwała się pani do mnie do końca sesji. A potem chciała zerwać terapię, usilnie twierdząc, że to ja nie chcę z panią pracować.
Hehe, było tak. I to stosunkowo niedawno.

Cieszę się, że mimo wszystko, mimo wysyłania tylu smsów o zakończeniu terapii, tracenia sensu, nieprzychodzenia na sesje, jednak wciąż przychodzę do gabinetu.
Wiem, że jeszcze nie raz będę próbowała zniszczyć tę relację, zaprzepaścić wszystko, co osiągnęłam. Ale wierzę, że z pomocą terapeuty wytrwam do jej końca – a ostatnim zdaniem w ostatniej części „Młodego boga…” będzie „JESTEM ZDROWA”!

Podziel się!

304 – króliczek

Po obudzeniu zalała mnie fala smutku, rezygnacji i suchego płaczu – wewnętrznego. Utrata sensu.
Siadłam jednak do „Autoterapii”, ostatniego rozdziału. Dałam się ponieść wyobraźni i nastąpił twórczy przypływ. Nawet nie wiem, ile czasu pisałam. Pochłonęło mnie to bez reszty.
Godzina 12:29 – dogoniłam króliczka stawiając ostatnią kropkę w czwartej już książce.
Rozsadza mnie energia! I dumna! I poczucie spełnienia! I… sama nie wiem co jeszcze!
Całkiem niedawno, gdy wygrzebałam ten plik z jakiegoś katalogu, nie sądziłam, że uda mi się doczekać tego momentu. A jednak.

Projekt własnej autoterapii zamknął się w stu stronach i 510KB na dysku.

Teraz, ze spokojną głową, mogę się w pełni oddać beletrystyce. Koniec z rzyganiem sobą! Na jakiś czas oczywiście…

Podziel się!