926 – bez terapii jak bez ręki

Kiedy pan M. chciał ustalić termin zakończenia, a ja się przeciw temu buntowałam, powiedział, że i tak długo bez terapii nie wytrzymam. Według niego, po naszym ostatnim spotkaniu, szybko znajdę sobie nowego terapeutę. Wtedy wydawało mi się to nie do pomyślenia. Jakże mogłabym zaufać komuś innemu? Zaczynać wszystko od początku? Do tej pory nie mieści mi się to w głowie, ale…
Prawda jest taka, że nie mogę, nie potrafię żyć bez wsparcia. Bez spotkań ze specjalistą, który mówi, co jest normalne, a co chore. Który nieustannie przypomina mi, jakie są moje cele i że wcale nie chcę umierać. Bez tego zaczynam się gubić w gąszczu starych mechanizmów działania i schematów myślenia. Już teraz tak trudno pamiętać mi o tym, że od autodestrukcji mam się trzymać z daleka. Nastroje depresyjne wróciły i nie biorą jeńców. Podrzynają gardła każdej zdrowej myśli.

Nie mam siły pracować. Wzbijam się na wyżyny, żeby przetrwać kolejny dzień grzebania w kodzie. A i tak większość czasu siedzę ze łzami w oczach. Powinnam być wdzięczna, że mam taką pracę – dobrze płatną, ze stosunkami koleżeńskimi, z domu, bez kontaktu z klientem. I niby jestem, a tak bardzo nie mam siły na zawodowe obowiązki.

Próbuję skontaktować się z dr T. Ale konsekwentnie milczy. Mimo że nie pisałam epopei, żeby mnie pocieszał. Chciałam się po prostu umówić na wizytę.

Coraz częściej zastanawiam się, czy nie odnowić kontaktu z dr C., kolegą dr T. On jest jednocześnie psychoterapeutą. Tylko, czy to coś da? Czy naprawdę chcę zaczynać wszystko od początku? A, co gorsza, narażać się na kolejne pożegnanie? Teraz, gdy już wiem, jak to boli, jak ogromne cierpienie za sobą niesie. Czy potrafiłabym się jeszcze do kogoś zbliżyć, tak, jak do pana M.? Nie wiem…

Jadę na lorazepamie. Inaczej nie potrafię. Wybuchy agresji uderzają z siłą tajfunu. Jakby chciały zniszczyć wszystko, co napotkają na swojej drodze. A z drugiej strony paraliżuje mnie niemoc, rozpacz i bezsilność.
Mam ochotę wybiec na ulicę i krzyczeć „kto mnie przygarnie? Kto się mną zaopiekuje?”. I z tych pragnień zostaje tylko pustka. I niechciane łzy w oczach.

Fizia jest u mnie do jutra. Ciocia dzwoniła do Mrówka i zgodził się na te kilka dni. Ale szczerze? Nawet obecność tego psiaka nie jest w stanie trzymać mnie na powierzchni. Wczoraj łapałam się na myślach, że wolałabym, żeby jej tu ze mną nie było.

Myślałam, że z czasem będzie lepiej, łatwiej. Ale, jak zwykle, się przeliczyłam. Zaczyna do mnie boleśnie docierać, że to nie przerwa, a prawdziwy koniec. Że już nigdy, przenigdy się nie spotkamy. Mam ogromną ochotę do niego napisać i powiedzieć, jak bardzo sobie nie radzę. Jak bardzo mi go brakuje, jak tęsknię i jak autodestrukcja znowu chce mnie wchłonąć. A ja przecież nie mam wystarczająco sił, żeby się jej przeciwstawić. To dlatego skasowałam jego numer telefonu. Wiem, że by nie odpisał. A ja obiecałam, że tamta długa wiadomość pożegnalna, jest ostatnią. I zamierzam słowa dotrzymać.

Wiem, że jestem sama za siebie odpowiedzialna i tylko ja mogę sobie pomóc. Ale…
Do kurwy nędzy, czy ktoś mnie przed samą sobą uratuje?!

Podziel się!

920 – moja osobista wojna

Kiedyś myślałam, że to, co wypracuję na terapii, będzie mi dane raz na zawsze. Rzeczywistość jednak okazała się mniej optymistyczna niż moje założenia. Pan M. często powtarzał mi, że chwiejność emocjonalna będzie mi towarzyszyć zawsze, a i kryzysy nie przestaną się pojawiać. Leczenie miało nauczyć mnie z tym funkcjonować i odpowiednio reagować, chociażby poprzez powstrzymywanie się od działań autodestrukcyjnych.

Wiele lat nie potrafiłam się z tym pogodzić, bo zaczynając terapię, oczekiwałam, że uwolni mnie ona od wszelkich złych pokus, przymusów krzywdzenia i niszczenia siebie aż do całkowitej anihilacji. W końcu jednak musiałam uznać, że to, co napisałam w opisie tego bloga, będzie ze mną do końca moich dni.

Borderline, depresja, autoagresja, tendencje samobójcze – z tym walczę na co dzień. Wygrana? Życie.

Bo choćby nie wiem, jak długo było dobrze, to zawsze wróci. I ja wiem, że wracać będzie.

Często wyznawałam terapeucie, że mam silne myśli samobójcze. Że czuję przymus powieszenia się lub podcięcia sobie żył. Ale jeszcze częściej przyznawałam, że nie chcę umierać. Ta wisząca nade mną śmierć i oplatająca szyję pętla to moje przekleństwo. I choć tak bardzo pragnęłam zostać uratowana, zrozumiałam, że nikt tego za mnie nie zrobi. To moja walka. Moja osobista wojna na wielu frontach. Wojna na śmierć i życie, w której stawką jest kolejny dzień. I tak długo jak będę walczyć, będę wygrana. Bo trzymam się tego życia kurczowo, wbijając pazury w jego kruche ciało. I choć ucieka ode mnie nieustannie, ja niestrudzenie biegnę za nim, próbując wyszarpać z niego, ile się da. Bo tak naprawdę, kocham to życie. Tylko czasem nie potrafię o tym pamiętać.

Podziel się!