916 – „Walcząc o życie”: naruszenie tabu

Przed chwilą skończyłam pisać trzeci rozdział. Z tej okazji, łapcie jego początkowy fragment.

Czternaście lipcowych sesji zaczęłam od myśli samobójczych i okaleczenia się. Kiedy tylko weszłam do gabinetu, od razu się do tego przyznałam.
– Bardzo się pani pocięła?
– Normalnie – bąknęłam, jakby była to najzwyczajniejsza w świecie czynność, ale panu M. to nie wystarczyło, chciał wiedzieć więcej. Ja jednak milczałam. Bo co niby miałabym powiedzieć?
– Na ręce się pani pocięła? – Nie odpuszczał.
Potwierdziłam i wtedy padło pytanie, które momentalnie podniosło mi ciśnienie i przyprawiło o mdłości.
– Może mi pani pokazać?
Nie powiem, spanikowałam, nauczona doświadczeniem, że specjaliści każą sobie pokazywać samookaleczenia i nie przyjmują odmowy. A dla mnie to było jak naruszenie tabu. Jak coś niestosownego i ingerującego nawet nie tyle w prywatność, co wręcz w intymność. Pokazanie ran po samookaleczeniach dla większości ludzi ich dokonujących jest niezwykle trudne. To tak, jakby się rozebrać i stanąć przed kimś nago, bez jakiejkolwiek możliwości ukrycia swoich niedoskonałości. Choć poziom intymności w przypadku autoagresywnych ran jest chyba jeszcze wyższy. Żeby to zobrazować, powiem Wam, że Mrówek wie o mnie praktycznie wszystko, widział mnie w każdym możliwym stanie. I mimo bycia z nim w związku od czternastu lat, wciąż nie potrafię odkryć przed nim świeżych ran. Blizny – okej. Ale nigdy rany. Mało tego, nawet teraz, opisując to po sześciu latach, czuję się nieswojo. Serce zaczęło bić szybciej, jakby przygotowując ciało do ucieczki. I znów pojawiły się mdłości.
Na szczęście pan M. nie naciskał, gdy z moich ust błyskawicznie padła odmowa. Wycofał się i zapytał, czy mogę o tym opowiedzieć. To też było trudne, ale już nie niemożliwe. Cicho i ze wstydem odparłam, że zrobiłam około dwudziestu nacięć.
– Żyletką?
– Tak… – cichutko mruknęłam pod nosem.
– Wstydzi się pani pokazać? – Znów zrobiło mi się niedobrze. Tak bardzo nie chciałam o tym rozmawiać. Tylko półgębkiem rzuciłam, że i tak mam opatrunek, więc nic by nie zobaczył. Miałam szczerą nadzieję, że zostawi już ten temat. A mimo wszystko, po dłuższej chwili milczenia, dodałam, że obudziwszy się tego dnia, wcale nie żałowałam tego, co zrobiłam. Mało tego, pocięłam się znowu.
– Tego drugiego razu też pani nie żałuje?
– Nie potrafię.
– Kiedy się pani tnie, pani Aniu, to trochę bezsensu są nasze spotkania. No, bo czemu one mają służyć? – W tamtej chwili spanikowałam po raz drugi. Byłam gotowa uciec z gabinetu i więcej tam nie wracać. Serio? Zapowiadała się powtórka z rozrywki? Pan M. zrobi tak, jak pan S. i też powie, że mam nie przychodzić na sesję, gdy zadziałam autoagresywnie? Milczałam, zastanawiając się, czy to nie jest wspominany kilkukrotnie przez terapeutę początek końca.
– Nie chcę do tego wracać, bo wiem, jak to się skończy – w końcu powiedziałam szczerze.
– Jak się skończy?
– Zacznę się ciąć codziennie, będę czuła się coraz gorzej aż wyląduję w szpitalu.
– No, tak… – powiedział, po czym zapytał, jak się czuję, ale nie umiałam udzielić odpowiedzi. Poprzedniego dnia byłam z siebie zadowolona, bo zaczęłam pisać książkę, ale w tamtej chwili… nie wiedziałam. Pana M. zainteresowało to, czy pocięłam się przed pisaniem czy po. Odrzekłam, że przed, bo kiedy piszę, czuję się dobrze.
– Co jeszcze pani pomaga?
– Praca.
– A poza pracą?
– Nie wiem…
– Sprawia pani wrażenie takiej bezradnej.
– I tak się czuję.
– Brzmi pani, jakby nie miała teraz na siebie pomysłu.
– Bo tak jest.
– Najważniejsze jest to, pani Aniu, żeby się pani nie cięła i nie piła alkoholu. Tylko wtedy może pani stopniowo odzyskać kontrolę nad swoim życiem.

