983 – flashback starego życia

Wczorajszy dzień to był jakiś koszmar! Czułam się fatalnie. Nie tylko psychiczne, ale i fizycznie. Nie miałam siły wysiedzieć przed komputerem i pracować. Oprócz tego co chwilę wybuchałam płaczem. To ten ból wewnętrzny, to cierpienie, wyciskały ze mnie łzy. Wzięłam lorazepam. Nieco się uspokoiłam i pracowałam dalej. Ale nadeszła w końcu chwila, że wszystko straciło sens, a ja chciałam tylko uciec w sen. Tak też zrobiłam. Poszłam się położyć do sypialni. Wtedy przyszedł Mrówek i zapytał, czemu nie pracuję, skoro za kilka dni jedziemy na urlop. Odpowiedziałam, że bardzo źle się czuję. A może nie? Może leżałam, wpatrzona w ścianę i się nie odezwałam? Nie pamiętam…

W każdym razie Mrówek się zdenerwował i powiedział, że znowu się zaczyna. Że miesiąc był spokój, a teraz będzie to, co było – leżenie w łóżku, cięcie, ćpanie benzo i zapijanie alkoholem, szpital. Totalnie wyprowadziło mnie to z równowagi. Zaczęłam płakać. Żałośnie zawodzić. No, bo jak to? Przecież czułam się taka pokrzywdzona! Znowu chętnie wślizgnęłam się w rolę niezrozumianej przez nikogo ofiary. I wtedy zaczęło się na dobre. Gdy Mrówek wyszedł z pokoju, poziom złości wzrósł do tego poziomu, że zaczęłam uderzać pięściami w głowę. Chciałam ją rozwalić! Myśli samobójcze pojawiły się nie wiadomo skąd. Myśli tak silne, że gdybym była sama w domu, zapewne bym się powiesiła. Tak okropnie chciało mi się ciąć, że płakałam z tęsknoty za żyletką. Z tęsknoty za terapeutą, bo oczywiście automatycznie pojawiło się we mnie przekonanie, że jestem mała, biedna i nieporadna. Że sama nie dam sobie z tym wszystkim rady. Że potrzebuję pomocy terapeuty. Że muszę wrócić do pana M.

W chwilach, gdy ten atak nieco odpuszczał, próbowałam się sobie przyjrzeć, zrozumieć, co się ze mną dzieje. Skąd się to wzięło i dlaczego było tak silne?

Wzięłam drugie dwa i pół miligrama lorazepamu. Dopiero ta kolejna tabletka sprawiła, że nieco się uspokoiłam. Jeszcze trochę próbowałam pracować, ale mi nie szło. Ostatecznie poszłam spać o jakiejś dwudziestej czy dwudziestej pierwszej. Wstałam o czwartej trzydzieści.

Teraz dochodzi piąta, a ja siedzę przed komputerem z kawą i Yerba mate. Dziś już spokojna, gotowa do pracy, uprzednio chcąc nadgonić z akceptowaniem poprawek korektora.
Wczoraj przeprosiłam Mrówka za swoje zachowanie, pogodziliśmy się, po czym znów zaczęłam robić to samo. Nie powiem, przestraszyłam się. Na myśl, że tak mogłoby być znowu, na stałe, przeraża mnie. Nie chcę przecież ranić i krzywdzić ani bliskich, ani siebie. Skąd więc wziął się ten atak? Ten flashback starego życia?

Ta sytuacja pokazała mi, że wciąż muszę być nieustannie czujna i uważna na to, co się ze mną dzieje. Na pojawiające się we mnie emocje. Bo wystarczy chwila, żeby to całe bagno wróciło. A przecież ono już do mnie pasuje. Już taka nie jestem. Nie chcę taka być.

Podziel się!

955 – powrót do żywych?

No, dobra. Trzy dni z dupy, w większości przespane. Cięcie było, plany powieszenia również. Była wiadomość do pana M. i chęć rezygnacji ze wszystkiego. Było morze łez. Dziś pobudka o piątej rano, by znów zacząć żyć.

