910 – słomiana wdowa

W niedzielę rano Mrówek pojechał na urlop. I tak oto zostałam słomianą wdową. Ale ciocia przywiozła mi moją ulubioną Fizię, cobym nie była sama jak palec.

To dziwne, ale mam wrażenie, że rozmawiamy z Mrówkiem więcej i więcej mamy sobie do powiedzenia, odkąd nie ma go w domu. Nie świruję z powodu jego fizycznej nieobecności. Tłumaczę sobie, że ma prawo ode mnie odpocząć, nabrać sił i naładować baterie.

Właśnie mijają dwa tygodnie od zakończenia… Gdyby nie moja decyzja, siedziałabym teraz w gabinecie pana M. Jak sobie o tym pomyślę, to… Jednak zauważyłam, że pies bardzo dużo zmienia. Nie skupiam się tak na sobie i swoim bólu. Jestem pogodniejsza, jest we mnie więcej pozytywnych emocji. Czuję się odpowiedzialna za żywą istotę i muszę trzymać się w kupie, żeby się nią opiekować. Chciałabym taka być na co dzień.

Wczoraj udało mi się dokończyć pisanie pierwszego rozdziału „Walcząc o życie”, bo taki roboczy podtytuł nadałam wspomnieniom z terapii u pana M.

A tak się wczoraj relaksowałyśmy.

909 – niedoszłe wolne

Z powodu konserwacji instalacji elektrycznej, spółdzielnia zapowiedziała przerwę w dostępie do internetu dziś od ósmej rano do czasu, aż zakończą prace. Mrówek zaproponował, żebyśmy w takim razie pojechali do lasu. Pogoda piękna, słońce grzeje, żal siedzieć w domu. Ucieszyłam się na myśl o wolnym dniu spędzonym na łonie natury. I dupa. Prace konserwacyjne trwały godzinę i o dziewiątej wszystko z powrotem zaczęło działać.

Od rana siedziałam nad wspomnieniami z terapii, którym nadałam wstępny tytuł „Walcząc o życie”. W dwie godziny udało mi się napisać kilka zdań. Wiecie co, to chyba jest jeszcze zbyt świeże. Rany nie przestały krwawić. Tak bardzo boli mnie pisanie tej książki, że mam ochotę płakać. Ryczeć jak małe, porzucone dziecko, które rozpaczliwie krzyczy „Mamo! Mamo, gdzie jesteś?”, ale nie zdaje sobie sprawy z tego, że nie doczeka się odpowiedzi. Że mama nie wróci. Że opuściła na zawsze. Na wieki wieków.

Tak bardzo brakuje mi pana M. Jestem roztrzęsiona. Jestem zdesperowana. Wewnętrznie niepogodzona z tym, co zaszło. I choć to ja przerwałam terapię, czuję się opuszczona i porzucona. Tak bardzo tęsknię za tą relacją. Za możliwością rozmowy, otrzymania opieki i zapewnienia poczucia bezpieczeństwa.

Opisuję początki terapii. Pierwszy miesiąc, pierwsze spotkania. I tak bardzo chciałabym cofnąć czas. Móc znów zaczynać. Być na początku drogi, którą dotarłam już do celu. Przepełnia mnie poczucie straty i braku czegoś arcyważnego. Czegoś, co dodawało mi sił i odwagi, by żyć.

908 – tak się zaczęła znajomość z panem M.

