7 – psychoterapia jest jak…

Od zakończenia relacji z panem M. minęło cztery i pół miesiąca. I wiecie, co? Przestałam tęsknić. Przestało mi brakować sesji. Dojrzałam do samodzielnego życia, które okazało się trudne, ale jednocześnie fascynujące i przynoszące dużo satysfakcji. To, że potrafię sobie samodzielnie radzić z emocjami, nie ulegać patologicznym schematom, że w końcu po tylu latach potrafię działać wbrew złemu samopoczuciu, że umiem się zatrzymać i nie pogłębiać negatywnych stanów emocjonalnych jest naprawdę powodem do ogromnego zadowolenia z siebie.

Pisanie wspomnień z terapii sprawia, że przypominam sobie różne sytuacje, rozmowy, wydarzenia. Ale nie rani mnie to. Wręcz przeciwnie. Dominuje we mnie nostalgia – niby smutek, a jednak przynoszący swego rodzaju przyjemność.

Cały okres terapii wychodziłam z założenia, które gdzieś kiedyś przeczytałam, że terapia powinna skończyć się wtedy, gdy pacjent przestaje potrzebować terapeuty. Kiedy usłyszałam, że mamy kończyć i choć ten proces trwał blisko rok, nie potrafiłam się z tym pogodzić. Usilnie twierdziłam, że to za wcześnie, że nie jestem gotowa. Że sama sobie nie poradzę. Słowa pana M.:
– Czyli terapia nic pani nie dała.
spowodowały ogromny ból. Przecież to nie było tak, że mi nie pomógł, że…
I dopiero po jakimś czasie od rozstania, gdy emocje nieco osłabły i nabrałam odpowiedniego dystansu, okazało się, że jednak byłam gotowa na koniec. W czasie tych sześciu lat zyskałam zasoby umożliwiające mi samodzielne życie, ale lęk przed rozstaniem nie pozwalał mi tego dostrzec. Łatwiej było mi rezygnować z odpowiedzialności za własne życie i próbować przerzucić ją na terapeutę. Bo samodzielne życie wymaga wysiłku, odwagi, podejmowania pewnej dawki ryzyka i wzięcia na siebie ciężaru odpowiedzialności.

Paradygmat psychodynamiczny zakłada, że udana terapia trwa całe życie. W czasie spotkań z terapeutą wzmacnia się ego i rozwija ego obserwujące. I przecież nie chodzi o to, by podczas terapii rozwiązać wszystkie swoje problemy. Bo życie dostarcza wciąż nowych kłopotów. Chodzi o to, by nauczyć się je samodzielnie rozwiązywać. By nauczyć się sobie radzić w sytuacjach kryzysowych, łagodzić wewnętrzne konflikty. I właśnie tę umiejętność wyniosłam ze swojego procesu leczenia.

Psychoterapia zaczęła mi się kojarzyć z popularną metodą nauki jazdy na rowerze. Dziecko wsiada na rower, a opiekun pomaga mu zachować równowagę, trzymając przytwierdzony do roweru drążek. Dziecko ma wrażenie, że jeździ, choć tak naprawdę większość pracy wykonuje dorosły. I nagle drążek zostaje puszczony. Malec jedzie dalej, choć zapewne przewróci się, gdy zobaczy, że już nikt mu nie pomaga. Ale po wywrotce wsiada znów na rower i odbywa pierwszą samodzielną jazdę. Rolą dorosłego jest nie tylko pomoc w zachowaniu równowagi, ale również wsparcie i wzmocnienie wiary we własne możliwości.

Podziel się!

6 – zmiana perspektywy

Ostatnio mam trudniejszy czas. Nie gorszy, ale trudniejszy właśnie. Kiedyś w takiej sytuacji uważałabym, że czuję się koszmarnie, że straciłam kontrolę, że jestem w kryzysie. Pewnie nawet dodałabym, że w dużym kryzysie. Płakałabym i leżała w łóżku. Roztkliwiałabym się nad sobą, wchodziła w rolę ofiary i zrezygnowała ze wszystkiego. Piłabym, prawdopodobnie uciekłabym się również do działań autoagresywnych. A jak jest teraz?

