991 – magia pisania i moja wygrana

Od trzech dni po obudzeniu się od razu siadam do pisania czwartej części Młodego boga. Znów udało mi się wejść w tryb pisarski. Wieczorem nie mogę się doczekać, kiedy następnego dnia wstanę i znów będę mogła pisać. Obudziła się we mnie twórcza, artystyczna część, która przez długi czas była uśpiona. Co prawda zajmowałam się sprawami okołopisarskimi, jak ostateczne poprawki „Dwóch słów” czy przejrzenie tekstu po pierwszej korekcie, ale to nie to samo. Móc tworzyć coś nowego, to tak wspaniałe uczucie, że uśmiech nie schodzi mi z ust. Znów, po napisaniu choćby strony, czuję, jakby wydarzyło się coś wspaniałego. Czuję, że żyję! I że tego życia nie marnuję.

Opisywanie terapii, oprócz faktu pisania nowej książki, ma jeszcze jedną zaletę. Pomaga mi uświadomić sobie, jak wielki kawał dobrej roboty zrobiłam wraz z terapeutą. Jak długą i trudną drogę przeszłam. Ile tytanicznej pracy włożyłam w to, by być tu, gdzie jestem teraz. By móc samodzielnie i dobrze żyć. By móc wieść „życie warte przeżycia”, posługując się sformułowaniem Marshy Linehan.

Kończąc terapię nie wierzyłam w to, że tak może być. Że jestem gotowa na życie bez terapeutycznego wsparcia. Zupełnie nie wierzyłam w siebie i ogrom zmian, jakie we mnie zaszły. Te dwa miesiące uświadomiły mi, że muszę mieć więcej wiary we własne możliwości. Bo okazuje się, że jestem silną kobietą, potrafiącą stać na własnych nogach. I nawet, gdy zdarza mi się potknięcie pod postacią gorszego (a czasem nawet koszmarnego) dnia lub dwóch, potrafię się podnieść, otrzepać i kroczyć dalej. Iść przed siebie pewnym krokiem, jednocześnie o siebie dbając i spełniając marzenia. Mój obraz siebie jako małej, nieporadnej dziewczynki, którą trzeba się opiekować, okazał się nie być już aktualny. Może i taka byłam, a może to była tylko wygodna i bezpieczna rola? W każdym razie obecnie nijak do mnie nie pasuje. Jestem pewną siebie kobietą, widzącą, czego chce. I, co najważniejsze, a zarazem dla mnie zaskakujące, czuję się naprawdę zdrowa. Zdaję sobie sprawę z tego, że te wszystkie schematy, które udało mi się przełamać przy pomocy pana M. wciąż gdzieś we mnie są, bo one nigdy nie znikną na dobre. Ale potrafię się im opierać i doskonale umiem panować nad swoim zachowaniem (no, dobra, czasem wybuchy złości biorą górę, ale trwają chwilę i nie są skierowane ani we mnie, ani w bliskich). Kiedyś wydawało mi się to niemożliwe i nieosiągalne. A jednak. Mogę panować nad sobą i swoimi reakcjami. Autodestrukcja nie jest mi już do niczego potrzebna. Idę w przyszłość z uśmiechem na ustach i wiarą we własne możliwości. Planuję najbliższą przyszłość i wiem, że jeśli tylko będę chciała, poradzę sobie z realizacją tych założeń. Po tym wszystkim, co przeszłam, jestem zdeterminowana, by żyć i czerpać z tego życia garściami.

I wiecie, co? Wbrew moim założeniom, permanentne cierpienie nie determinuje życia na zawsze. Okazało się, że gdy zaczęłam żyć w zgodzie z sobą, ból wewnętrzny zniknął. I stany depresyjne nie uprzykrzają codzienności. Również nie jestem już tak chwiejna emocjonalnie. Także, pomimo mojej przeszłości i trudnych doświadczeń, nie cierpię już, jestem względnie stabilna, emocje nie biorą góry, potrafię panować nad swoim zachowaniem i już nie bywam, a jestem optymistką. Ta dawna, mocno zaburzona, niedostosowana społecznie i nieporadna życiowo ja odeszła, stała się wspomnieniem. Nowa zaś, wie, czego chce i zamierza po to sięgać z pewnością siebie.