Jak już wspominałam, pan M. nie miał nic przeciwko napisaniu książki z naszej wspólnej pracy. I tak oto zaczyna się czwarta część cyklu „Młody bóg z pętla na szyi”…

ROK I

Maj

Terapia u pana S. zakończyła się gwałtownie („Młody bóg z pętlą na szyi. Terapia u Doktorka”). Bardzo mnie rozczarowała, choć z drugiej strony pobudziła chęć stworzenia prawdziwej relacji terapeutycznej, opartej na bliskości, zaufaniu i poczuciu bezpieczeństwa. Jeszcze przed hospitalizacją na oddziale zamkniętym, gdzie otrzymałam diagnozę pogranicznego zaburzenia osobowości („Młody bóg z pętlą na szyi. Psychiatryk”) trafiłam na stronę internetową pana M. Gdy przeczytałam, co na niej napisał i zobaczyłam jego zdjęcie (a uważam, że jest ono niekorzystne), gdzieś w nieświadomości mu zaufałam. Już wtedy. Potem był oddział zamknięty i polecenie przez pracującą tam psycholog pana S. Jakoś nie pamiętałam o znalezionym kilka miesięcy wcześniej terapeucie. Przypomniałam sobie o nim dopiero po porzuceniu pierwszej terapii.

Był trzeci maja. O godzinie 10:54 wysłałam następującą wiadomość:

Witam,
mam dwadzieścia osiem lat i zdiagnozowane zaburzenia osobowości borderline, problem z autoagresją od trzynastu lat, lękami np. przed mówieniem.

Chciałabym się dowiedzieć, czy można się umówić do pana na konsultacje? Jeśli tak, to kiedy jest najbliższy termin? Jaki jest koszt konsultacji/sesji?
Pozdrawiam,
Anka Mrówczyńska 

O godzinie 21:44 przyszła odpowiedź:

Dobry wieczór,
koszt konsultacji wynosi 100 zł, proszę do mnie zadzwonić w celu umówienia się, [numer telefonu],
pozdrawiam 
pan M.

Następnego dnia wykonałam telefon. Popchnęła mnie do tego odwiedzająca nas ciocia. Naciskała, żebym zadzwoniła. Oczywiście się opierałam, cierpiąc na okropny lęk przed rozmowami telefonicznymi. Ale wiara w to, że pan M. stanie się moim prawdziwym terapeutą, którego pragnęłam, dodała mi sił. Umówiliśmy się na konsultacje dzień później.

Mimo porażki pierwszej terapii i zawodu relacją z panem S. obdarzyłam pana M. ogromnym kredytem zaufania, choć całe lata zajęło mi otwieranie się przed nim i nigdy nie udało się to do końca. Z perspektywy czasu widzę, że było warto. Nigdy mnie nie zawiódł, był przy mnie w najtrudniejszych chwilach i zawsze mogłam na niego liczyć. Wytrzymywał moje skrajne emocje, ataki na relację, przychodzenie pod wpływem alkoholu, silne kryzysy z tendencjami samobójczymi i setki wiadomości, które wysyłałam w momentach, gdy nie potrafiłam sobie poradzić sama. Idealizowałam go, to prawda. Na palcach jednej dłoni można policzyć sytuacje, gdy czułam do niego złość. A i to chwilowo, bo błyskawicznie mi przechodziło. Nie potrafiłam się na niego gniewać. Był moim terapeutą idealnym. Takim, że lepszego nie mogłam sobie wymarzyć. Przez te sześć lat ani razu nie poczułam się przez niego skrytykowana, skrzywdzona czy odrzucona. I choć ostatecznie zakończenie tej terapii przeżyłam, jako bardzo bolesne opuszczenie, nigdy nie żałowałam nawiązania tej relacji.