Zmieniłam punkt widzenia. Perspektywa odwróciła się o sto osiemdziesiąt stopni. Nie uważam tego stanu za kryzys, a wyzwanie. Kłębi się we mnie wiele trudnych emocji – złość, rozpacz, rezygnacja, bunt, smutek. Ale nie traktuję tego jak zagrożenia. Rozumiem, że trudne emocje wpisane są w życie. Nie tłumię ich, nie wypieram i nie walczę z nimi. Wiem, że można je przetrwać i nie trzeba się im poddawać. Normalna, codzienna aktywność jest jak najbardziej możliwa. Wypełnianie obowiązków mnie nie przerasta. Jest trudno, owszem, ale skupiając się na tym, co jest do zrobienia, można to przetrwać.

Chciałabym porozmawiać z panem M. W tym okresie znów tęsknię za spotkaniami z nim. Ale wiem, że dam sobie radę sama. Że mam odpowiednie zasoby, umiejętności i narzędzia, by samodzielnie przetrwać ten czas. Wiem, że jestem odpowiedzialna za siebie i to, jak wygląda moje życie. Już nie muszę przerzucać tej odpowiedzialności na innych, choć, nie ukrywam, że najchętniej bym to zrobiła. Na chwilę oddała komuś władzę nad sobą i emocjonalnie wróciła do czasów wczesnego dzieciństwa. I myślę, że to nie jest objaw chorobowy. Chyba każdy miewa takie pragnienia. Kluczem nie są te skryte chęci, ale to, co w takiej sytuacji się zrobi. Ulegnie im czy zadziała wbrew tym mechanizmom.

Kiedyś wypisywałabym do pana M. SMS-y, jak bardzo sobie nie radzę. Jak bardzo pragnę uciec w autodestrukcję. Takie myśli mi towarzyszą, ale myśli są tylko myślami. Potrafię się im oprzeć i robić swoje. Robić to, co do mnie należy. To, co jest dla mnie dobre.

Myślę sobie „okej, jest ci trudno i nie czujesz się najlepiej, ale czy to powód, by olać wszystko i rzucić się na łóżko, użalając nad sobą”? No, nie.

Od jakiegoś czasu praca nad sobą i przełamywanie starych schematów są trudne. Ale nie tracę zapału. Nie tracę wiary w to, że z czasem będzie nieco łatwiej. Że każde działanie wbrew chorym mechanizmom utrwala zdrowe zachowania. Każda podejmowana aktywność mimo trudnym stanom emocjonalnym zbliża mnie do zdrowia. Każde powiedzenie sobie „nie”, gdy ciągnie w złą stronę lub właśnie „tak”, gdy jest chęć, by odpuścić i pieprzyć wszystko, wzmacnia mnie. Utwierdza w przekonaniu, że pan M. miał rację i mam wpływ na to, jak wygląda moje życie, a za samopoczuciem nie musi iść zachowanie. Mogę czuć się gorzej, ale przez podejmowanie aktywności, wypełnianie obowiązków i robienie dla siebie tego, co dobre, nie pogłębiam tego stanu. Nie zatracam się w swoim cierpieniu i nie uciekam. Nie chowam się w swoim świecie. Nie izoluję się. Jestem „tu i teraz”. I stawiam czoła rzeczywistości.

Podziel się!

5 – czy gorszy dzień jest normalny?

Dziś mam paskudny dzień. Trudno jest mi się zmotywować do czegokolwiek. Chce mi się płakać, rzucić wszystko i iść spać. Czy to normalne? Tak.

Zakończenie terapii nie jest magicznym momentem, w którym znikają wszystkie problemy i rozpoczyna się beztroskie, szczęśliwe życie. To nie chwila, w której kończy się praca nad sobą. Wręcz przeciwnie. Pożegnanie się z terapeutą to zakończenie etapu wspólnej pracy i rozpoczęcie samodzielnej. To pójście w świat z rozwiniętym do tego stopnia ego obserwującym, które umożliwia samoobserwację i autokorektę swojego nieadaptacyjnego zachowania. Schematy mają to do siebie, że raz wykształcone zostają z nami do końca. Dzieje się tak dlatego, że pierwotne ścieżki neuronalne nie ulegają zatarciu. Jednak poprzez nowe zachowania wytwarzają się ścieżki równoległe. Zawsze istnieje ryzyko powrotu do starych mechanizmów, ale powtarzanie adaptacyjnych schematów wzmacnia je. Dlatego też życie, nawet to po zakończonej terapii, to nieustanna walka z sobą. Zauważam to u siebie bardzo wyraźnie. Kiedy coś się dzieje, w pierwszym odruchu uruchamiają się chore schematy. Jednak dzięki temu, że moje ego obserwujące działa o wiele lepiej niż kiedyś, potrafię się zatrzymać i przyjrzeć swojej reakcji. Drugim, trudnym krokiem po uświadomieniu sobie aktywnego mechanizmu jest zadziałanie wbrew niemu, w sposób adaptacyjny. Nie ukrywam, że to wymaga ode mnie najwięcej wysiłku. Racjonalna część mnie wie, co należy zrobić lub czego nie robić, ale emocjonalnie coś się we mnie buntuje.
– Masz prawo się tak zachować! Zrób to! – krzyczy i namawia, by wejść w rolę bezbronnej, zranionej ofiary.
Oparcie się temu zabiera mi nieco czasu i kosztuje mnie wiele wysiłku. Ale w większości sytuacji udaje mi się wygrać. Często w pierwszej chwili ulegam, ale po chwili reflektuję się i koryguję swoje zachowanie.

