988 – oficjalnie Anna Mrówczyńska?

Właśnie wracam z Urzędu Stanu Cywilnego. Co tam robiłam? Składałam wniosek o zmianę imienia i nazwiska na Anna Mrówczyńska. Chcę oficjalnie występować pod tymi danymi. Od lat właśnie tak się przedstawiam, oprócz rodziny i znajomych z przeszłości właściwie nikt nie zna mnie pod urzędowymi personaliami.

Denerwuję się. Czy kierownik uzna moją argumentację? Urzędniczka przyjmująca wniosek powiedziała, że za dużo jest tych wszystkich załączników (potwierdzających, że posługuję się tymi danymi), więc część musiałam skreślić z listy i wyciągnąć z wniosku.

No nic, teraz zostało mi już tylko cierpliwe czekanie na decyzję. Trzymajcie kciuki!

Podziel się!

987 – co za koszmarny dzień…

Mam dziś tak koszmarny dzień, że już nie wiem, co mam ze sobą zrobić. Jest kwadrans po dziesiątej rano, a ja piję drinka. Nie mam pojęcia, jak się inaczej uspokoić, bo nie mam żadnych tabletek doraźnych.

Zupełnie nie idzie mi w robocie. Nie mogę czegoś zrobić i frustracja uruchomiła we mnie głębokie pokłady złości. Już samo to spowodowało niezłe wkurwienie. A dodatkowo jestem wściekła na Mrówka. Wiosną kupiłam super eko bio ziemię do ziół i warzyw oraz od cholery najróżniejszych nasion. Marzyły mi się świeże zioła. Oprócz tego lubczyk czy poziomka. Mrówek nie pozwolił mi ich trzymać w domu i kazał wynieść na balkon. Wszystko zaczęło kiełkować w momencie, gdy skończyłam terapię. To było dla mnie dość symboliczne. Rośliny rozpoczynały swoją wegetację, a ja zaczynałam samodzielnie życie. Minęły dwa miesiące. Siewki w ogóle nie chcą rosnąć, po kilkudziesięciu dniach ledwie odrastają od ziemi, mają po kilka centymetrów. Kiedy jechaliśmy na urlop, zalęgły się w nich jakieś pieprzone robale i zaczęły marnieć. Jadalne bratki zostały wpieprzone, zostały same łodygi. Reszta roślin miała dziury w liściach. Ja dzisiaj patrzę na lubczyk, który niknie w oczach, a tam pierdolone zielone gąsienice. Wszystko wpierdoliły. Złapałam takiego wkurwa, że zaczęłam trzaskać drzwiami i myślałam, że mnie rozniesie. Całą złość skierowałam na Mrówka, bo gdyby rośliny były w domu, nic takiego nie miałoby miejsca.
Strasznie się pokłóciliśmy, a ja złość zmieniłam w rozpacz i poczucie bezsensu. Rzuciłam się na łóżko i zaczęłam płakać. Nie mam siły – do swoich emocji i mojego niepanowania nad nimi. Mam szczerze dość. Wszystkiego, łącznie z życiem.

To kolejny koszmarny dzień od zakończenia terapii. Nie chce mi się żyć. Za to chce mi się ciąć i iść w autodestrukcję. We wszystkim doszukuję się tego, co złe. Nie potrafię się uspokoić ani spojrzeć na życie przychylniejszym okiem. Niby wiem, że to tylko pieprzone zioła, które mogę zasiać jeszcze raz, ale poziom złości jest tak wysoki, że odbiera mi możliwość racjonalnego myślenia. Naprawdę, tak trudno mi dziś znieść świadomość, że żyję…

Podziel się!

986 – nie ma to jak spontanicznie przedłużyć urlop

Dawno nie pisałam, bo wiele się dzieje. Urlop jest tak intensywny, że padam na twarz, hehe.

Najpierw byliśmy w Beskidzie Żywieckim. Pierwszego dnia po przyjechaniu zdobyliśmy Sokolicę. Weszliśmy akurat na zachód słońca. Robiliśmy zdjęcia i było przepięknie. Schodziliśmy po ciemku, ale byliśmy na to przygotowani i latarki czołówki zrobiły robotę.