Na pierwsze konsultacje szłam z dużą obawą, a jednocześnie ogromną nadzieją. Wiedziałam, że pacjenci z diagnozą pogranicznego zaburzenia osobowości są uznawani za trudnych i nie każdy terapeuta podejmuje się ich leczenia. Jednak już podczas pierwszych minut znajomości, pan M. mnie zaskoczył, bo z jego słów zrozumiałam, że wszystko tak naprawdę zależy ode mnie.
– Była pani kiedyś na terapii? – Zapytał.
– Tak, prawie rok.
– To dlaczego pani zrezygnowała?
Nie do końca wiedziałam, co mam odpowiedzieć, więc powiedziałam, że z poprzednim terapeutą nie dopasowaliśmy się osobowościowo.
– Ale tak było od początku?
– Tak.
– To dlaczego wytrzymała pani tyle czasu?
– Nie wiem… chyba miałam nadzieję, że coś się zmieni.
– Wie pani, jeśli od początku jest coś nie tak, to raczej się to nie zmienia. Może na początek umówmy się na trzy spotkania, żeby przekonała się pani, czy to jest dobry wybór. Bo jeśli okaże się, że nie, to radziłbym poszukać kogoś innego. Terapia nie jest emocjonalnie łatwa i zawsze relacja może się pogorszyć. Także jeśli od początku nie będzie dobrze, to to się raczej nie poprawi. W psychoterapii bardzo ważna jest otwartość, więc jeśli nie będzie pani potrafiła być ze mną szczera, to będzie to początek końca.
Jakoś wzruszyły mnie jego słowa. Sprawiły, że poczułam się ważna, bo to ode mnie miało zależeć, czy będziemy razem pracować oraz czy ta współpraca będzie owocna.
Podkreślił również, że powinniśmy się spotykać dwa razy w tygodniu, co także wpłynęło na mnie pozytywnie. Oto miałam mieć swojego kolejnego terapeutę, który chciał pracować ze mną intensywniej. Podobało mi się to.
Podczas pierwszej wizyty sporo pytał o poprzednią terapię. Był ciekawy przyczyn jej niepowodzenia. Czyżby chciał uniknąć błędów poprzednika? Mówił też o wynikających z zaburzenia borderline trudnościach, które mogą się pojawić podczas wspólnej pracy. Jak chociażby atakowanie relacji przez pacjenta i próba jej zniszczenia. Ostrzegł mnie, że nieświadomie będę podejmowała różne działania, żeby ta terapia się nie udała. Stąd jedną z zasad, które musiałam zaakceptować, był obowiązek płacenia za spotkania, na których bym się nie pojawiła. Zdziwiłam się. Nie protestowałam, ale przyjęłam to zimnym i oschłym „mhm”. Jak to określił pan M., miała to być forma zmobilizowania mnie do regularnego uczęszczania na sesje.
– Żeby wpłynąć na te strefy, które są w pani umyśle zaburzone, potrzebna jest regularność No bo jeśli będzie pani przychodzić raz na jakiś czas, to możemy sobie wtedy luźno pogadać. Taka terapia nie ma sensu i mogłaby trwać nawet osiem lat. Szkoda więc na nią czasu i pieniędzy – dodał.

Na drugim spotkaniu pan M. Poprosił mnie o opowiedzenie historii swojego życia, abyśmy mogli wyłapać najważniejsze momenty, które miały wpływ na rozwój zaburzeń. Zaczęłam od początku, od drugiego roku życia, jednak szybko wspomniałam, że pomiędzy tą a poprzednią konsultacją byliśmy z narzeczonym i ciocią w Amsterdamie. Od razu dodał dwa do dwóch.
– Powinna pani unikać marihuany. Ona sama w sobie powoduje problemy poznawcze, a co dopiero, gdy ktoś miał je wcześniej.
Odebrałam to jak moralizatorstwo i zbyłam milczeniem. Jednak ani trochę mnie to do niego nie zraziło.
Przyznałam też, że mówienie zawsze było dla mnie problemem. Że całe życie wolałam myśleć niż mówić.
– Tutaj na terapii proszę potraktować mówienie jako takie głośne myślenie. Chodzi nam o to, żeby nauczyła się pani właśnie tak głośno myśleć i dzięki temu ujawniała swój świat wewnętrzny – poradził, ale zareagowałam na to bezsilnym rozbawianiem. Gdyby to było takie proste…

907 – wizyta u psychiatry

W poczekalni siedziałam ponad półtorej godziny. U doktora T. zawsze są obsuwy, ale tyle chyba jeszcze nie czekałam.