Ten opis bloga: „Borderline, depresja, autoagresja, tendencje samobójcze – z tym walczę na co dzień” jest już nieaktualny. Walka skończona. I choć do końca moich dni będę musiała być uważna na to, co dzieje się ze mną i we mnie, wygrałam z samą sobą. A moją nagrodą jest życie. Życie warte przeżycia.

Żałuję tylko, że nie mogę o tym wszystkim opowiedzieć panu M…

Podziel się!

981 – tracę cierpliwość

Wiem, że nie powinnam, ale powoli tracę do siebie cierpliwość. Jestem nieustannie na granicy płaczu. Nie jakiegoś tam uronienia kilku łez, a histerycznego, żałosnego ryczenia. Wciąż jest mi źle. I choć chwilami udaje mi się wykrzesać z siebie nieco optymizmu, zaraz z powrotem pochłania mnie mrok. Tu już nawet nie chodzi o jakieś ogromne cierpienie, a niewygodę istnienia. Ale nie, nie mam zamiaru i nie chcę się zabijać. Nie o to w tym chodzi. Po prostu marzy mi się zostanie śpiącą królewną, zapadnięcie w błogi, bardzo długi sen. By obudzić się, gdy wszystko wróci do normy.

Mrówek wczoraj powiedział mi, że jest mile zaskoczony tym, jaka jestem po zakończeniu terapii. Że nie odpierdalam, nie zapijam leków uspokajających alkoholem, nie tnę się i nie dramatyzuję. Cóż, samą mnie dziwi, że tak dobrze to znoszę.

Za tydzień, jeśli znów coś nie pokrzyżuje nam planów, jedziemy w końcu na kilkudniowy urlop, przekładany przecież od tak dawna. Odwiedziny u dziadków Mrówka, przy okazji góry. Mamy zrobić ponad tysiąc kilometrów. Nie lubię jeździć samochodem. Kiedyś uwielbiałam, ale lata temu zaczęłam się bać i tak już zostało. Nie wiem, jak zdołam wdrapać się na dwa szczyty, biorąc pod uwagę moją kondycję i to, że po wejściu na drugie piętro mam zadyszkę.

Nałożyłam na siebie swego rodzaju obowiązek optymizmu. Wiary w to, że mogę wszystko, jeśli tylko będę chciała. A bardzo chciałabym, namawiana przez lata przez pana M., iść na psychologię kliniczną. Ale wiem, że nie dam rady. Moja poszatkowana pamięć nie przyswaja żadnej wiedzy. Działa tylko w wersji krótkotrwałej. Zapamiętuję coś na chwilę, po czym ulatuje to w odmęty niepamięci. Nie poradzę sobie na studiach, niestety.

Właśnie redaktorka prowadząca przysłała mi tekst „Dwóch słów” po pierwszej korekcie. Normalnie by mnie to ucieszyło i ochoczo zabrałabym się za czytanie. A dziś? Traktuję to jak przykry obowiązek i wielki trud.

Kurwa, kiedy będzie w końcu normalnie?!

Podziel się!

974 – proces wydawniczy ruszył

Na Facebooku już się chwaliłam, ale tutaj zrobię to jeszcze raz.
Wczoraj wieczorem zrobiłam przelew na konto Wydawnictwa. Dziś wstałam o szóstej i siadłam do nanoszenia ostatnich poprawek. Udało mi się skończyć przed dziesiątą. I nareszcie mogłam wysłać gotowy tekst do Wydawcy. Chwilę później otrzymałam informację, że trafił on do kolejki u korektora.
Szczerze, miałam już dość pracy nad tą książką. Korekta autorska się przedłużała, bo nie znoszę tego robić. A czeka mnie jeszcze jedno czytanie – kiedy tekst wróci z korekty. Oprócz tego muszę napisać teksty promocyjne, czego szczerze nie cierpię. Bleh. Na szczęście mam już streszczenie i wstępny opis.
I tak oto w listopadzie będzie premiera „Dwóch słów”, mojej szóstej książki, a drugiego thrillera psychologicznego.

