822 – przeczucie

Nie wiem… mam dziwne przeczucie graniczące z pewnością, że nie zostało mi wiele życia. Resztki swojego czasu na tym padole łez marnuję na pogoń za mamoną, którą się zawsze brzydziłam. Żeby kupić to, żeby było stać na tamto. Tak, jakby rzeczy materialne miały jakieś znaczenie.

Wolałabym poświęcić tę resztkę czasu na to, co jest naprawdę ważne i wartościowe – Sztukę. Zapisać swoich myśli i meandrów wyobraźni jak najwięcej się da. Pozostawić po sobie coś, co uważam za najcenniejsze – życie wewnętrzne wraz ze wszystkimi myślami, wspomnieniami, wyobrażeniami czy marzeniami. Wraz z rodzącymi się wiecznie obrazami przeżyć bohaterów. Wymyślonych przecież, a tak żywych, tak moich, zrodzonych z kooperacji mojej świadomości i podświadomości.

Na mnie linia mojej rodziny się kończy. Nie będę miała dzieci, więc ta gałąź drzewa genealogicznego uschnie wraz z moją śmiercią. Nie będzie potomków, którzy mogliby sięgnąć po moje utwory. Ale może kiedyś… kiedyś ktoś je odkurzy. Odkryje dla świata. I dzięki temu da im oraz mnie nowe życie.

821 – przebieram nogami, bo…

„Granice obłędu” są na finiszu!

Wstałam dziś przed siódmą i zaczęłam pisać ostatni rozdział. Koło ósmej zachciało mi się spać, a że nie chciałam potem tracić czasu w ciągu dnia na drzemki, poszłam jeszcze się przekimać.

Teraz siedzę w pracy przy PC-ie. Mam jednak ogromną ochotę włączyć laptopa, położyć go na biurku obok monitora i zamiast pracować, kończyć przygody Marcina, Jess, Larsen i Teda. Przebieram nogami, by skończyć pisać! I to nie jest hiperbola, hehe.

Nastrój ostatnio kapryśny. Raz marudny, raz płaczliwy, raz złośliwy. I nie wiem, czemu. Denerwuję się na siebie za to, że taka jestem. Że uprzykrzam życie Mrówkowi, choć nic złego mi nie robi i zdecydowanie nie zasługuje na takie traktowanie.

Jeszcze pół rozdziału, tylko pół rozdziału, tłumaczącego, co tak właściwie się stało w tej historii.

Mam szczerą nadzieję, że Wam się spodoba. No, i że uda mi się znaleźć wydawcę…

820 – „Guru”, czyli nowa powieść, nowa przygoda

Wczoraj praktycznie cały dzień przespałam. Czułam się tragicznie, więc lorazepam pomógł też przespać wieczór i prawie całą noc.

Jest 5:55 a ja siedzę z laptopem na kolanach i testuję nową technikę pisania – od razu na komputerze. Napisałam całe 795 znaków nowej powieści. Trochę mi dziwnie nie czuć długopisu w palcach i papieru pod dłonią, tylko uderzać bezdusznie w klawisze.

Musi się coś zmienić. Czuję, że musi się w moim życiu coś zmienić, bo to skończy się źle. Szczegóły jednak pozostawię dla siebie.

Co z „Granicami obłędu”, zapytacie? Czekają. Zostało mi jakieś 20-30 tysięcy znaków do napisania. Kilka rozdziałów. Jednak cały czas myślę nad najlepszym zakończeniem. Oczywiście pomysł na to, jak zakończyć losy Teda, Jess, Marcina i Larsen już mam i miałam od początku. Tylko chcę to zrobić w sensowny sposób, żeby trochę dłużej potrzymać Was w napięciu, a nie wyłożyć kawę na ławę od razu.

Dziwny to czas.

Jeszcze tydzień do sesji. Prawie trzy tygodnie bez spotkań z panem M. Powoli wariuję. I choć psychiatra w środę stwierdził, że czas powoli odchodzić od cyca (czytaj zakończyć terapię), to ja wciąż nie jestem na to gotowa. Zbyt wiele spraw nie zostało przerobionych. Zbyt wiele niewiadomych kryję sama przed sobą.

819 – i nagle nastał spokój

Obudziłam się dziś w neutralnym nastroju. Po wczorajszej tragedii nie ma śladu. No, takie jednodniowe kryzysy to ja rozumiem.

W kolejce do psychiatry trochę pisałam. Przygoda z „Granicami obłędu” dobiega końca. Jeszcze tylko kilka rozdziałów.