Bardzo stresowałam się tym spotkaniem. Po niedawnym SMS-ie od niego, ograniczającym mi kontakty z nim poza poradnią, czułam się nieswojo.
– Pani Aniu, żeby była jasność. Nie jestem na panią zły, nie ma we mnie żadnych negatywnych emocji w stosunku do pani. Po dwudziestu latach w psychiatrii i dwunastu w pogotowiu, proszę mi uwierzyć, że pani nawet nie zna takich słów, które mogłyby mnie dotknąć. Okej? – Wyjaśnił.
Kiwnęłam głową.
– To po prostu było… męczące. Jasne?
Potwierdzenie ruchem głowy.
– To co, żółwik na zgodę? – Wyciągnął rękę w moim kierunku.
Znów skinęłam głową, ale się nie poruszyłam.
– Aha, no dobra. Żółwik bez żółwika, rozumiem – skomentował mój brak ruchu.
Przez całą wizytę prawie nic nie mówiłam. Tylko kiwałam głową albo wzruszałam ramionami. Jeśli już coś wychodziło z moich ust, było dla niego niezrozumiałe.
– Mówi pani bardzo cicho, a dodatkowo ta szmata na ustach i mój PESEL, sprawiają, że nie słyszę, co pani mówi.
Zmuszanie się do wyraźniejszego i głośniejszego mówienia było dla mnie nie lada wyzwaniem.

Zdziwił się, że rodzina nie wezwała do mnie pogotowia, coby pod przymusem zabrali mnie do psychiatryka. Oczywiście sam też chciał mnie wysłać do szpitala, ale stanowczo się nie zgodziłam.

Stanęło na tym, że zwiększył mi dwukrotnie bupropion (ze 150 do 300 mg). Amisulpryd bez zmian – 100 miligramów.

Następna wizyta za dwa miesiące.

906 – terapia borderline: druga sesja, której nie ma i nie będzie

Siedziałabym teraz w gabinecie pana M. Miałabym jeszcze dziesięć minut na rozmowę, uzyskanie wsparcia, opieki, poczucia bezpieczeństwa i pomocy. Ale tak nie jest. I już nie będzie.

Szczerze? Mam ochotę napisać do terapeuty i prosić o możliwość powrotu. Tak bardzo brakuje mi naszych spotkań. Dopiero tydzień temu byłam na ostatniej sesji, a ja mam wrażenie, że minęły całe miesiące.

Zalewają mnie negatywne emocje. Gwałcę replay na „Hipotermii” Zeusa. Nie potrafię się otrząsnąć. A łzy wyglądają z oczu i nie chcą się cofnąć.

Dlaczego? Dlaczego to musi być tak trudne i dostarczać tylu cierpień? Ale bez obaw, nie pcham się w żadną autodestrukcję. Siedzę od prawie trzech godzin przed komputerem i nadrabiam zaległości w robocie.

Tylko ta dojmująca mieszanka smutku, rozpaczy, poczucia opuszczenia i cierpienia miesza mi w głowie. Ale nie mogę się poddać. Te blisko czterdzieści tysięcy złotych wydanych na terapię motywują, żeby jednak z niej skorzystać, wynieść z niej coś, co mnie uratuje…

905 – szukanie pozytywów

Wróciłam do leków. Dziś pokornie łyknęłam antydepresant i neuroleptyk. Odstawiłam tabletki, bo pragnęłam sobie zaszkodzić. Ale przecież już nie chcę.

Pracuję od rana. Zapewniłam kontrahenta, że będę w tym tygodniu siedzieć tyle, ile będzie trzeba. Mam obsuwę z projektem i muszę nadrobić zaległości.

Na dworze tak pięknie. Słońce ogrzewa powietrze, które wpuszczam do pokoju przez uchylone okno. Ten zapach nadchodzącej wiosny… Cudny!

Muszę opracować plan na najbliższą przyszłość. Jednym z punktów będzie na pewno robienie ćwiczeń z tych wszystkich podręczników dla pacjentów, w które się zaopatrywałam przez ostatnie lata. Pan M. mnie do tego namawiał, ale jakoś nie potrafiłam się za to zabrać. Teraz jednak postanowiłam to nadrobić.

