12 – w końcu napisałam kilka zdań!

Nie wiem, chyba należy to rozpatrywać w kategorii cudów, bo, po miesiącu, dzisiaj w końcu udało mi się siąść do „Walcząc o życie”. Sukces!

Ostatnio, po długiej, wielotygodniowej walce z myślami, wysłałam maila do pana M. Wahałam się, bo nie rozmawialiśmy na temat kontaktu po zakończeniu terapii, a terapeuci psychodynamiczni są raczej sceptycznie do tego nastawieni. Opisałam to, co dzieje się w moim życiu. Zmiany, które we mnie zaszły. Podziękowałam za to, co dla mnie zrobił, jak bardzo mi pomógł.
Doczekałam się nawet odpowiedzi. Mój były terapeuta napisał, że cieszy się z tego, jak układam sobie życie. Że miło czytać moje słowa. Dodał, że efekty terapii widać dopiero po jej zakończeniu, dlatego rzadko się o nich dowiaduje.
Po otrzymaniu wiadomości zwrotnej znów zatęskniłam za tą relacją. Jakoś mnie nosiło i nie umiałam sobie znaleźć miejsca. Choć teraz, pół roku po rozstaniu, bardzo rzadko myślę o panu M., czasem jeszcze odzywa się tęsknota i poczucie straty ważnej relacji. Ale myślę, że to normalne. W końcu przegadaliśmy kilkaset godzin, spotykaliśmy się regularnie sześć lat. Trudno byłoby tak po prostu wymazać to z pamięci.

Wciąż żyje mi się dobrze. Czasem nieco bólu sprawia mi natłok przykrych emocji z przeszłości, które dalej ze mnie wychodzą. Ale nie dezorganizuje to mojego życia i funkcjonowania. Niezmiennie pozostaję aktywna. Nie narzekam na brak zajęć, tylko na brak wolnego czasu, podczas którego mogłabym pisać albo usiąść pod kocem z książką i zanurzyć się beztrosko w lekturze. Ale jestem wdzięczna za to, co mam, co robię. Za każdą aktywność, która sprawia, że zasypiam z poczuciem zrobienia czegoś ważnego lub potrzebnego.

Poniżej wrzucam nagranie z live’a o borderline zorganizowanego przez Fundację Wielogłosu.

Podziel się!

10 – plany

Na swojej stronie autorskiej napisałam, że „mam dużo marzeń i planów”. O, tak! Mam ich pełno. I mam świadomość, że marzenia same się nie spełniają. Trzeba działać i walczyć, by stały się rzeczywistością.

Powolutku zdobywam wiedzę na temat fundacji i jej założenia. Napisałam również wstępny szkic statutu. Ale nic na hurra, to musi być przemyślane działanie.

Za planami założenia fundacji idzie również chęć podjęcia studiów psychologicznych. Myślę, że psychologia kliniczna bardzo by mi pomogła w dobrym prowadzeniu rzeczonej fundacji i portalu zPogranicza.pl.
I tu właśnie pojawił się zgrzyt między mną, a Mrówkiem. On był zdecydowanie przeciwny moim planom powrotu do nauki. Uważał, że biorę na siebie za dużo i to nie może skończyć się dobrze. Cóż, przez te piętnaście lat znajomości poznał mnie na wylot. Przez co dla niego oczywistym jest, że skoro teraz jest dobrze, w końcu nadejdzie kryzys, a ja po raz kolejny wyląduję na oddziale zamkniętym. Zresztą… moje studiowanie filozofii, a potem dwukrotne rozpoczynanie studiów pedagogicznych nie skończyło się dobrze. Za każdym razem przychodził tak poważny kryzys, że musiałam rezygnować z nauki.
Wiem, że Mrówek i rodzina patrzą na mnie przez pryzmat swojej wiedzy o mnie, przez doświadczenia moich hospitalizacji, prób i tendencji samobójczych, epizodów depresyjnych. Mam świadomość, że pięć miesięcy to zbyt krótki czas, by powiedzieć jednoznacznie, że mogę bezpiecznie zacząć studia. Dlatego Mrówek zaproponował kompromis.

