645 – zawalił się świat

Zwalił mi się na głowę cały świat. Życie leży na wznak i ma wszystko w dupie.
Nasz związek to fikcja. Suma frustracji, lęków i złych emocji.
Ostatnio najczęściej przytula mnie łózko. Poduszka spija litry łez. To jedyni przyjaciele.
Zabrał mi Lorafen. Przecież bez niego nie funkcjonuję. A raczej funkcjonują wszystkie lęki i najgorsze mechanizmy.
Wczorajsza rozmowa smsowa z terapeutą. Tak mi wstyd. Po co napisałam, by porozmawiał z moim psychiatrą? Co by to miało dać?
Obiecałam panu M. że się nie zabiję. Trudna to była obietnica. Ale zamierzam jej dotrzymać. Będę się starać. Z całych sił.
Inaczej się ma rzecz z okaleczaniem… Za późno.
Czuję się niepotrzebnym nikomu śmieciem. Pierdolonym zerem, dla którego szkoda tlenu.
Chciałabym krzyczeć: POMOCY! Ale wiem, że odpowie mi tylko echo.

644 – Artykuł: Wpływ osoby psychoterapeuty na przebieg terapii

Wpływ osoby psychoterapeuty na przebieg terapii

Terapia psychodynamiczna. Dlaczego w jednej wyrwałam tylko dziewięć miesięcy, a druga trwa już ponad trzy lata? Odpowiedź jest prosta – głównym czynnikiem była tu osoba psychoterapeuty. Postanowiłam więc porównać obu terapeutów i pokazać Wam, dlaczego jedna z terapii została skazana na porażkę, a druga trwa od kilku lat i nic nie zapowiada, żeby nasza współpraca zakończyła się przedwcześnie.

Obaj całkowicie od siebie inni. Tak pod względem osobowościowym, jak i fizycznym. Wyglądem jednak nie będę się zajmować, mając na uwadze panów prywatność.

Styl bycia

Pan S. był bardzo powściągliwy. Siedział prosto, mało się ruszał. Nie śmiał się. Nie reagował spontanicznie. Zdawało się, że każdy jego ruch i słowo są dogłębnie przemyślane. To mnie dodatkowo usztywniało. Sprawiało, że nie mogłam złapać potrzebnej do rozmowy dawki luzu. Czułam się skrępowana i zastygałam na fotelu jak on.

Pan M. zachowuje się luźno. Siada wygodnie, zmienia pozycje, śmieje się, gdy powiem coś śmiesznego. Mam wrażenie, że jego wypowiedzi są spontaniczne, szczere.
Przy panu M. czuję się swobodnie i bardziej się otwieram. Przede wszystkim darzę pana M. sympatią i zaufaniem.

Podejście do SMS

Pan S. miał kategoryczne podejście do SMS. Nie akceptował ich, jeśli nie dotyczyły spraw formalnych, czyli odwoływania sesji. Gdy zdarzyło mi się coś napisać, nie odpisywał, a na sesji mnie za to „karcił”.
– Mam pustkę w głowie – powiedziałam.
– Ma pani pomysł dlaczego pojawił się lęk?
– Nie.
– Na pewno? Bo ja wiem. Wysłała pani do mnie SMS.
Mówił tak, jakby była to jakaś zbrodnia.

Pan M. również nie dopuszcza kontaktu SMS, jednak nie trzyma się tego tak restrykcyjnie. Gdy zdarzy mi się do niego napisać, np. że chce mi się ciąć lub nie mam siły żyć, odpisuje, że będziemy o tym rozmawiać na sesji. Jednak zawsze dodaje jakieś zdanie przed tą informacją, np. „rozumiem, że jest pani ciężko” albo „proszę starać się wytrzymać”. To sprawia, że nie czuję się zignorowana, a jednocześnie przypomina, że rozmowy dopuszczalne są tylko podczas sesji.