Wzięłam rano do ręki nowy zeszyt. Na okładce kamper na tle błękitnego nieba. Iście wakacyjny obrazek. Na trzeciej stronie (gdyż pierwsze dwie zawsze zostawiam na notatki) zapisałam takie oto dwa zdania:

„Była najbrzydszą dziewczyną w szkole. Przynajmniej tak twierdzili jej rówieśnicy, którzy na każdym kroku uświadamiali jej to w niewybrednych słowach.”

Tak, to początek nowej powieści. Świeżutki pomysł, na razie bez żadnych szczegółów. Zdradzę Wam tylko jeszcze, że roboczy tytuł to „Guru”.

818 – jak trwoga, to do bloga

Tak to już ze mną jest. Potrafię tu milczeć dłuższy czas. Ale gdy coś się dzieje… Pierwsza myśl: napisać na blogu.

Co tu będę dużo mówić. Jest źle. Bardzo źle. Przespałam prawie cały dzień, a każda pobudka sprawiała, że jeszcze bardziej nie chciało mi się żyć.

Obudziłam się w parszywym nastroju i z każdą godziną było coraz gorzej. Lorazepam pomógł mi się uspokoić, ale nie poradził sobie z nasilającymi się myślami samobójczymi i autoagresywnymi.

Dla własnego bezpieczeństwa i ciągłości skóry, od dłuższego już czasu nie mam w domu żadnych żyletek. Ale klamek z mieszkania się przecież nie pozbędę…

Pierwszy raz od dawna płakałam. Ze łzami zasnęłam. I z nadzieją, że będzie to sen wieczny. Jakież było moje rozczarowanie, gdy otworzyłam oczy, a świat nadal istniał.

Nie mam siły pracować ani pisać czy przepisywać to, co mam z zeszycie.

Wydawnictwo, które było wstępnie zainteresowane wydaniem „Dwóch sów”, po ponad miesiącu ostatecznie się rozmyśliło.

Znów nie potrafię w niczym znaleźć sensu. nawet w moim ukochanym pisaniu. Po co, skoro i tak nikt tego nie wyda? Pisanie dla siebie, czy, jak to się ładnie określa, do szuflady, jest nie dla mnie. Nie satysfakcjonuje mnie to. Wręcz przeciwnie, frustruje i załamuje.

Do poczytania. Kiedyś tam

817 – już nie mogę; to przez nogę i dalej mogę!

Gdyby to było takie proste, nie?

Mam dziś słaby dzień. Do tego stopnia, że musiałam się wspomóc lorazepamem w dawce dwa i pół miligrama.

Jutro psychiatra. Kończą mi się leki. Dobrze, że się z nim spotkam, bo terapię miałam w zeszły wtorek, a następna sesja dopiero trzeciego lipca.

Trochę u mnie działo w ciągu mojego milczenia tutaj.

Odważyłam się porozmawiać z panem M. o naszej relacji. Czyli zrobiłam to, czego tak bardzo się bałam i tak długo to odkładałam. I co? Okazało się, że jak już zaczęłam mówić, to jakoś to poszło.

Nie pamiętam, czy wspominałam… Obłęd zyskał nowy i ostateczny tytuł „Granice obłędu”. Zostały mi do przepisania na kompie trzy rozdziały. Szacuję, że po przeniesieniu tych rozdziałów na wersję elektroniczną, książka będzie miała ok. 345 tysięcy znaków. Co da jakieś 260-270 stron wydanej książki. Przede mną napisanie kilku ostatnich rozdziałów. Szacuję, że ostateczna wersja tego thrillera będzie dobiegać do 300 stron.

Niestety wciąż nie znalazłam wydawcy na „Dwa słowa”, choć kilka wydawnictw było zainteresowanych, jednak ostatecznie się rozmyśliły. No cóż. Może to jeszcze nie jej czas?

Żal rozstawać mi się z procesem pisarskim Granic obłędu. Bardzo związałam się z tymi postaciami. Za to w głowie majaczą mi dwa pierwsze zdania nowej powieści…

816 – terapia borderline: nie mam już do siebie siły

Jak słowo daję, jeśli na następnej sesji się nie otworzę, to rezygnuję. Jestem na siebie zła, wściekła! Czuję się okropnie sfrustrowana. Dlaczego?

Praktycznie całą sesję przemilczałam. Nie odpowiedziałam nawet na zadane przez pana M. pytanie, o czym myślę. Chciałam, tak bardzo pragnęłam powiedzieć, ale nie potrafiłam.