Siedzę nad tekstem wystąpienia na spotkaniu ze studentami psychiatrii WUM. Mam na razie dziesięć stron A4 na komputerze i nie ma najmniejszej szansy, żebym to wszystko powiedziała z pamięci. Mam nadzieję, że zerkanie na kartki nie zostanie źle odebrane.

Próbuję się jakoś uspokoić. Pogodzić się z tym, że relacja z panem M. dobiega końca. Dzwoniłam w piątek do poradni. Pan T. pracuje w niej tylko do końca maja i odchodzi. Będzie przyjmował tylko w prywatnej praktyce. Nie chcieli mi jednak podać żadnych szczegółów. Pomyślałam sobie „okej, napiszę do niego”. Oczywiście nie odpisał. Także zostaję bez lekarza. Mam leki na miesiąc a potem… Jestem na siebie tak okropnie wściekła. Że doprowadziłam do ostateczności tak wspaniałego lekarza, po, kurwa, siedmiu latach nie wytrzymał. I nie chce mieć ze mną nic wspólnego. Straciłam wspaniałego lekarza i zostałam bez żadnego.

Wczoraj wzięłam ostatnią tabletkę lorazepamu. Naprawdę próbuję się jakoś ogarnąć, ale mam wrażenie, że choć idę pod górę, w statecznym rozrachunku szybciej jednak zjeżdżam.

Mój drogi umyśle, daj mi trochę wytchnienia. I pozwól wywiązać się z obowiązków, których się podjęłam.

Podziel się!

954 – kolejna wiadomość

Wczoraj wieczorem byłam już w takim stanie, że po łyknięciu pięciu miligramów lorazepamu, nie mogłam ze sobą wytrzymać.

Po dłuższej przerwie znów wysłałam kolejną, rozpaczliwą wiadomość do pana M. Zdając sobie sprawę z tego, że był piątkowy wieczór, napisałam, że może ją zignorować. Choć tak bardzo potrzebuję jakiegokolwiek kontaktu z jego strony. Przypomnienia, że jest na tym świecie ktoś, komu mój los nie jest obojętny. Jest rodzina, wiem. Jest i Mrówek, ale on twierdzi, że moje zaburzenia to moja wina. Dziwi się i denerwuje, że nie mogę zachowywać się normalnie. Że zalewają mnie tak wielkie fale emocji, z którymi nie umiem sobie poradzić. Kończę terapię? W porządku. Powinnam więc spotkać się z terapeutą te kilka ostatnich razy, po czym podziękować, grzecznie się pożegnać, zamknąć za sobą ten rozdział i żyć normalnie. No, żeż kurwa, że też wcześniej nie wpadłam na to banalne rozwiązanie.

Wstałam o szóstej. Od razu siadłam do pracy – ze łzami w oczach i nieprzytomnym z bólu wzrokiem. Tak bardzo chcę się skrzywdzić. Najlepiej ostatecznie, albo chociaż pociąć. By choć przez chwilę móc skupić się na bólu innym niż psychiczny.

Jestem rozwalona na kawałki. Wyjebana z kapci. Coś we mnie w środku na przemian krzyczy wniebogłosy i żałośnie płacze. Znów to poczucie końca życia. Poczucie, że dalsze trwanie na tym świecie nie jest możliwe. Poczucie osamotnienia i porzucenia. Zostawienia samej na pastwę losu. Znów jestem tym małym, cierpiącym, osamotnionym dzieckiem, które krzyczy i błaga o pomoc, ale każdy przechodzi obojętnie, a co któraś osoba splunie na mnie z pogardą. Przecież to ciało jest dorosłe, wymaga się od niego dorosłego zachowania. Nikt mi nie pomoże. Znikąd nie przyjdzie ratunek. Uratować mogę się tylko ja sama. Ale nie potrafię. Nie umiem nawet chcieć. Mały, samotny, rozhisteryzowany gówniarz, dla którego jedyną nadzieją jest śmierć.

Podziel się!

929 – osamotniona

Błagam każdego specjalistę po kolei o pomoc. Że już nie mogę. Że myśli przeradzają się w plany. Że autoagresja, autodestruckcja. Że nie daję sobie rady. Błagam, krzyczę: Niech mi ktoś pomoże! Nie daję już rady sama.