Reakcja na autodestrukcję i autoagresję

Pan S. początkowo próbował analizować moje zachowania destrukcyjne. Jednak po jakimś czasie najwyraźniej zaczęło go to przerastać, bo każde takie zachowanie karał brakiem sesji.
Powodowało to, że czułam się skarcona, odrzucona. To bezpośrednio doprowadziło do zerwania relacji terapeutycznej przez SMS.

Pan M. różnie reaguje na moją autodestrukcję. Raz nawet sarkastycznie zapytał:
– I co, pomogło?
Gdy opowiadałam mu o podwieszeniu się. Zazwyczaj jednak jest wspierający, bo wie, że tego właśnie potrzebuję. Nigdy nie karze mnie za takie zachowania. Nie daje mi po sobie odczuć, że zrobiłam źle. Ja to przecież wiem i dodatkowe besztanie nie jest mi potrzebne. I bez tego czuję się wystarczająco źle.
Zdarzało mi się również przychodzić na sesję pod wpływem alkoholu. Pan M. nie wypraszał mnie. Podczas sesji przyznawałam się do tego i wyjaśniałam, że chciałam mu bardzo coś powiedzieć, ale bez alkoholu nie dałabym rady. Nie krytykował tego, ale ja nie nadużywałam.

Podejście do dialogu

Pan S. podchodził do mnie bardziej analitycznie. Mniej skupiał się na dialogu, bardziej na wolnych skojarzeniach i analizie moich wypowiedzi. Mówiłam coś, po czym on to analizował. Nie za bardzo przypadło mi to do gustu.
Swoje analizy uważał za jedyne słuszne i ostateczne. Nawet, gdy się z nim nie zgadzałam, tak prowadził rozmowę, by mi to udowodnić.

Pan M. główny nacisk kładzie na dialog, wymianę myśli. Nie analizuje mnie i moich zachowań w tak oczywisty sposób. Rozmawia ze mną o tym. Przez to czuję się bardziej jak ktoś w relacji partnerskiej niż w relacji ucznia i mistrza lub rodzica i dziecka. Sprzyja to otwieraniu się i budowaniu zaufania. Pan M. otwarty jest na moje zastrzeżenia do jego wypowiedzi.

Odnoszenie się do własnej osoby

Pan S. nieustannie odwoływał się do swojej osoby. Jakby z góry zakładał, że reaguję w sposób typowy dla osoby z pogranicza. Ja miałam właśnie duże problemy żeby się do niego zbliżyć. A jemu się wydawało, że nie wyobrażam sobie życia bez niego.

Pan M. odniósł się do swojej osoby tylko kilka razy przez trzy lata. Na przykład pamiętam sesję, podczas której się nie odzywałam. Zamknęłam się w sobie i nie potrafiłam nic powiedzieć. Pan M. pochylił się w moją stronę i mówił. Nagle zapytał:
– Chyba nie chce mi pani sprawić przykrości?
Obserwował mnie dobrą chwilę pochylony w moją stronę, ale nie potrafiłam nic powiedzieć. Prawdę mówiąc, w tamtej chwili chciałam mu sprawić przykrość. A przynajmniej miałam to gdzieś.
Jest bardzo ważną osobą w moim życiu, jednak tego nie wykorzystuje i nie podkreśla.

Ogólne wrażenie i odczucia

Pan S. był w gabinecie sztywny i niespontaniczny. Powodowało to, że jeszcze bardziej się usztywniałam i zamykałam w sobie. Na sesjach miałam wrażenie, że musi się dowartościowywać moim kosztem. Często wmawiał mi, że jest dla mnie tak samo ważny jak Mrówek (mój narzeczony), a tak nie było. Czułam się traktowana przez niego jak obraz kliniczny borderline, a nie, jako ja, indywidualna jednostka.

Pan M. jest człowiekiem wyluzowanym, pewnym siebie. Czuć, że jest profesjonalistą. Czuję się przy nim bezpiecznie i swobodnie, jest wart zaufania. Nigdy nie wykorzystał nic co powiedziałam przeciwko mnie. W moim odczuciu traktuje mnie, jak indywidualną jednostkę, a nie obraz kliniczny.
Ufam mu jako specjaliście i wierzę, że przy jego pomocy się wyleczę.