W 2011 roku dr Mary Zanarini przeprowadziła szczegółowe badania na temat uleczalności borderline. Za kryteria wyleczenia przyjęła dwa lata bez symptomów oraz dobre funkcjonowanie zawodowe i społeczne. I takie kryteria zostały również przyjęte przez Mrówka. Jeśli w ciągu dwóch lat (właściwie to roku i siedmiu miesięcy, bo minęło już pięć miesięcy) nie będę miała załamania, epizodu depresyjnego, nie wrócę do autodestrukcji i autoagresji, Mrówek i moja rodzina nie będą mieć nic przeciwko moim studiom. Przystałam na ten kompromis bez zbędnego zwlekania, bo uważam, że jest on bardzo racjonalny i rozsądny.
Trzymajcie więc kciuki, bo muszę wytrzymać jeszcze półtora roku bez „odpierdalania”, jak Mrówek zwykł nazywać moje jazdy, hehe. Jeśli wszystko będzie dobrze, w kwietniu 2023 wezmę udział w rekrutacji.

Oprócz tego przygotowuję się do dużego projektu, o którym już wspominałam. Na razie rozmawiam ze specjalistami, pozyskuję osoby do współpracy. Jeszcze nie zdradzam żadnych szczegółów, bo jest na to za wcześnie.

Za tydzień premiera „Dwóch słów”. Już myślę o wydaniu „Granic obłędu”. Powolutku też przybywa znaków w „Walcząc o życie”.

Nareszcie czuję, że moje życie ma sens. Że mam na nie realny wpływ. Całą tę trudną przeszłość zostawiłam za sobą. Już jej nie rozpamiętuję. Co było, to było. Jakby nie patrzeć, dzięki niej jestem tu, gdzie teraz. Skupiam się na teraźniejszości i przyszłości, bo to one są ważne i to je mogę kształtować tak, jak chcę. A chcę od życia dużo, ale pragnę również wiele dawać innym.

Podziel się!

7 – psychoterapia jest jak…

Od zakończenia relacji z panem M. minęło cztery i pół miesiąca. I wiecie, co? Przestałam tęsknić. Przestało mi brakować sesji. Dojrzałam do samodzielnego życia, które okazało się trudne, ale jednocześnie fascynujące i przynoszące dużo satysfakcji. To, że potrafię sobie samodzielnie radzić z emocjami, nie ulegać patologicznym schematom, że w końcu po tylu latach potrafię działać wbrew złemu samopoczuciu, że umiem się zatrzymać i nie pogłębiać negatywnych stanów emocjonalnych jest naprawdę powodem do ogromnego zadowolenia z siebie.

Pisanie wspomnień z terapii sprawia, że przypominam sobie różne sytuacje, rozmowy, wydarzenia. Ale nie rani mnie to. Wręcz przeciwnie. Dominuje we mnie nostalgia – niby smutek, a jednak przynoszący swego rodzaju przyjemność.

Cały okres terapii wychodziłam z założenia, które gdzieś kiedyś przeczytałam, że terapia powinna skończyć się wtedy, gdy pacjent przestaje potrzebować terapeuty. Kiedy usłyszałam, że mamy kończyć i choć ten proces trwał blisko rok, nie potrafiłam się z tym pogodzić. Usilnie twierdziłam, że to za wcześnie, że nie jestem gotowa. Że sama sobie nie poradzę. Słowa pana M.:
– Czyli terapia nic pani nie dała.
spowodowały ogromny ból. Przecież to nie było tak, że mi nie pomógł, że…
I dopiero po jakimś czasie od rozstania, gdy emocje nieco osłabły i nabrałam odpowiedniego dystansu, okazało się, że jednak byłam gotowa na koniec. W czasie tych sześciu lat zyskałam zasoby umożliwiające mi samodzielne życie, ale lęk przed rozstaniem nie pozwalał mi tego dostrzec. Łatwiej było mi rezygnować z odpowiedzialności za własne życie i próbować przerzucić ją na terapeutę. Bo samodzielne życie wymaga wysiłku, odwagi, podejmowania pewnej dawki ryzyka i wzięcia na siebie ciężaru odpowiedzialności.