Podziel się!

915 – terapia przeżyta od nowa

Proces twórczy trwa w najlepsze. Piszę codziennie od szóstej rano do jakiejś dziesiątej. I nie jestem w stanie nic zrobić, zanim nie powstanie kolejna strona, dwie tekstu. Jestem zafiksowana na tym punkcie.
Pisanie tej książki to dla mnie skuteczna autoterapia. Myślę, że dzięki niemu jestem sobie w stanie jakoś poradzić z zakończeniem terapii i żałobą po utraceniu tej relacji. Opisując to, co działo się w gabinecie, przypominam sobie wiele rzeczy. To tak, jakbym przeżywała tę terapię od nowa, jeszcze raz. I mam dziwne wrażenie, że to wszystko zaczyna we mnie pracować, a ja dopiero teraz jestem na to gotowa. Ciekawe, co na ten temat powiedziałby pan M…
Być może jutro uda mi się skończyć trzeci rozdział. Kiedy w weekend naniosę pierwsze poprawki, wrzucę jakiś fragment.
Jest we mnie ogromna chęć, by wynieść z tych spotkań jak najwięcej. By pozwolić sobie na zmianę. Prawdziwą i trwałą zmianę, która wprowadzi do mojego życia pewną dozę stabilności, której tak bardzo brakuje mi od okresu dojrzewania.

Podziel się!

912 – mania pisania

To jest jakiś obłęd. Siedzę nad książką w każdej wolnej chwili. Kiedy tylko mam trochę czasu, otwieram edytor tekstu i piszę. Dziś pracuję nad nią od ósmej rano. Robiłam tylko przerwy na spacery z Fizią. Mogłabym pisać non stop. I żałuję, że tak się nie da.

Z okazji skończenia rozdziału drugiego i rozpoczęcia trzeciego, łapcie fragment.

Od początku terapii wybierałam się do psychiatry. Straciłam kontakt z moim lekarzem – nie odpisywał na e-maile, SMS-y, nie odbierał telefonów. Pan M. polecił mi znajomą lekarkę i długo naciskał, żebym się z nią w końcu skonsultowała. Kiedy się do niej nareszcie wybrałam, odesłała mnie do swojego kolegi. Uważała bowiem, że, po pierwsze, powinnam leczyć się u mężczyzny, skoro nie toleruję kobiet w takiej roli, a po drugie, że powinien mnie prowadzić ktoś, kto pracuje w szpitalu. Kiedy pan M. się o tym dowiedział, stwierdził, że chyba jest naiwny, lecząc mnie.
– Dlaczego? – Zdziwiłam się.
– Może faktycznie powinna iść pani do szpitala, ale ja wierzę, że poradzi sobie pani bez tego.
– Bo tak będzie – rzekłam z całą stanowczością, gdyż nigdzie się nie wybierałam.
– Ja wierzę, że jest pani w stanie, ale pani obecne zachowanie wskazuje na to, że straciła pani kontrolę nad tym, co się dzieje. Jest pani sama i nie umie wziąć odpowiedzialności za swoje życie.
– Jest mi z tym źle, więc to zmienię – mówiłam, niemal płacząc, po czym dodałam, że mam tyle rzeczy do zrobienia, a nie robię nic.
– Rozumiem, że dzisiaj się to zmieni – odparł z umiarkowanym optymizmem.
– Mam nadzieję… – rzekłam niepewnie. – Jest mi okropnie wstyd przez to, co robię.
– To tak, jakby pani nie uznawała tego, co ja mówię. Bo mówię, że to wynika z choroby, a pani traktuje to tak, jakby wynikało to z pani złej woli.
– Bo potrafię nad tym zapanować, a nic w tym kierunku nie robię.
– Jak pani myśli, dlaczego?
– Ta autodestrukcyjna część mnie jest silna.
– I będzie coraz silniejsza. Ona bez pożywienia jest słaba, ale pani karmi ją alkoholem. Dlatego nie może pani pić, pani Aniu.

