947 – wydaję „Dwa słowa”!

Polecane

No, dobra, mogę Wam już powiedzieć. Otóż… wydaję „Dwa słowa”! Dogadałam się z Wydawnictwem.

Planowana data premiery: przełom października i listopada 2021

Założyłam zbiórkę na wspieram.to. Wspomożecie? Nagrodami dla darczyńców są oczywiście egzemplarze „Dwóch słów”. Zapraszam!

Opis książki:

Kiedy zauroczenie przeradza się w obsesję, miłość staje się destrukcyjna, a nadzieja może zabić.

Kinga, początkująca piosenkarka, po zerwaniu z wieloletnim partnerem, postanawia odezwać się do dawnej, nieszczęśliwej miłości. Kiedy dowiaduje się, że Piotr, obiekt jej nieodwzajemnionych uczuć, jest szczęśliwie żonaty i ma dzieci, mimo wszystko postanawia o niego zawalczyć.

Trzydziestokilkulatka podstępem zdobywa jego adres i bezpardonowo wdziera się do spokojnego życia małżeństwa. Jej uczucie staje się obsesyjne i nie zamierza cofnąć się przed niczym, by osiągnąć swój cel – zdobyć Piotra.

Do czego doprowadzi jej zaborczość? Czy tragedii uda się uniknąć? Odpowiedź na te pytania znajdziesz w najnowszym thrillerze psychologicznym „Dwa słowa”.

Jeśli lubisz silny dreszcz emocji, analizę psychiki bohaterów i lawirowanie między jawą a snem, ta książka jest dla Ciebie!

https://wspieram.to/dwaslowa

Podziel się!

957 – terapia borderline: rozstanie

Na wczorajszej sesji udało mi się poruszyć temat naszego rozstania. Zbierałam się do tego z kwadrans, mówiąc o innych sprawach. Ale w końcu udało mi się z siebie to wydusić.
– Chyba przestałam odbierać zakończenie terapii jako opuszczenie. Ale tylko chyba – podkreśliłam.
Pan M. powiedział, że z jego perspektywy terapia musi się skończyć. Słuchałam tych słów, mentalnie kiwając głową, bo ciało jakoś nie chciało reagować.
– Ja wiem, że pani chciałaby mieć taką stałą i stabilną relację, w której mogłaby pani opowiadać o tym, co się z panią dzieje. Ale ważne jest, żeby znalazła pani taką relację w życiu – mówił, a we mnie pojawił się jakiś bunt.
„Chuj, nie zgadzam się na koniec! Przecież mam taką relację z B.! Skoro więc nawiązałam ją w życiu, spotykajmy się dalej! Nasza relacja nie zastępuje mi tych naturalnych!” – piekliłam się w myślach, ale nie wyartykułowałam tego. W pierwszej chwili chciałam się odezwać, ale szybko doszłam do wniosku, że to nie ma sensu. Nic by to nie zmieniło. Wiedziałam, że decyzja terapeuty jest nieodwołalna.
– Kiedy myślę racjonalnie, wiem, że to nie tak, że po rozstaniu wszystko zniknie. Bo to, co wyniosłam z tej relacji, zostanie ze mną na zawsze – pan M. kiwał głową na potwierdzenie moich słów. – Tylko gorzej, kiedy do głosu dochodzą emocje. Wtedy wydaje mi się, że to koniec świata.
– No, tak. Ale to normalne, że te negatywne emocje się pojawiają. Gdyby tak nie było i cieszyłaby się pani, że to koniec, to oznaczałoby, że nasza relacja była kiepska – próbował mi pokazać tę sytuację z innej perspektywy. To, co mówił, miało dla mnie sens. Tylko niczego nie zmieniło w moich emocjach.
Zostały mi trzy sesje. Niedobrze mi na tę myśl. Ale racjonalnie wiem, że tak musi być. Musi. Tylko czy nie mogłoby być łatwiej? Dlaczego to musi tak boleć? Pogodziłam się z tą decyzją i już nie uważam jej za błąd. Wiem, że tkwienie w tej relacji jest dla mnie wygodne i bezpieczne, ale ja muszę iść przecież naprzód. Myślałam, że dzięki zaakceptowaniu tego rozstania będzie mi lżej. Ale wcale nie jest.