Staram się szukać pozytywów obecnej sytuacji.
Na pewno zaoszczędzę ponad tysiąc złotych miesięcznie, który wydawałam na terapię.
No i mogę spokojnie czekać na wiosnę! Moją ulubioną porę roku. W tym roku miała być przeklęta, kojarząca się z opuszczeniem, porzuceniem, zakończeniem terapii i rozstaniem. Ale tak nie będzie. Zatem można na nią czekać z takim utęsknieniem, jak co roku!

Próbuję też zmienić nastawienie do wyjazdu Mrówka. Tłumaczę sobie, że to tylko tydzień, a komu jak komu, ale jemu należy się odpoczynek. Jak zwykle w kryzysie, nie myślałam o nim i o tym, jaką krzywdę mu robię. Ile musi go kosztować moja autodestrukcja. Tak więc, życzę mu dobrej zabawy i nabrania dystansu do ostatnich wydarzeń. Niech nabierze sił podczas samotnych, pieszych wędrówek i wraca do domu wypoczęty.

904 – pakt o nieagresji

Ostatnio głównie czułam. Targały mną, jak zwykle, skrajne emocje. Ale tak dłużej być nie może. Muszę zacząć myśleć. Kierować się racjonalnymi decyzjami, a nie płynąć bezwolnie na fali odczuć.

Gdzieś kiedyś uslyszalam o teorii, że terapia zaczyna tak naprawdę działać po jej zakończeniu. Dobrze byłoby wypróbować tę teorię w praktyce. Skorzystać z tego, czego nauczył mnie pan M., zamiast sabotować wszystko i być pokrzywdzonym, obrażonym na świat, dzieckiem.

Przecież to na pewno nie jest tak, że te sześć lat poszło się jebać. Że bez terapeuty nie jestem w stanie dać sobie rady. Czy naprawdę nie umiem o siebie zadbać, czy tak sobie tylko wmawiam?

Coś przecież musiało we mnie zostać z tych sesji. Z setek godzin rozmów i korektywnego doświadczania bliskości. Tylko teraz czas wziąć głęboki wdech, uspokoić emocje i zacząć żyć jak dorosły człowiek.

Zawarłam ze sobą pakt o nieagresji. I pragnę się go trzymać.

903 – w rozkroku między życiem a umieraniem

Zaraz skończę trzydzieści cztery lata. Trudno mi uwierzyć, że tyle przeżyłam, ale nie o tym chciałam.
Od siedmiu lat jestem pod opieką specjalistów. Do tej pory wiecznie ktoś nade mną czuwał. Terapeuci, psychiatra. Nie to, że brali za mnie odpowiedzialność, bo przecież tylko ja sama o sobie decydowałam. Oni mogli jednie próbować mi pokazywać konsekwencje moich wyborów. A jednak czułam się dzięki temu bezpieczniej. Wiedziałam, że w każdej chwili mogę się zwrócić do kogoś o pomoc. Kogoś, kto profesjonalnie zajmuje się takimi osobami, jak ja.
Ale nie tylko specjaliści zawsze byli obok. Również Mrówek i rodzice z ciocią. A ja się denerwuję, buntuję się, że jestem po trzydziestce i cały czas czuję się pilnowana. Jak nie przez Mrówka, to przez rodzinę. Nie mogę zostać sama w domu, bo przecież nie wiadomo, co mi strzeli do głowy.

Za tydzień Mrówek wyjeżdża na wakacje. Sam. Chce przez siedem dni ode mnie odpocząć i się zregenerować. A ja mam tak złe przeczucia…

Dopiero straciłam terapeutę. Gdyby opuścił mnie teraz Mrówek, to…

W środę wizyta u pana T. Co prawda, już go przeprosiłam za to wszystko, przez co zabronił mi kontaktu z nim poza poradnią, ale stresuję się tym spotkaniem. Myślę, że on też ma mnie dość. Że profesjonalizm nie pozwala mu kazać mi spierdalać i szukać nowego lekarza. Ale nie ma do mnie już cierpliwości. Jak wszyscy zresztą.