Wnioski i podsumowanie

Osoba psychoterapeuty i jego osobowość mają w terapii ogromne znaczenie. Nie twierdzę, że pan S. nie był profesjonalistą. Po prostu nie pasowaliśmy do siebie. Nie potrafiłam z nim nawiązać odpowiedniej więzi i nasza relacja pełna była niedomówień i barier.
Przy panu M. czuję się swobodnie. Jego osobowość bardzo mi odpowiada. Dzięki temu i sposobowi, w jaki prowadzi terapię nasza relacja jest głęboka i oparta na zaufaniu. Chcę z nim dalej pracować, aż do wyleczenia.
Jednym z ważniejszych czynników mających wpływ na pomyślność psychoterapii psychodynamicznej jest odpowiednie dobranie terapeuty. Zatem, gdy w waszej relacji terapeutycznej coś jest nie tak, nie bójcie się zmienić osoby prowadzącej, bo bez zaufania i poczucia bezpieczeństwa nie osiągniecie swoich terapeutycznych celów.

Zapraszam do zakupu moich autobiograficznych książek w Empiku: KUP TERAZ

643 – terapia borderline: panika

– Poprosiła pani jednak o jeszcze jedną sesję. Dlaczego się pani zdecydowała?
– Bo… Wpadłam w panikę. W poniedziałek wieczorem pojawiły się myśli samobójcze. We wtorek tak samo. I przestraszyłam się, że ten zły nastrój wraca.
Potem zaczęliśmy rozmawiać o moich relacjach z ludźmi. Że jest we mnie paradoks. Z jednej strony pragnę kontaktu i go szukam, a z drugiej napawa mnie on lękiem i go unikam.
– Dobrze to było widać na poprzedniej sesji, prawda? – Zapytał terapeuta. – Zrezygnowała pani że spotkania ze mną, jakby nie było pani potrzebne. A jednak dzień później już chciała się pani spotkać.
Mówiłam o tym, że nie rozumiem ludzi. Sensu ich wypowiedzi, żartów. Nie wiem, czego ode mnie oczekują. Mam problem z wyczuciem, kto w jakim jest nastroju i jaki ma do mnie stosunek.
– Ważne dla nas jest, żeby się pani nie krzywdziła, kiedy źle się pani czuje, bo to tylko pogarsza pani stan.
Tak. To zdecydowanie jest ważne.
– Ostatnio była pani taka radosna. Dziś nic z tego nie pozostało.
– Bo ostatnio byłam młodym bogiem. Dziś jestem raczej smutnym szatanem.
– Dlaczego smutnym?
– Bo z jednej strony czuję się szczęśliwa, ale z drugiej… czuję, jakbym jedną nogą stała w dobrym nastroju, a drugą w rozpaczy.
– Nam chodzi żeby wzmocnić tę nogę, która stoi pani w szczęściu, prawda?
– No tak…
I tak się zakończyła sesja.

642 – sesja

Wczoraj poprosiłam terapeutę o jeszcze jedno spotkanie w tym tygodniu. Wystraszyłam się bowiem pogarszającego się nastroju.
Dziś sie zastanawiam, po co mi ta sesja. Nie za bardzo wiem, o czym mam mówić. Że to, co mówiłam na poprzedniej już nie bardzo obowiązuje? Już nie jestem pewna siebie. Już nie czuję się młodym bogiem. Ale co więcej?

