974 – proces wydawniczy ruszył

Na Facebooku już się chwaliłam, ale tutaj zrobię to jeszcze raz.
Wczoraj wieczorem zrobiłam przelew na konto Wydawnictwa. Dziś wstałam o szóstej i siadłam do nanoszenia ostatnich poprawek. Udało mi się skończyć przed dziesiątą. I nareszcie mogłam wysłać gotowy tekst do Wydawcy. Chwilę później otrzymałam informację, że trafił on do kolejki u korektora.
Szczerze, miałam już dość pracy nad tą książką. Korekta autorska się przedłużała, bo nie znoszę tego robić. A czeka mnie jeszcze jedno czytanie – kiedy tekst wróci z korekty. Oprócz tego muszę napisać teksty promocyjne, czego szczerze nie cierpię. Bleh. Na szczęście mam już streszczenie i wstępny opis.
I tak oto w listopadzie będzie premiera „Dwóch słów”, mojej szóstej książki, a drugiego thrillera psychologicznego.

Co do moich pisarskich planów…

Za jakieś pół roku planuję podpisanie umowy na wydanie „Granic obłędu”. Wtedy premiera trzeciego thrillera byłaby w połowie 2022 roku.

Zamierzam teraz wrócić do pisania czwartej części „Młodego boga z pętlą na szyi” (wciąż nie mogę się zdecydować na podtytuł: „Walcząc o życie” czy „Poskromić borderline”? A może jeszcze inaczej?). Szacuję, że pierwsza wersja będzie gotowa do końca roku (mam nadzieję). Do tego jakieś pół roku redakcji i korekty autorskiej. Przy dobrych wiatrach premiera mogłaby być na koniec 2022 roku.
Myślę również nad poprowadzeniem akcji w „Guru”, do którego też chcę przysiąść.

A oprócz tego chcę zacząć pisać artykuły. Właśnie zaczęłam zbierać materiały do pierwszego. Czas wystartować z działem merytorycznym na blogu.

Tak na marginesie, czuję się chujowo. Jest mi źle, smutno, jestem płaczliwa i marudna. Ale staram się nie poddawać marazmowi. Mam za dużo rzeczy do zrobienia, za dużo tekstów do napisania, by marnować czas na ucieczki w sen.

Podziel się!

973 – mimo wszystko, spokój

Pomimo całej gamy trudnych i nieprzyjemnych emocji, czuję jakiś spokój. Nie spłynął na mnie nagle, raczej przychodził powoli, stopniowo. Nie zauważałam tego, aż uświadomiłam sobie, że nie ma we mnie niepokoju. Nawet, co dziwne, ostatnio w pracy nie puszczają mi nerwy. Nie klnę i nie rzucam myszką, więc Mrówek nie musi przychodzić do pokoju z interwencją:
– Cicho bądź, patusie! – I nie zamyka pospiesznie okien, by sąsiedzi nie słuchali puszczanych przeze mnie wiązanek.
Kiedyś byłam bardzo zahamowana. Dbałam o czystość języka. Nie używałam nie tylko przekleństw, ale i starałam się eliminować kolokwializmy. Kiedy w końcu zaczęłam odczuwać złość i pozwalać sobie na jej wyrażenie, mój język ubarwił się wulgaryzmami. Z czasem weszły one do mojego słownika na dobre, do tego stopnia, że jak nie wtrącę co kilka słów soczystej „kurwy”, radosnego czy rozczarowującego „zajebiście” lub zdecydowanego „ja pierdolę”, jestem chora. Bardzo mnie to denerwuje. Tak dopieszczam swój język pisany, a mowa wygląda jak śmietnik pełen odpadków.

Z informacji pisarskich – nanoszę poprawki na elektroniczną wersję „Dwóch słów”. Mam nadzieję, że wyrobię się przez weekend i w przyszłym tygodniu tekst poleci do wydawnictwa, które w końcu będzie mogło zacząć pracę nad moją kolejną książką.
Kiedy to się stanie, będę mogła nareszcie wrócić do pisania wspomnień z terapii. Lub „Guru”. Albo obu, hehe.
Mam również nadzieję, że wygospodaruję trochę czasu na pisanie artykułów, które mam w planach. A to wszystko, oczywiście, w przerwach od pracy zarobkowej.
Mój czas wolny coraz bardziej się kurczy. Właściwie nie mam go dla siebie. Już nie pamiętam, kiedy ostatnio siadłam beztrosko z książką i mogłam zanurzyć się w świecie przedstawionym przez innego autora. Lub w wiedzy z publikacji naukowych bądź podręczników akademickich.
Nieustannie marzę o tym, żeby móc zająć się pisarstwem całoetatowo. Żeby moje palce uderzały w klawisze, wprowadzając do komputera kolejne słowa, zamiast kodu. Czy to kiedykolwiek nastąpi?

Podziel się!

902 – bezpieczny smutek

Pan M. przygotowywał mnie na rozstanie. Przynajmniej próbował. Powtarzał, że po zakończeniu na początku nastąpi pogorszenie. Ale że to minie. Przecież jak każdy kryzys w moim życiu, no nie? I nadszedł. Z natężeniem huraganu, zamiatając wszystko, łącznie ze mną i każdym objawem racjonalnego myślenia. To takie typowe. A mimo wszystko, kiedy następuje pogorszenie, wydaje mi się, że nigdy tak źle się nie czułam. I że nigdy nie poczuję się lepiej. Każdy kryzys jest tym najgorszym, który ma mnie unicestwić.

Ale jednak zawsze przychodzi opamiętanie. Zdaje się, że znowu jestem racjonalna. Cierpiąca i smutna, niepotrafiąca się wciąż pogodzić z rozstaniem i zniknięciem pana M. z mojego życia. Ale chyba znów bezpieczna z samą sobą. Niezagrażająca sobie i nieczyhająca na własne życie.

Otoczył mnie bezpieczny, spokojny smutek. Nieodbierający chęci i sił do pisania, dzięki któremu przeżyję tę terapię jeszcze raz. Smutek zapewniający przestrzeń do zdrowego przeżycia żałoby po stracie tej relacji.

Podziel się!

859 – proces twórczy – czas, start!

Jakież to wspaniałe uczucie! Otworzyłam dziś plik „Guru” i napisałam pierwsze 1205 znaków. To mało, wiem. Jednak biorąc pod uwagę fakt, że od kilku ładnych miesięcy nic nie napisałam, jest to niemały sukces. Myślami jestem już całkowicie w świecie nowego thrillera, który, póki co, również dla mnie jest nieodgadniony i nieznany. Z czasem jednak poznam Kaśkę, Gaję oraz Artura, którego, być może, obdarzę jednak imieniem Eryk.

Początek procesu twórczego charakteryzuje się zazwyczaj niepokojem. Jest zbyt duża ilość możliwości, trudno się zdecydować, w którą stronę poprowadzić fabułę. Ale, cóż. Poradzim sobie z tym, jak ze wszystkim zresztą!

Przypominam, że fragmenty moich powieści można poczytać na FP
Anka Mrówczyńska – autorka.

Podziel się!