465 – terapia borderline: oczyszczenie

To była trudna sesja. Nie ze względu informacje, którymi się dzieliłam. A przez emocje, które temu towarzyszyły. Mówiłam całe 45 minut, bez wycofywania się, spontanicznie. Opowiadałam o dzieciństwie, wchodzeniu w rolę niewolnika, od którego nic nie zależy i w konsekwencji pojawiającymi się poczuciu niesprawiedliwości i ucieczce. Mówiłam o myślach samobójczych i silnym przymusie cięcia.
– W pani relacjach z rodzicami, były elementy sadyzmu. I teraz pani ten schemat próbuje przenieść na swoje dorosłe życie. Tym cięciem chce pani powrócić do sadyzmu wobec siebie.
Mówiłam ze łzami w oczach i łamiącym się głosem. Czułam, że wypowiadanie kolejnych słów skończy się płaczem. Jednak ciągnęłam swą opowieść dalej.
Po wyjściu z gabinetu poczułam ogromną ulgę. I nawet przymus autoagresywny osłabł.
Jestem z siebie dumna.

464 – autoagresja

W domu żyletek brak – z wiadomych względów. Jednak kioski kuszą posiadanymi fragmentami metalu. Wystarczy przecież tylko podjeść, poprosić i zapłacić. I cały misterny plan obróci się wniwecz. Dlatego tak ważna jest ta silna wola, która ostatnio jest słaba. Czy zbyt słaba, by przeciwstawić się przymusom?
Próbuję ją umacniać. Rozmawiam o tym na sesji. Powtarzam, jak mantrę, swoje dążenia do zdrowia.
Wytrzymaj, Mrówczyńska, wytrzymaj!
Deprecjonowanie tego, co dla mnie najważniejsze – książek. Lewa ręka dopina ostatni guzik, ale prawa rozpina te dolne. Nieudolnie próbuję je zsynchronizować. Nieskutecznie? To się okaże.
Za półtorej godziny terapia. Muszę wylać z siebie cały syf. I znów iść do przodu z podniesioną głową. Nie zwracać uwagi na przeciwności. Być pewną swego. Walczyć o siebie i o to, czasem znienawidzone, życie.

463 – kłótnia

Kłótnia. Krótka, acz intensywna. Nie pamiętam, kiedy była ostatnia. Trzeba było więc nadrobić, nie?
Wieczorny sen, żeby przespać myśli samobójcze. Żeby zapomnieć, że się żyje.
Pobudka przed trzecią rano. Więc i kolacja, i fajka. I Lorafen krąży we krwi – pacyfikacja cholernych przymusów.
Kłótnia, o co? Nie pamiętam. Zbyt wiele emocji, by pamięć nie zawiodła. Spokój. Choć rezygnacja bardziej.

460 – skoro jest dobrze, czemu jest źle?

Mrówczyńska, mam do siebie pytanie. Dlaczego, skoro jest dobrze, to jest źle? Czy ty nie potrafisz się tak po prostu cieszyć z życia?
Zobacz. Masz kochającego partnera. W końcu żyjecie z sobą w zgodzie i miłości. Jesteś aktywna. Masz do wydania dwie kolejne książki. Zamierzasz wrócić do pisania „Majki”. Na sesjach się otworzyłaś i w końcu rozmawiasz z terapeutą swobodnie. Masz dobre relacje z rodziną. Nawet nastrój jest w miarę dobry. Więc o co ci chodzi? Skąd te myśli samobójcze? Skąd ten przymus cięcia? Skąd te cisnące się do oczu suche łzy?
Mrówczyńska, ja już naprawdę nie mam do ciebie siły…

459 – terapia borderline: górka

Żywo opowiadałam o ostatnich wydarzeniach.
– To chyba dość dobry okres w pani życiu, prawda?
– W zasadzie tak. Ale wolę tego nie mówić na głos, żeby nie zapeszyć. Bo wie pan, jak jest za dobrze…
Roześmiał się.
– A ciąć się dalej pani chce?
– Powiedzmy, że nie.
Właśnie. Ta cholerna autoagresja. Kiedy się chce – wkurzam się na siebie. Kiedy się nie chce – czegoś mi brakuje. Pieprzone uzależnienie. Cholerstwo trzyma się mnie od 15 lat. Ale nic to. Trzeba zmądrzeć. Wyleczyć blizny, walnąć tatuaż na nadgarstku i dalej iść przez życie z podniesioną głową.

458 – maraton

U Mrówczyńskich w domu maraton czytania. Na tapecie „Samobójstwo na raty”. Czytanie, poprawianie. Kreślenie i dopisywanie.

Na terapii się rozgadałam. W końcu. Po dwóch latach się otworzyłam. Terapeuta też to widzi. Mówię swobodnie, o wszystkim, co przyjdzie mi do głowy. Jest lepiej.

Samopoczucie w normie. Stany depresyjne w remisji. Myśli o żyletce i samobójstwie – brak. Teraz tylko tego nie spieprzyć…

457 – koniec!

Postawiłam ostatnią kropkę w „Samobójstwie na raty” i napisałam wstęp. Pierwszy etap prac zakończony. Plik wysłany do wydawnictwa w celu wyceny.
Wciąż czekam na pewną bardzo ważną informację dotyczącą wydania „Terapii u Doktorka”.

Czas leci powoli i leniwie. Cierpliwie dążę do tego, co sobie zaplanowałam. Tylko smutek wciąż. I podenerwowanie. Skąd, dlaczego? Chcę już jutrzejszej sesji. Może jakoś ułożę sobie to wszystko w głowie.

Wiosno, wróć!