348 – gdy jest źle, zrób krok do przodu

Pobudka była okropnym przeżyciem. Z bólem, tym najgorszym – niefizycznym. Topiłam smutek w gorącej kawie. Zagryzłam wenlafaksyną i lorazepamem. Przepaliłam fajką. Nic nie lepiej.
Trzy godziny tępego gapienia się w okropną pogodę za oknem. Rozmyślania nad tym, co udało się napisać przez ostatnie dni.
– A może by tak włączyć komputer i pisać dalej?
– Pisać? Ale po co? Jaki to ma sens?
A za jakiś czas przemówił przeze mnie Lorafen:
– Włącz komputer, siadaj i pisz. Nieważne, czy będzie to miało sens. Nieważne, czy ostatecznie się przyda. Siadaj i pisz!
I tak zrobiłam.
Kolejna strona do przodu. Przebłysk zadowolenia z siebie. Na krótko.
Plik zamknięty. Komputer wyłączony. Przymusy wróciły. Bezłzawy płacz. By nikt nie dostrzegł tego bólu.
Gdy jest źle, zrób krok do przodu. Choćby ulga miała być chwilowa.

346 – zdechły mi baterie

Wyczerpałam baterie sił witalnych do cna. Ostatkiem sił zjadłam zupę pomidorową i padłam na kanapę.
Od rana napisałam chyba z pięć stron książki. Początkowo mocno posiłkowałam się nabazgranymi kiedyś rozdziałami w zeszycie. A potem weszłam na taki poziom kreatywności, że historia sama się pisała. Ledwie widzę na oczy, ledwie przebieram palcami na smartfonie, by skreślić te kilka zdań. Spać!
Baterie wyczerpane, ale zadowolenie z siebie, szczególnie po ostatnim odpływie weny, poszybowało w górę.

Zastanawia mnie tylko, czemu znów czuję ten nieznośny ból w nadgarstku nakazujący czynności autoagresywne. Ale nie. Nie! – powiedziałam. Nic takiego nie będzie miało miejsca. W końcu cztery miesiące abstynencji to nie w kij dmuchał.

345 – pisać, pisać, wszystko zapisać!

Wróciłam do pisania.
Postaci z „Majki” powoli zaczynają ożywać i żyć własnym życiem. Rylski już siedzi w areszcie, a Andrzej wzbogacił się o historię dramatycznego dzieciństwa. Tylko Majka traktowana po macoszemu wciąż nie wyzwoliła się z jednego, niedokończonego rozdziału.
Powoli, strona za stroną, zapisuję to, nad czym myślałam bardzo długo. Nie mam planu wydarzeń. Wolę, gdy historia rodzi się w trakcie. Główny motyw intrygi wciąż ten sam, ale szczegółów brak.
Najważniejsze jest, że piszę. I znów czuję, że żyję!

344 – poranek

Wstałam o 8:18, zrobiłam dwie kawy-siekiery i siadłam przed komputerem. Po standardowym sprawdzeniu poczty, w Google wpisałam „fundacja pomocy bezdomnym”. Wczoraj wieczorem gadałam o tym z Mrówkiem. Uważa, że powinnam spróbować.
Przeglądałam kolejne strony fundacji. „Jeśli jesteś młody, energiczny…”, „poszukujemy optymistycznie nastawionych wolontariuszy”, „jeśli twoją pasją jest drugi człowiek” – ta… pasuję do opisu kandydatów na wolontariuszy, jak pięść do nosa. Mówiłam, że to się nie uda. Ja – gburowata, zamknięta w sobie, z wiecznie skwaszoną miną, milcząca, bojąca się wszystkiego, nieporadna, niezaradna. Szkoda gadać.
Wyłączyłam przeglądarkę i otworzyłam plik „Majki”. Może uda mi się dopisać choć kilka zdań.

342 – terapia borderline: wielka smuta

Psychiatra i terapeuta są jednomyślni:
– Potrzebuje pani wyzwań, nowych doświadczeń i kontaktów społecznych. Nie można czuć się dobrze, gdy stroni się od ludzi.
– Ale ja się boję, nie potrzebuję.
– Pani Aniu, ale to się nie zmieni, gdy nie będzie pani próbować. Jest dookoła tyle organizacji pozarządowych, fundacji, które zajmują się osobami chorymi, bezdomnymi, biednymi. Proszę się tam przejść, zobaczyć.
– Ale ja nie wiem, o czym miałabym mówić.
– Dla nich ważne jest, że ktoś poświęca im czas, daje coś od siebie i niekoniecznie chodzi o rzeczy materialne.
– Ale ja nie lubię kontaktów z ludźmi, źle się wśród nich czuję.
– Takie jest pani przekonanie, wyniesione z przeszłości. Teraz się pani leczy. Angażując się w kontakty społeczne i chodząc na terapię, może to pani zmienić. Oczywiście, że nie zawsze, nie wszędzie i nie z każdym będzie się pani dobrze czuła. Ale ma pani szansę znaleźć takie osoby, z którymi się to uda.