Paradygmat psychodynamiczny zakłada, że udana terapia trwa całe życie. W czasie spotkań z terapeutą wzmacnia się ego i rozwija ego obserwujące. I przecież nie chodzi o to, by podczas terapii rozwiązać wszystkie swoje problemy. Bo życie dostarcza wciąż nowych kłopotów. Chodzi o to, by nauczyć się je samodzielnie rozwiązywać. By nauczyć się sobie radzić w sytuacjach kryzysowych, łagodzić wewnętrzne konflikty. I właśnie tę umiejętność wyniosłam ze swojego procesu leczenia.

Psychoterapia zaczęła mi się kojarzyć z popularną metodą nauki jazdy na rowerze. Dziecko wsiada na rower, a opiekun pomaga mu zachować równowagę, trzymając przytwierdzony do roweru drążek. Dziecko ma wrażenie, że jeździ, choć tak naprawdę większość pracy wykonuje dorosły. I nagle drążek zostaje puszczony. Malec jedzie dalej, choć zapewne przewróci się, gdy zobaczy, że już nikt mu nie pomaga. Ale po wywrotce wsiada znów na rower i odbywa pierwszą samodzielną jazdę. Rolą dorosłego jest nie tylko pomoc w zachowaniu równowagi, ale również wsparcie i wzmocnienie wiary we własne możliwości.

Podziel się!

6 – zmiana perspektywy

Ostatnio mam trudniejszy czas. Nie gorszy, ale trudniejszy właśnie. Kiedyś w takiej sytuacji uważałabym, że czuję się koszmarnie, że straciłam kontrolę, że jestem w kryzysie. Pewnie nawet dodałabym, że w dużym kryzysie. Płakałabym i leżała w łóżku. Roztkliwiałabym się nad sobą, wchodziła w rolę ofiary i zrezygnowała ze wszystkiego. Piłabym, prawdopodobnie uciekłabym się również do działań autoagresywnych. A jak jest teraz?

Zmieniłam punkt widzenia. Perspektywa odwróciła się o sto osiemdziesiąt stopni. Nie uważam tego stanu za kryzys, a wyzwanie. Kłębi się we mnie wiele trudnych emocji – złość, rozpacz, rezygnacja, bunt, smutek. Ale nie traktuję tego jak zagrożenia. Rozumiem, że trudne emocje wpisane są w życie. Nie tłumię ich, nie wypieram i nie walczę z nimi. Wiem, że można je przetrwać i nie trzeba się im poddawać. Normalna, codzienna aktywność jest jak najbardziej możliwa. Wypełnianie obowiązków mnie nie przerasta. Jest trudno, owszem, ale skupiając się na tym, co jest do zrobienia, można to przetrwać.

Chciałabym porozmawiać z panem M. W tym okresie znów tęsknię za spotkaniami z nim. Ale wiem, że dam sobie radę sama. Że mam odpowiednie zasoby, umiejętności i narzędzia, by samodzielnie przetrwać ten czas. Wiem, że jestem odpowiedzialna za siebie i to, jak wygląda moje życie. Już nie muszę przerzucać tej odpowiedzialności na innych, choć, nie ukrywam, że najchętniej bym to zrobiła. Na chwilę oddała komuś władzę nad sobą i emocjonalnie wróciła do czasów wczesnego dzieciństwa. I myślę, że to nie jest objaw chorobowy. Chyba każdy miewa takie pragnienia. Kluczem nie są te skryte chęci, ale to, co w takiej sytuacji się zrobi. Ulegnie im czy zadziała wbrew tym mechanizmom.

Kiedyś wypisywałabym do pana M. SMS-y, jak bardzo sobie nie radzę. Jak bardzo pragnę uciec w autodestrukcję. Takie myśli mi towarzyszą, ale myśli są tylko myślami. Potrafię się im oprzeć i robić swoje. Robić to, co do mnie należy. To, co jest dla mnie dobre.

Myślę sobie „okej, jest ci trudno i nie czujesz się najlepiej, ale czy to powód, by olać wszystko i rzucić się na łóżko, użalając nad sobą”? No, nie.