I nadszedł drugi dzień. Czas był na Babią Górę. Niech szlag trafi tę górę, a w szczególności Perć Akademików. Na szlak weszliśmy po trzynastej. Do auta doszliśmy przed północą. Fajnie, nie? Ale po kolei. Szło się całkiem dobrze. Okropnie zmęczenie i ból nóg, ale byłam na to przygotowana. I miałam dobre nastawienie, aż do Perci. Człowieka, który wyznaczył ten szlak, powinni zamknąć. Ja pierdolę, naprawdę myślałam, że postradam tam życie. Może gdyby nie bolały mnie tak nogi i nie byłabym tak zmęczona, że nie ufałam własnemu organizmowi, byłoby inaczej. Ale nogi mi drżały i miałam zawroty głowy. Te łańcuchy, klamry… Żeby na nie stawać, musiałam ręką unosić nogę, bo nie byłam w stanie jej tak wysoko zadrzeć. A rękami ledwie dosięgałam kolejnej. Zdecydowanie nie przewidzieli, że będą tamtędy wchodzić tacy mali ludzie jak ja. Na samym końcu, wdrwpywałam się po skałach na czworaka. Bylam niemal pewna, że spadnę i zginę. Klęłam na Mrówka, który wymyślił, że będziemy wchodzić tamtą trasą. W końu kilka razy się popłakałam. Kiedy zalazłam w końcu na szczyt, miałam tak źle nastawienie, że nawet nie chciałam oglądać widoków. Siadłam, wypilam piwo i chciałam się rzucić w przepaść na myśl, że jeszcze dłużą trasą będziemy schodzić, a właśnie zachodziło słońce. Moje podejście do tej wycieczki było mniej więcej takie: „ja pierdolę, jakim to trzeba być pojebańcem, żeby ryzykować życie dla jakichś widoczków, które można obejrzeć na zdjęciach w internecie”. Oczywiście tak nie myślę, ale wtedy byłam w takim stanie, że chciałam umrzeć i zakończyć swoje cierpienia fizyczne i psychiczne. Zaczęliśmy schodzić, gdy słońce się już chowało za góry. Bylam przerażona. Ból nóg był już taki, że ledwie stawiałam kroki. Szliśmy i szliśmy, a końca nie było widać. Powoli zaczynałam dochodzić do siebie psychicznie i wtedy… Kiedy doszliśmy do schroniska, byłam załamana, bo wiedziałam, jaki kawał drogi mamy jeszcze do zrobienia. Ale najgorsze było przede mną. Było już całkowicie ciemno. Widać było tylko to, co pod nogami. I wtedy spojrzałam w prawo w las. Chyba dostałam zawału. Jakieś 150 metrów od nas zobaczyłam pięć czy sześć par świecących oczu. I uwierzcie, nie były to sarenki. Sposób, w jaki jeden z tych zwierzów poruszał głową, najwyraźniej próbując nas zobaczyć zza jakiegoś krzaka wskazywał jednoznacznie, że były to duże drapieżniki. I wiedziałam, jakie. Podczas schodzenia w środku nocy spotkaliśmy watahę wilków. Stałam tak chwilę z sercem bijącym jak oszalałe i na miękkich nogach. Pokazywałam Mrówkowi te oczy, ale on ich nie widział i twierdził, że coś mi się przywidziało. Ale przecież to nie było przelotne spojrzenie. Stałam dobrą chwilę i je widziałam. Poruszające się, ale wciąż w nas wpatrzone. Narobiłam rabanu i afery. Wiem, że wilki nie atakują ludzi. Musiałyby być naprawdę wygłodniałe w środku ciężkiej zimy, żeby w ogóle spróbować zapolować na człowieka, ale w tamtym momencie byłam tak przerażona, że nie myślałam racjonalnie. Schodząc, cały czas oglądałam się za siebie. Bylam niemal pewna, że zaraz wyskoczą z lasu. Sytuacja byłaby zupełnie inna, gdyby to był dzień. Pewnie nawet bym się ucieszyła z takiego spotkania, robiła zdjęcia lub nagrywała. Ale biorąc pod uwagę, że był środek nocy, a w totalnej ciemności było widać tylko te oczy…. Minęło już kilka dni, a ja wciąż nie mogę zapomnieć tego widoku.