W dalszym ciągu mnie to nie przekonuje. Jeszcze gdybym była Anką Mrówczyńską, niosącą pomoc. Początkującą pisarką, lubiącą wyzwania, zbierającą doświadczenia do kolejnych książek. A tak?
Kim jest tożsamość z dowodu osobistego? Osobą po maturze, której nie udało się skończyć żadnych studiów, nie ma o czym opowiadać, bo całymi dniami siedzi w domu. Pracuje pisząc nudny kod i sama by się z tego nie utrzymała. Nie ma żadnych pasji ani marzeń. Chodzi w długim rękawie albo z chustką na ręce, żeby ukryć sznyty. I z czymś takim mam wyjść do ludzi?
Nie, nie, nie Panie M. To nie wyjdzie. Nie da rady.

340 – poszukiwania sponsora

Intensywnie poszukuję sponsora/sponsorów papierowych wydań „Młodego boga…”. To jedyna aktywność z pogranicza twórczego, którą jestem teraz w stanie wykonywać.
Nie mam głowy do pisania – zupełnie.
Beletrystyka nie potrafi zająć moich myśli na tyle, by dopisywać kolejne zdania, akapity, o stronach już nie wspominając. Zastanawiam się nad fabułami, intrygami, charakterystykami bohaterów, to tak. Ale nie potrafię zdobyć się na taki poziom kreatywności, by zamknąć to w słowach.
Próbowałam więc wrócić do pisania trzeciej części cyklu – plik zamknęłam szybciej niż otworzyłam.
Chyba potrzebuję przerwy. Chyba…
Skupienia się na leczeniu i, jakby to nie zabrzmiało, życiu.
Próbuję sobie to wszystko poukładać w głowie. Ustalić w jakim punkcie się znajduję.

„Zdradliwa wena – raz jest, a raz jej nie ma.”

339 – psychiatra

Do psychiatry szłam po jakiś neuroleptyk. Prawdopodobny wydawał mi się powrót do Rispoleptu.
– Pani chyba nie czuje za bardzo działania tej wenlafaksyny, prawda?
– Nie bardzo.
– Bo umówmy się, pani nie ma depresji, tylko depresyjne zjazdy w skutek zaburzeń osobowości. Nie ma teraz też tych samobójczych jazd, nie?
– No nie.
– Myślę, że powinniśmy spróbować schodzić z tej wenli. Co dziesięć dni 37,5mg mniej.
– I do ilu mam zejść?
– Do zera!
Przełknęłam nerwowo ślinę, bo nie wierzyłam własnym uszom.
– Już raz odstawiłam wszystkie leki. Okropnie się czułam. Te wszystkie lęki, objawy nerwicowe.
– Pani Aniu, za pomocą leków pani się od emocji odcina, zamiast je przeżywać. Terapia jest trudna, ale musi się pani nauczyć znosić takie negatywne emocje. Terapia będzie skuteczniejsza, jeśli odstawi pani leki. To co, robimy tak?
Zgodziłam się.
W drodze do domu miałam łzy w oczach. Wszystko wydawało mi się bez sensu. Oczyma wyobraźni już widziałam siebie z żyletką w ręce, z pętlą na szyi, oszalałą z nadmiaru emocji i zamykaną w psychiatryku na kolejne sześć tygodni.
Chciałam otumanić się jeszcze większą ilością, i to silniejszych, leków. A mam odstawiać antydepresant.

Jest we mnie tyle obaw… Jednak może psychiatra ma rację? Zamiast się znieczulać i odcinać od negatywnych emocji, powinnam zacząć się uczyć, jak sobie z nimi radzić?

– Gdyby tylko coś się działo, proszę dzwonić, zgoda? – zakończył, jak zwykle.

Czuję, że nie jestem na to gotowa. Że sobie nie poradzę. Że… – Wiem, nie nakręcać się, to podstawowa zasada. Mam ochotę zawinąć się w koc i płakać. Ale to byłby kolejny raz, gdy wchodzę w wyuczoną rolę bezradności, zamiast wziąć odpowiedzialność za siebie i swoje życie.