Co do moich pisarskich planów…

Za jakieś pół roku planuję podpisanie umowy na wydanie „Granic obłędu”. Wtedy premiera trzeciego thrillera byłaby w połowie 2022 roku.

Zamierzam teraz wrócić do pisania czwartej części „Młodego boga z pętlą na szyi” (wciąż nie mogę się zdecydować na podtytuł: „Walcząc o życie” czy „Poskromić borderline”? A może jeszcze inaczej?). Szacuję, że pierwsza wersja będzie gotowa do końca roku (mam nadzieję). Do tego jakieś pół roku redakcji i korekty autorskiej. Przy dobrych wiatrach premiera mogłaby być na koniec 2022 roku.
Myślę również nad poprowadzeniem akcji w „Guru”, do którego też chcę przysiąść.

A oprócz tego chcę zacząć pisać artykuły. Właśnie zaczęłam zbierać materiały do pierwszego. Czas wystartować z działem merytorycznym na blogu.

Tak na marginesie, czuję się chujowo. Jest mi źle, smutno, jestem płaczliwa i marudna. Ale staram się nie poddawać marazmowi. Mam za dużo rzeczy do zrobienia, za dużo tekstów do napisania, by marnować czas na ucieczki w sen.

Podziel się!

973 – mimo wszystko, spokój

Pomimo całej gamy trudnych i nieprzyjemnych emocji, czuję jakiś spokój. Nie spłynął na mnie nagle, raczej przychodził powoli, stopniowo. Nie zauważałam tego, aż uświadomiłam sobie, że nie ma we mnie niepokoju. Nawet, co dziwne, ostatnio w pracy nie puszczają mi nerwy. Nie klnę i nie rzucam myszką, więc Mrówek nie musi przychodzić do pokoju z interwencją:
– Cicho bądź, patusie! – I nie zamyka pospiesznie okien, by sąsiedzi nie słuchali puszczanych przeze mnie wiązanek.
Kiedyś byłam bardzo zahamowana. Dbałam o czystość języka. Nie używałam nie tylko przekleństw, ale i starałam się eliminować kolokwializmy. Kiedy w końcu zaczęłam odczuwać złość i pozwalać sobie na jej wyrażenie, mój język ubarwił się wulgaryzmami. Z czasem weszły one do mojego słownika na dobre, do tego stopnia, że jak nie wtrącę co kilka słów soczystej „kurwy”, radosnego czy rozczarowującego „zajebiście” lub zdecydowanego „ja pierdolę”, jestem chora. Bardzo mnie to denerwuje. Tak dopieszczam swój język pisany, a mowa wygląda jak śmietnik pełen odpadków.

Z informacji pisarskich – nanoszę poprawki na elektroniczną wersję „Dwóch słów”. Mam nadzieję, że wyrobię się przez weekend i w przyszłym tygodniu tekst poleci do wydawnictwa, które w końcu będzie mogło zacząć pracę nad moją kolejną książką.
Kiedy to się stanie, będę mogła nareszcie wrócić do pisania wspomnień z terapii. Lub „Guru”. Albo obu, hehe.
Mam również nadzieję, że wygospodaruję trochę czasu na pisanie artykułów, które mam w planach. A to wszystko, oczywiście, w przerwach od pracy zarobkowej.
Mój czas wolny coraz bardziej się kurczy. Właściwie nie mam go dla siebie. Już nie pamiętam, kiedy ostatnio siadłam beztrosko z książką i mogłam zanurzyć się w świecie przedstawionym przez innego autora. Lub w wiedzy z publikacji naukowych bądź podręczników akademickich.
Nieustannie marzę o tym, żeby móc zająć się pisarstwem całoetatowo. Żeby moje palce uderzały w klawisze, wprowadzając do komputera kolejne słowa, zamiast kodu. Czy to kiedykolwiek nastąpi?