Potem przyjechaliśmy w Pieniny. Byliśmy na Sokolicy, widzieliśmy biedną złamaną sosnę, która jest symbolem tego miejsca. Płynęliśmy Dunajem na tratwie i mieliśmy super flisaka, takiego jajcarza. Zwiedziliśmy zamek w Czersztynie i pojechaliśmy na plażę w Niedzicy.

Dziś mieliśmy wracać do domu, ale jedziemy jeszcze w Tatry. A we wtorek odwiedzimy mamę i siostrę Mrówka, potem jego dziadków. I w środę wracamy już do domu.

A w czwartek wieczorem szkolenie „Co psychopetareuta powinien wiedzieć o psychopatologii w 2021 roku”. Nie mogę się doczekać!

Podziel się!

985 – tradycyjnie, czyli zmiana o 180 stopni

Już wczoraj po kryzysie nie było ani śladu. Obudziłam się i wszystko było w porządku, choć zasypiałam, pragnąć umrzeć. Planowałam, że wejdę na szczyt i rzucę się w przepaść. Jakież to było dramatyczne.
Sobotę spędziłam na kończeniu pracy zawodowej i sprzątaniu przed wyjazdem. Udało mi się również dokończyć przeglądanie poprawek korektora i wieczorem wysłałam plik z zaakceptowanymi zmianami do Wydawnictwa.
Dzisiaj już nic nie muszę. Zaczęłam urlop na dobre. Piszę tę notatkę, a za chwilę biorę książkę „Życie warte przeżycia”, czyli autobiografię Marshy Linehan i pogrążam się w relaksie. Jutro rano wyjeżdżamy. Zmieniliśmy trochę plany i najpierw jedziemy w góry. Do pokonania mamy kilkaset kilometrów. Mrówek zaplanował nam już jutro wyjście w góry. Obawiam się o swoją kondycję, ale cóż. Zobaczymy, jak będzie.
Jeszcze w piątek bardzo nie chciałam jechać. Dziś się już tylko cieszę.

Jeśli chodzi o ten kryzys – w piątek popołudniu połknęłam tabletkę lorafenu i popiłam ją dwoma piwami. Może nie było to zbyt rozsądne, ale jedyne, czego pragnęłam, to zasnąć. Myślę, że to uchroniło mnie przed działaniami autoagresywnymi i dalszą autodestrukcją. Przesypianie tej fali cierpienia, z którą nie jestem sobie w stanie poradzić, wydaje się być dobrym rozwiązaniem. Na szczęście kryzys trwał tylko dwa dni. Takie doły są dla mnie w jakimś stopniu do ogarnięcia. Kiedy trwają tydzień, dwa lub trzy, zaczyna się prawdziwy dramat i jedynym rozwiązaniem wydaje się być hospitalizacja. Wtedy zaczyna mi się wydawać, że źle zawsze było i nigdy się to nie zmieni. No, ale najważniejsze, że jest już w porządku i mogę się cieszyć tygodniem wolnym od pracy i obowiązków.

Podziel się!

984 – kolejny kryzys, pierwszy, z którym muszę radzić sobie sama

Naprawdę łudziłam się, że wraz z końcem terapii zakończą się te najcięższe kryzysy. Ostatni miesiąc tylko utwierdzał mnie w tym przekonaniu. Do wczoraj.

Myślałam, że to tylko gorszy dzień. Ale bardzo się myliłam. To kolejny pieprzony kryzys, z którym zostałam całkowicie sama. Nie mam już terapeuty, który pomógłby mi się z tego wygrzebać i dał choć odrobinę poczucia bezpieczeństwa.

Nie mam też psychiatry, bo dr T. ostatecznie zerwał ze mną kontakt i nie chce mnie znać. Nie mam więc lekarza, który może zmieniłby coś w lekach.

Jestem, jak kiedyś, jak w najgorszych czasach, sama jak palec. Nie ma nikogo, kto by przytulił i powiedział „jesteśmy w tym razem”.

Leżę w łóżku i żałośnie płaczę. Nie potrafię się uspokoić. Ten ból jest zbyt silny. Cierpienie wszechogarniające. Nie potrafię znaleźć ani jednego powodu, dla którego miałabym dłużej żyć. Znów fantazjuję o śmierci. W wyobraźni widzę wiszącą nade mną pętlę. Nie mam siły żyć.

Podziel się!