Ale dociera do mnie tylko głuche echo ich milczenia i obojętności.

Podziel się!

926 – bez terapii jak bez ręki

Kiedy pan M. chciał ustalić termin zakończenia, a ja się przeciw temu buntowałam, powiedział, że i tak długo bez terapii nie wytrzymam. Według niego, po naszym ostatnim spotkaniu, szybko znajdę sobie nowego terapeutę. Wtedy wydawało mi się to nie do pomyślenia. Jakże mogłabym zaufać komuś innemu? Zaczynać wszystko od początku? Do tej pory nie mieści mi się to w głowie, ale…
Prawda jest taka, że nie mogę, nie potrafię żyć bez wsparcia. Bez spotkań ze specjalistą, który mówi, co jest normalne, a co chore. Który nieustannie przypomina mi, jakie są moje cele i że wcale nie chcę umierać. Bez tego zaczynam się gubić w gąszczu starych mechanizmów działania i schematów myślenia. Już teraz tak trudno pamiętać mi o tym, że od autodestrukcji mam się trzymać z daleka. Nastroje depresyjne wróciły i nie biorą jeńców. Podrzynają gardła każdej zdrowej myśli.

Nie mam siły pracować. Wzbijam się na wyżyny, żeby przetrwać kolejny dzień grzebania w kodzie. A i tak większość czasu siedzę ze łzami w oczach. Powinnam być wdzięczna, że mam taką pracę – dobrze płatną, ze stosunkami koleżeńskimi, z domu, bez kontaktu z klientem. I niby jestem, a tak bardzo nie mam siły na zawodowe obowiązki.

Próbuję skontaktować się z dr T. Ale konsekwentnie milczy. Mimo że nie pisałam epopei, żeby mnie pocieszał. Chciałam się po prostu umówić na wizytę.

Coraz częściej zastanawiam się, czy nie odnowić kontaktu z dr C., kolegą dr T. On jest jednocześnie psychoterapeutą. Tylko, czy to coś da? Czy naprawdę chcę zaczynać wszystko od początku? A, co gorsza, narażać się na kolejne pożegnanie? Teraz, gdy już wiem, jak to boli, jak ogromne cierpienie za sobą niesie. Czy potrafiłabym się jeszcze do kogoś zbliżyć, tak, jak do pana M.? Nie wiem…

Jadę na lorazepamie. Inaczej nie potrafię. Wybuchy agresji uderzają z siłą tajfunu. Jakby chciały zniszczyć wszystko, co napotkają na swojej drodze. A z drugiej strony paraliżuje mnie niemoc, rozpacz i bezsilność.
Mam ochotę wybiec na ulicę i krzyczeć „kto mnie przygarnie? Kto się mną zaopiekuje?”. I z tych pragnień zostaje tylko pustka. I niechciane łzy w oczach.

Fizia jest u mnie do jutra. Ciocia dzwoniła do Mrówka i zgodził się na te kilka dni. Ale szczerze? Nawet obecność tego psiaka nie jest w stanie trzymać mnie na powierzchni. Wczoraj łapałam się na myślach, że wolałabym, żeby jej tu ze mną nie było.

Myślałam, że z czasem będzie lepiej, łatwiej. Ale, jak zwykle, się przeliczyłam. Zaczyna do mnie boleśnie docierać, że to nie przerwa, a prawdziwy koniec. Że już nigdy, przenigdy się nie spotkamy. Mam ogromną ochotę do niego napisać i powiedzieć, jak bardzo sobie nie radzę. Jak bardzo mi go brakuje, jak tęsknię i jak autodestrukcja znowu chce mnie wchłonąć. A ja przecież nie mam wystarczająco sił, żeby się jej przeciwstawić. To dlatego skasowałam jego numer telefonu. Wiem, że by nie odpisał. A ja obiecałam, że tamta długa wiadomość pożegnalna, jest ostatnią. I zamierzam słowa dotrzymać.

Wiem, że jestem sama za siebie odpowiedzialna i tylko ja mogę sobie pomóc. Ale…
Do kurwy nędzy, czy ktoś mnie przed samą sobą uratuje?!

Podziel się!