Podziel się!

910 – słomiana wdowa

W niedzielę rano Mrówek pojechał na urlop. I tak oto zostałam słomianą wdową. Ale ciocia przywiozła mi moją ulubioną Fizię, cobym nie była sama jak palec.

To dziwne, ale mam wrażenie, że rozmawiamy z Mrówkiem więcej i więcej mamy sobie do powiedzenia, odkąd nie ma go w domu. Nie świruję z powodu jego fizycznej nieobecności. Tłumaczę sobie, że ma prawo ode mnie odpocząć, nabrać sił i naładować baterie.

Właśnie mijają dwa tygodnie od zakończenia… Gdyby nie moja decyzja, siedziałabym teraz w gabinecie pana M. Jak sobie o tym pomyślę, to… Jednak zauważyłam, że pies bardzo dużo zmienia. Nie skupiam się tak na sobie i swoim bólu. Jestem pogodniejsza, jest we mnie więcej pozytywnych emocji. Czuję się odpowiedzialna za żywą istotę i muszę trzymać się w kupie, żeby się nią opiekować. Chciałabym taka być na co dzień.

Wczoraj udało mi się dokończyć pisanie pierwszego rozdziału „Walcząc o życie”, bo taki roboczy podtytuł nadałam wspomnieniom z terapii u pana M.

A tak się wczoraj relaksowałyśmy.

Podziel się!

909 – niedoszłe wolne

Z powodu konserwacji instalacji elektrycznej, spółdzielnia zapowiedziała przerwę w dostępie do internetu dziś od ósmej rano do czasu, aż zakończą prace. Mrówek zaproponował, żebyśmy w takim razie pojechali do lasu. Pogoda piękna, słońce grzeje, żal siedzieć w domu. Ucieszyłam się na myśl o wolnym dniu spędzonym na łonie natury. I dupa. Prace konserwacyjne trwały godzinę i o dziewiątej wszystko z powrotem zaczęło działać.

Od rana siedziałam nad wspomnieniami z terapii, którym nadałam wstępny tytuł „Walcząc o życie”. W dwie godziny udało mi się napisać kilka zdań. Wiecie co, to chyba jest jeszcze zbyt świeże. Rany nie przestały krwawić. Tak bardzo boli mnie pisanie tej książki, że mam ochotę płakać. Ryczeć jak małe, porzucone dziecko, które rozpaczliwie krzyczy „Mamo! Mamo, gdzie jesteś?”, ale nie zdaje sobie sprawy z tego, że nie doczeka się odpowiedzi. Że mama nie wróci. Że opuściła na zawsze. Na wieki wieków.

Tak bardzo brakuje mi pana M. Jestem roztrzęsiona. Jestem zdesperowana. Wewnętrznie niepogodzona z tym, co zaszło. I choć to ja przerwałam terapię, czuję się opuszczona i porzucona. Tak bardzo tęsknię za tą relacją. Za możliwością rozmowy, otrzymania opieki i zapewnienia poczucia bezpieczeństwa.

Opisuję początki terapii. Pierwszy miesiąc, pierwsze spotkania. I tak bardzo chciałabym cofnąć czas. Móc znów zaczynać. Być na początku drogi, którą dotarłam już do celu. Przepełnia mnie poczucie straty i braku czegoś arcyważnego. Czegoś, co dodawało mi sił i odwagi, by żyć.

Podziel się!