Zdziwiłam się, ale wczorajsze spotkanie z członkami Studenckiego Koła Naukowego Psychiatrii Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego prawie w ogóle mnie nie stresowało. Trwało dwie godziny. Tak na oko, jakieś półtorej opowiadałam o sobie, swojej historii, drodze do diagnozy, tym, czym jest dla mnie borderline czy doświadczeniach z systemem ochrony zdrowia psychicznego w Polsce. Potem jakieś pół godziny odpowiadałam na pytania uczestników. Spotkanie przebiegło w miłej atmosferze, czułam się podczas niego dobrze. Już trochę oswoiłam się z występowaniem online. Gdyby to było spotkanie stacjonarne, chyba nie byłoby tak łatwo, hehe. Ale kiedyś trzeba będzie wziąć to na klatę. Obiecałam to sobie.

Kiedy nagranie ze spotkania zostanie opublikowane, podrzucę Wam linka.

Podziel się!

956 – samotności boję się, jak cholera

Ostatnio sporo myślę o śmierci. Nie swojej, a bliskich. Kiedy w majówkę byliśmy u rodziców, zrobiliśmy z ojcem obchód posesji. Pokazywał mi kwiaty, krzewy, zasadzone drzewa. W pewnym momencie zapytał, czy będę chciała mieszkać w wybudowanym przez nich domu, czy go sprzedam. Zrobiło mi się dziwnie, bo mówił o sytuacji, w której rodzice nie będą już żyć.
Moi bliscy to, oprócz Mrówka, rodzice i ciocia. Z pozostałą częścią rodziny nie utrzymujemy kontaktu, choć, na przykład, brat mamy, a mój chrzestny, jest sąsiadem cioci.
Boję się. Tak bardzo boję się, że zostanę sama. Samotność to coś, co mnie przeraża. Jedna z największych obaw. Moje życie do czasu poznania Mrówka, miałam wtedy dziewiętnaście lat, było naznaczone samotnością. Ogromną i bardzo doskwierającą. Co prawda, otaczali mnie ludzie. Niby miałam znajomych i przyjaciół, ale samotność wypływała z moich trzewi. Może przez poczucie niezrozumienia?
Wiele lat myślałam, że ludzie nie są mi potrzebni. Biorąc pod uwagę moją niechęć do swojego gatunku i odcinanie się od relacji społecznych, można by pomyśleć, że jestem typem samotnika. Ale to nieprawda. Będąc ze sobą sam na sam przez dłuższy czas, chrzani mi się w głowie.
Te refleksje są chyba spowodowane kończeniem terapii. Wizja rozstania z panem M. powoduje, że przychodzą mi do głowy myśli o utracie. To jest tak cholernie trudne. Zostały nam cztery spotkania. Chyba już nie traktuję tego zakończenia jak opuszczenia przez terapeutę. Nie mniej jednak, przeżywam to jako śmierć. Z drugiej strony… jak mam to inaczej odbierać? Przecież już nigdy więcej go nie spotkam. Chyba że przypadkiem w sklepie lub na ulicy, jako że ma gabinet niecały kilometr od mojego mieszkania.
Być może nieco uspokaja mnie też wizja rozpoczęcia nowej terapii po zakończeniu obecnej. Dzięki temu nie mam poczucia, że zostanę bez pomocy. Nie wpływa to jednak na niepokój i poczucie straty spowodowane utratą ważnej relacji. Przeraża mnie to i jest trudne do tego stopnia, że boję się nawet poruszyć ten temat na terapii.

Podziel się!

955 – powrót do żywych?

No, dobra. Trzy dni z dupy, w większości przespane. Cięcie było, plany powieszenia również. Była wiadomość do pana M. i chęć rezygnacji ze wszystkiego. Było morze łez. Dziś pobudka o piątej rano, by znów zacząć żyć.

Siedzę nad tekstem wystąpienia na spotkaniu ze studentami psychiatrii WUM. Mam na razie dziesięć stron A4 na komputerze i nie ma najmniejszej szansy, żebym to wszystko powiedziała z pamięci. Mam nadzieję, że zerkanie na kartki nie zostanie źle odebrane.