Całe moje życie, cała ta pozorna stabilność chwieje się w posadach. Praca również nie jest pewna. Niby od półtora roku mam firmę, ale posiadanie tylko jednego, stałego kontrahenta, którego załatwił mi Mrówek, sprawia, że wszystko może się zawalić w ciągu jednej chwili. Wystarczy, że były szef, a obecny kontrahent będzie zmuszony znaleźć kogoś na moje miejsce, w przypadku chociażby mojej hospitalizacji. Nie będę miała dokąd wracać. Zamknę firmę i zostanę na lodzie, bez środków do życia. Sama umiem sobie znaleźć tylko podłą fizyczną robotę za podłe pieniądze, które nie wystarczą nawet na opłaty. W jednej, za umowę o pracę i najniższą krajową, musiałam znosić mobbing. W drugiej miałam śmieciówkę, harowanie na kuchni po dziesięć godzin lub więcej i wieczne pretensje szefa, że coś nie jest zrobione, choć nie należało to do moich obowiązków.

Mam trzydzieści cztery lata i jestem na rozstaju. Rozkrokiem stoję jedną nogą mocna osadzona w życiu, a druga utknęła mi autodestrukcji i śmierci. I tak szarpię się sama ze sobą od ponad dwóch dekad. Bez nadziei na to, że kiedyś powiem „w końcu jest normalnie”.

902 – bezpieczny smutek

Pan M. przygotowywał mnie na rozstanie. Przynajmniej próbował. Powtarzał, że po zakończeniu na początku nastąpi pogorszenie. Ale że to minie. Przecież jak każdy kryzys w moim życiu, no nie? I nadszedł. Z natężeniem huraganu, zamiatając wszystko, łącznie ze mną i każdym objawem racjonalnego myślenia. To takie typowe. A mimo wszystko, kiedy następuje pogorszenie, wydaje mi się, że nigdy tak źle się nie czułam. I że nigdy nie poczuję się lepiej. Każdy kryzys jest tym najgorszym, który ma mnie unicestwić.

Ale jednak zawsze przychodzi opamiętanie. Zdaje się, że znowu jestem racjonalna. Cierpiąca i smutna, niepotrafiąca się wciąż pogodzić z rozstaniem i zniknięciem pana M. z mojego życia. Ale chyba znów bezpieczna z samą sobą. Niezagrażająca sobie i nieczyhająca na własne życie.

Otoczył mnie bezpieczny, spokojny smutek. Nieodbierający chęci i sił do pisania, dzięki któremu przeżyję tę terapię jeszcze raz. Smutek zapewniający przestrzeń do zdrowego przeżycia żałoby po stracie tej relacji.

901 – autocenzura

Wczorajsza gównoburza na mojej facebookowej grupie doprowadziła mnie do ostateczności, stąd poprzedni wpis. Ale to nie tak, że zupełnie znikam. Po prostu postanowiłam nie publikować tu treści kontrowersyjnych i budzących tak skrajne emocje. Wszystkie dramatyczne wpisy będą powstawać w edytorze tekstu. Tak będzie lepiej i dla mnie, i dla Was.

Nie wiem, czy znów odcięłam się od emocji, czy ta część, która we mnie walczy o życie łaskawie się przebudziła. Niemniej jednak jakoś się pozbierałam i, choć wciąż na kolanach, brnę dalej. A może to złapanie się nikłej nadziei w kwestiach wydawniczych dodało mi sił? Nie wiem.

Zaczęłam pracę nad piątą częścią Młodego boga – „Nowe horyzonty”. To będzie ten blog. Na razie nie mam siły psychicznej na wspominki z terapii. Muszę dać sobie czas, wylizać rany, przeżyć żałobę i nabrać dystansu.