Od jakiegoś czasu praca nad sobą i przełamywanie starych schematów są trudne. Ale nie tracę zapału. Nie tracę wiary w to, że z czasem będzie nieco łatwiej. Że każde działanie wbrew chorym mechanizmom utrwala zdrowe zachowania. Każda podejmowana aktywność mimo trudnym stanom emocjonalnym zbliża mnie do zdrowia. Każde powiedzenie sobie „nie”, gdy ciągnie w złą stronę lub właśnie „tak”, gdy jest chęć, by odpuścić i pieprzyć wszystko, wzmacnia mnie. Utwierdza w przekonaniu, że pan M. miał rację i mam wpływ na to, jak wygląda moje życie, a za samopoczuciem nie musi iść zachowanie. Mogę czuć się gorzej, ale przez podejmowanie aktywności, wypełnianie obowiązków i robienie dla siebie tego, co dobre, nie pogłębiam tego stanu. Nie zatracam się w swoim cierpieniu i nie uciekam. Nie chowam się w swoim świecie. Nie izoluję się. Jestem „tu i teraz”. I stawiam czoła rzeczywistości.

Podziel się!

5 – czy gorszy dzień jest normalny?

Dziś mam paskudny dzień. Trudno jest mi się zmotywować do czegokolwiek. Chce mi się płakać, rzucić wszystko i iść spać. Czy to normalne? Tak.

Zakończenie terapii nie jest magicznym momentem, w którym znikają wszystkie problemy i rozpoczyna się beztroskie, szczęśliwe życie. To nie chwila, w której kończy się praca nad sobą. Wręcz przeciwnie. Pożegnanie się z terapeutą to zakończenie etapu wspólnej pracy i rozpoczęcie samodzielnej. To pójście w świat z rozwiniętym do tego stopnia ego obserwującym, które umożliwia samoobserwację i autokorektę swojego nieadaptacyjnego zachowania. Schematy mają to do siebie, że raz wykształcone zostają z nami do końca. Dzieje się tak dlatego, że pierwotne ścieżki neuronalne nie ulegają zatarciu. Jednak poprzez nowe zachowania wytwarzają się ścieżki równoległe. Zawsze istnieje ryzyko powrotu do starych mechanizmów, ale powtarzanie adaptacyjnych schematów wzmacnia je. Dlatego też życie, nawet to po zakończonej terapii, to nieustanna walka z sobą. Zauważam to u siebie bardzo wyraźnie. Kiedy coś się dzieje, w pierwszym odruchu uruchamiają się chore schematy. Jednak dzięki temu, że moje ego obserwujące działa o wiele lepiej niż kiedyś, potrafię się zatrzymać i przyjrzeć swojej reakcji. Drugim, trudnym krokiem po uświadomieniu sobie aktywnego mechanizmu jest zadziałanie wbrew niemu, w sposób adaptacyjny. Nie ukrywam, że to wymaga ode mnie najwięcej wysiłku. Racjonalna część mnie wie, co należy zrobić lub czego nie robić, ale emocjonalnie coś się we mnie buntuje.
– Masz prawo się tak zachować! Zrób to! – krzyczy i namawia, by wejść w rolę bezbronnej, zranionej ofiary.
Oparcie się temu zabiera mi nieco czasu i kosztuje mnie wiele wysiłku. Ale w większości sytuacji udaje mi się wygrać. Często w pierwszej chwili ulegam, ale po chwili reflektuję się i koryguję swoje zachowanie.

Wracając do pytania z początku. Czy paskudny dzień, który wydaje się być początkiem kryzysu jest normalny? Ponawiam swoją twierdzącą odpowiedź. Gorszy dzień nie jest oznaką choroby. Bo to nie zły nastrój jest objawem zaburzenia, a to, co z tym zrobimy. Musimy pozwolić sobie na gorszy nastrój, nie wypierając negatywnych emocji, nie działając w sposób autodestrukcyjny i nie pogłębiając złego samopoczucia przez nakręcanie się lub izolowanie. Równowaga emocjonalna wróci, jeśli sobie na to pozwolimy.

Podziel się!