640 – skończyło się kozaczenie

No i skończyło się kozaczenie. Dobry nastrój prysł jak bańka mydlana. Nie to, żeby była tragedia. Co to, to nie. A jednak łzy cisną się na oczy. Łzy suche.
Na słuchawkach reggae. Pod palcami klawiatura. Cholerna praca. Obecny projekt jest bardzo uciążliwy.
Dziś spałam dwanaście godzin. Mrówek obudził mnie tuż przed południem. Nie ruszyłam przed pracą żadnej z książek.
Właśnie, książek. Nie zaczęłam pracy nad czwartą częścią Młodego boga. Zrobię to w najbliższych dniach. Okazało się bowiem, że nie mam gotowego pliku do wydruku. Muszę pozbierać materiały i przenieść do edytora. Niemniej jednak, książka ukaże się w przyszłym roku. To mogę Wam obiecać. Czy na papierze? Będę rozmawiać z wydawnictwem.

639 – terapia borderline: wypracowanie

Cześć i czołem moi Mili!
Spieszę donieść, że od wczoraj nastrój jest zgoła inny. Obudziłam się w dobrym humorze i znów jest moc!
– Jakbym rozmawiał z innym człowiekiem niż w tamtym tygodniu – zauważył terapeuta.
– Tak się czuję!
– Jak pani rozumie tę zmianę?
– Tydzień temu się nienawidziłam, a teraz… kocham siebie!
– Za co się pani nienawidziła?
Hmm, dobre pytanie.
– Ogólnie, za sam fakt, że istnieję.
– A teraz kocha się pani za sam fakt istnienia?
Chwilę milczałam, nie za bardzo wiedząc, co na ten temat sądzę.
– W zasadzie… Chyba tak – odrzekłam w końcu.
Dziś pan M. pobił jakiś rekord. Napisał o mnie chyba całe wypracowanie w swoim kajecie. Nie pamiętam, by kiedykolwiek tak dużo notował. I te jego pytania były jakieś takie… podchwytliwe.
– To jak, pani Aniu, widzimy się jeszcze w tym tygodniu? – Zapytał, mając na uwadze moją chęć powrotu do dwóch sesji tygodniowo. – Bo mnie w przyszłym tygodniu nie ma, także moglibyśmy się zobaczyć… dwudziestego dziewiątego sierpnia.
– Niech będzie ten dwudziesty dziewiąty.
Po co mi dwie sesje? Czuję się wyśmienicie!

638 – mama

Dziś zostałyśmy z mamą same w kuchni. Robiłyśmy sałatkę. Nagle zapytała mnie o coś dotyczącego terapii. Odpowiedziałam.
– Nie denerwuje cię albo nie czujesz się zakłopotana, kiedy pytam o takie sprawy?
– Nie – odezwałam stanowczo acz miło. I zgodnie z prawdą.
Od słowa do słowa zaczęłam jej czytać fragmenty notatek z tego bloga dotyczących terapii. Była ciekawa, jak taka sesja wygląda.
Przesłałam też rodzicom „Borderline: Autoterapia, czyli…” (wydawca mi chyba wybaczy 😉 ). Myślę, że są już dość przygotowani.
– Wiesz… Ja bardzo cierpiałam, no myślałam, że już nigdy nie będziemy miały dobrych relacji. Że już zawsze będziesz traktowała mnie jak wrogą.
– Ale teraz mamy dobre relacje. To najważniejsze, pamiętaj.
– Tyle razy myślałam, co zrobiłam źle…
Wtedy zaczęłam jej tłumaczyć w jaki sposób powstaje borderline. Chyba udało mi się ją przekonać, że to nie jej wina. Że na to nałożyło się wiele czynników.

637 – na wsi

Jesteśmy od kilku godzin na wsi. Nie chciałam jechać, ale chyba dobrze zrobiłam. Nie chcę być bucem i siedzieć sama w pokoju.
Męczy mnie to trochę. Rozmawiam, śmieję się. Ale to tak bardzo wykańcza.
Kocham rodziców. Dobrze mi z nimi. Ale teraz najchętniej poszłabym spać.

Na fb pytałam, czy chcecie abym zaczęła pracę nad czwartą częścią „Młodego boga…”. Byłby to dziennik, który prowadziłam w trakcie terapii u pana S. Chcecie?