Próbuję się jakoś uspokoić. Pogodzić się z tym, że relacja z panem M. dobiega końca. Dzwoniłam w piątek do poradni. Pan T. pracuje w niej tylko do końca maja i odchodzi. Będzie przyjmował tylko w prywatnej praktyce. Nie chcieli mi jednak podać żadnych szczegółów. Pomyślałam sobie „okej, napiszę do niego”. Oczywiście nie odpisał. Także zostaję bez lekarza. Mam leki na miesiąc a potem… Jestem na siebie tak okropnie wściekła. Że doprowadziłam do ostateczności tak wspaniałego lekarza, po, kurwa, siedmiu latach nie wytrzymał. I nie chce mieć ze mną nic wspólnego. Straciłam wspaniałego lekarza i zostałam bez żadnego.

Wczoraj wzięłam ostatnią tabletkę lorazepamu. Naprawdę próbuję się jakoś ogarnąć, ale mam wrażenie, że choć idę pod górę, w statecznym rozrachunku szybciej jednak zjeżdżam.

Mój drogi umyśle, daj mi trochę wytchnienia. I pozwól wywiązać się z obowiązków, których się podjęłam.

Podziel się!

954 – kolejna wiadomość

Wczoraj wieczorem byłam już w takim stanie, że po łyknięciu pięciu miligramów lorazepamu, nie mogłam ze sobą wytrzymać.

Po dłuższej przerwie znów wysłałam kolejną, rozpaczliwą wiadomość do pana M. Zdając sobie sprawę z tego, że był piątkowy wieczór, napisałam, że może ją zignorować. Choć tak bardzo potrzebuję jakiegokolwiek kontaktu z jego strony. Przypomnienia, że jest na tym świecie ktoś, komu mój los nie jest obojętny. Jest rodzina, wiem. Jest i Mrówek, ale on twierdzi, że moje zaburzenia to moja wina. Dziwi się i denerwuje, że nie mogę zachowywać się normalnie. Że zalewają mnie tak wielkie fale emocji, z którymi nie umiem sobie poradzić. Kończę terapię? W porządku. Powinnam więc spotkać się z terapeutą te kilka ostatnich razy, po czym podziękować, grzecznie się pożegnać, zamknąć za sobą ten rozdział i żyć normalnie. No, żeż kurwa, że też wcześniej nie wpadłam na to banalne rozwiązanie.

Wstałam o szóstej. Od razu siadłam do pracy – ze łzami w oczach i nieprzytomnym z bólu wzrokiem. Tak bardzo chcę się skrzywdzić. Najlepiej ostatecznie, albo chociaż pociąć. By choć przez chwilę móc skupić się na bólu innym niż psychiczny.

Jestem rozwalona na kawałki. Wyjebana z kapci. Coś we mnie w środku na przemian krzyczy wniebogłosy i żałośnie płacze. Znów to poczucie końca życia. Poczucie, że dalsze trwanie na tym świecie nie jest możliwe. Poczucie osamotnienia i porzucenia. Zostawienia samej na pastwę losu. Znów jestem tym małym, cierpiącym, osamotnionym dzieckiem, które krzyczy i błaga o pomoc, ale każdy przechodzi obojętnie, a co któraś osoba splunie na mnie z pogardą. Przecież to ciało jest dorosłe, wymaga się od niego dorosłego zachowania. Nikt mi nie pomoże. Znikąd nie przyjdzie ratunek. Uratować mogę się tylko ja sama. Ale nie potrafię. Nie umiem nawet chcieć. Mały, samotny, rozhisteryzowany gówniarz, dla którego jedyną nadzieją jest śmierć.

Podziel się!

953 – zaczyna się. Równia pochyła.

Weszłam na równię pochyłą. To początek końca. Rozpędzam się w stronę przepaści. Nikt i nic nie może mnie uratować. Samotna jak palec, niedojrzała jak dziecko, cierpiąca do granic możliwości. Odzywa się mój organiczny, bezbrzeżny smutek, który niepostrzeżenie przeradza się w niemające początku i końca cierpienie.

Jak dam radę wystąpić w czwartek? Czy w ogóle do tego spotkania dotrwam?

Tak bardzo mi źle. Tak bardzo nie widzę w niczym sensu. Przeżywam to tak, że po piątym spotkaniu skończy się wszystko. Możliwość dalszej egzystencji, też.

Moje myśli zaprząta jedynie autoagresja i autodestrukcja. Ileż bym dala za żyletkę!

Podziel się!