Wracając do pytania z początku. Czy paskudny dzień, który wydaje się być początkiem kryzysu jest normalny? Ponawiam swoją twierdzącą odpowiedź. Gorszy dzień nie jest oznaką choroby. Bo to nie zły nastrój jest objawem zaburzenia, a to, co z tym zrobimy. Musimy pozwolić sobie na gorszy nastrój, nie wypierając negatywnych emocji, nie działając w sposób autodestrukcyjny i nie pogłębiając złego samopoczucia przez nakręcanie się lub izolowanie. Równowaga emocjonalna wróci, jeśli sobie na to pozwolimy.

Podziel się!

4 – góry, góry, góry

Znów jesteśmy w Tatrach. W sobotę, po nieprzespanej nocy i kilkusetkilometrowej drodze, dotarliśmy na parking w Kuźnicach. Poszliśmy na Kasprowy przez Halę Gąsienicową i przy okazji zdobyliśmy też Beskid, mój drugi dwutysiecznik. W niedzielę zdobyliśmy Kozi Wierch od Doliny Pięciu Stawów Polskich, który był moim trzecim szczytem położonym ponad dwa kilometry ponad poziomem morza. Dziś, całkowicie wykończeni, pojechaliśmy na wczesny obiad do ulubionej karczmy, a potem na kawkę i deser do restauracji z tarasem z widokiem na Tatry.

Ostatnio jakoś mało piszę na blogu. Mijają cztery miesiące od zakończenia terapii i mam wrażenie, że zaczęłam żyć więcej i bardziej, zamiast pisać o swoich przeżyciach i przemyśleniach. Mam nadzieję, że to czasowe, bo choć skupienie na realnym życiu jest pozytywne, to brakuje mi pisania.

Za półtora miesiąca premiera „Dwóch słów”. Cieszę się, bo dawno nic nie wydałam.

Chcę żyć intensywnie. Nadrobić te wszystkie stracone lata, gdy większość swojej energii marnowałam na niszczenie siebie i szarpanie się z samą sobą. Pragnę czerpać z życia garściami i więcej dawać z siebie innym.

Podziel się!

3 – by nie nazwać ich po imieniu. Dobitnie

Każde kolejne zdanie padające z jego ust sprawiało, że mrok gęstniał. I nie, nie czułam, że płaczę, choć ilość łez rosła lawinowo. Jak w krótkim czasie naprawić kilkanaście lat? Jak sprawić, by nienawiść i pogarda osłabły? Najszersze chęci to za mało. To nic. Czy da się w ogóle coś zrobić, gdy ktoś ma cię za pozbawionego uczuć potwora? To, co rozgrywa się w Tobie, nie manifestuje się na zewnątrz. Pozostajesz bezemocjonalną amebą. Wedle jego słów.

Łza za łzą. I myśl za myślą. Każda gorsza od poprzedniej. I nagle uświadamiasz sobie, jak silne są stare schematy. Jak bardzo potrzebujesz tego, co kiedyś. By się uspokoić, by poczuć ulgę. Myśli krążą wokół utartych schematów. I zastanawiasz się, czy toczyć dalej tę nierówną walkę z samym sobą, czy ulec. I choć przez chwilę poczuć nieznaczą ulgę.

Szczerze? Pierwszy raz od zakończenia terapii wróciły te myśli. Te ostateczne, by nie nazywać ich po imieniu, dobitnie. Kazały uwierzyć, że są jedynym rozwiązaniem. I przez chwilę dałam się im omamić.

Ale prawda jest taka, że nie wiem. Nic nie wiem. To, co miało być miłością, jest nienawiścią. I pogardą. I ranieniem. Czy z mojej winy? Możliwe. Prawdopodobne. I walczę ze sobą. Tymi myślami. I tym pragnieniem.

Podziel się!