Podziel się!

970 – benzo, piwo, wydanie książki i kolejne konsultacje u pana K.

Wczoraj przespałam praktycznie cały dzień i całą noc. Benzo plus piwo utuliło mnie do snu. Nie dałam rady się powstrzymać od tego autodestrukcyjnego mechanizmu. Cóż, zdarza się…

Dziś mam nieco lepsze nastawienie. Szczypta optymizmu pojawiała się w moim myśleniu. Czy słusznie?

Udało mi się wczoraj skończyć artykuł, a dziś nanieść poprawki. Jutro wysyłam tekst Naczelnemu do akceptacji. A to oznacza, że nareszcie mogę się zabrać za przerwane poprawki „Dwóch słów”.

Kasa od dawna odłożona, przelew ze wspieram.to przyszedł, więc właściwie mogę zapłacić Wydawnictwu, ale czekam z tym aż doszlifuję tekst. Wyślę wszystko razem. Mam nadzieję, że nie zejdzie mi z tym zbyt długo.

Powinnam zająć się pracą, bo w trzy dni przepracowałam jedenaście godzin, ale jakoś nie mogę się zebrać. Wciąż chce mi się płakać, ciepnąć wszystko i mieć wyjebane. Tylko komu zrobię tym na złość? Przecież tylko sobie.

Miałam się skontaktować z panem K. po zakończeniu terapii. Zgodnie z umową napisałam więc.

Panie K., w zeszły czwartek zakończyłam terapię. Miałam napisać na początku czerwca, żeby się umówić na spotkanie. Ale mam straszny mętlik w głowie. Samo rozstanie z terapeutą tym razem przeżyłam w miarę dobrze. Ale wraz z upływem czasu czuję się coraz gorzej. Dodatkowo mam ojca w szpitalu, jest po dwóch operacjach i nie ma poprawy. No i mój partner rozstał się ze mną po 14 latach. Wiele razy się rozstawaliśmy na przestrzeni tych lat, ale żadne z nas nigdy się nie wyprowadziło i wracaliśmy do siebie. On teraz też jeszcze się nie wyprowadził, ale coraz bardziej boję się, że szuka sobie mieszkania i na dniach odejdzie. Ja tego nie przeżyję. Nie wyobrażam sobie życia bez niego. Czuję się coraz gorzej. Zaczęłam mieć mieszane emocje co do rozpoczynania nowej terapii. Może powinnam dać sobie więcej czasu? A z drugiej strony boję się, że zaczyna się kryzys. A kiedy w niego wpadam, robi się niebezpiecznie.

Po kilku godzinach dostałam długą odpowiedź. Pan K. przyznał, że obecnie dużo się dzieje w moim życiu. Wyraził jednak opinię, że przerwa od terapii może mi dobrze zrobić. I ma poczucie, że moje wątpliwości co do zaczynania całego procesu terapii od początku są jak najbardziej zdrowe. Zaproponował również pojedynczą konsultację, żeby omówić na niej, co oznaczałoby dla mnie odejście Mrówka i jak mogłabym reagować na ewentualne konsekwencje tego rozstania. Mielibyśmy się wspólnie zastanowić, co dalej.
Mam ogromną i szczerą nadzieję, że Mrówek mnie nie zostawi, jednak umówiłam się z panem K. na przyszłą środę. Może to pomoże mi sobie nieco poukładać w głowie pewne sprawy.

A dziś popołudniu jadę do szpitala po swoją pierwszą dawkę Pfizera.

Podziel się!