Całą sesję zbierałam się do tego, by powiedzieć o swoich przemyśleniach. Przemyśleniach, o zgrozo, dotyczących naszej relacji. Kurwa, przecież ja nawet nie chciałam nic skrytykować! A po prostu stwierdzić fakt, że nie potrafię podzielić się z nim swoimi przemyśleniami. Że wypowiedzenie słowa „bliskość” w kontekście naszej relacji napawa mnie lękiem. Że boję się panicznie bardziej otworzyć, zbliżyć do niego, jakbym robiła coś złego. Jakby to było obrzydliwe i nie na miejscu. A przecież w naszej relacji nie ma ani krztyny romantyzmu czy erotyzmu ani z jednej, ani z drugiej strony. To jest mój terapeuta i tak go traktuję. Relacja z nim przypomina trochę relację matki z dzieckiem. Czy raczej dziecka z matką, bo przecież z mojej strony tak jest.

Chciałam, naprawdę pragnęłam mu o tym powiedzieć. Ale siedziałam zastygła, wzrok wbity we własne paznokcie u rąk splecionych i opartych o kolana. Wzrok… heh, przecież nawet ich nie widziałam – obraz zupełnie rozmyty za ciemnym filtrem lęku. Nie potrafiłam nawet przełknąć śliny! Odliczałam w kółko do trzech. Bo wymyśliłam sobie kiedyś sposób, by na trzy się odzywać. Nic z tego. Żadne trzy nie skończyło się nawet nabraniem większej ilości powietrza, by choć spróbować zainicjować mowę.

– O czym pani myśli? – Zapytał po długiej chwili milczenia.

A ja nic. Nawet nie drgnęłam. Odpowiedziałam mu w myślach. W myślach prowadziłam długi monolog, z którego do świata zewnętrznego nie przedostał się choćby pojedynczy dźwięk.

A w głowie wciąż słyszałam jego słowa: powinna pani mówić o tym, o czym nie chce pani mówić.

Mam dość. Nie mam już do siebie siły…

815 – jaki tytuł?

Ten tydzień przyniósł tyle emocjonalnego bólu, że ten nieopatrznie zmienił się w cierpienie. Cierpienie tak niewyobrażalne w swym ogromnie, że chciałam zakończyć swoje życie. Zdecydowanie, definitywnie i tym momencie. Byle tylko przestać czuć.

Ale milczałam. Milczałam z rozmysłem. Nie chciałam bowiem obrzygiwać Was tą udręką.

Cierpienie odeszło tak nagle, jak przyszło. Ale pozostawiło po sobie pustkę nie do zapełnienia. Jestem jak wyschnięta studnia, o której ściany obija się rzucony kamień. Tępe echo wypełnia przestrzeń, by po chwili zamilknąć na wieki.

Znów straciłam serce do pisania. Choć siedzę nad zeszytem i co jakiś czas wypluwam pojedyncze zdanie. Ale to nie to, to nie moje ukochane pisanie.

Do poczytania w lepszym czasie.

Wierzę.

814 – łaknienie bliskości z panem M.

Jakże odmienny mam dziś nastrój od wczorajszego! Znów czuję się, jak oświecona, jak natchniona i czekająca tylko, by pobiec na sesję z panem M.!

– Czego się pani boi?
– Bliskości. Jej utraty… przerwania terapii…
– Że ja miałbym ją przerwać?
– Tak – przyznałam szczerze, ze wstydem w głosie.
– Ale to pani to robi, nie przychodząc na sesje.

Przecież to tak oczywiste!

Zawsze miałam tendencje do uprzedzania opuszczenia. Kiedy czułam, że coś jest nie tak, albo uciekałam, albo przestawało mi zależeć. Podobny mechanizm obserwuję na terapii. Ale teraz jestem silniejsza, bardziej świadoma. Potrafię się zatrzymać i temu przyjrzeć.

Oczywiście nadal jest we mnie szalenie dużo lęku i obaw, że terapia skończy się nagle, bez uprzedzenia. Albo że pan M. skrzywdzi mnie w jakiś sposób i nie będę sobie potrafiła z tym poradzić. Jednak ufam w jego mądrość, doświadczenie i profesjonalizm. To pozwala mi iść naprzód, krok po kroku, choćby malutkim.

Cieszę się, że trafiłam na tak wspaniałego terapeutę. I nie mogę się doczekać kolejnej sesji!

813 – terapia borderline: kierunek lęku przed bliskością – ujarzmienie

Spóźniłam się na dzisiejszą sesję, przed którą połknęłam aż 5mg lorazepamu. Inaczej nie dałabym rady tam pójść. Siedziałam na ławce przed klatką i paliłam papierosa, ostatecznie rozstrzygając, czy wejść do środka, czy jednak uciec, jak w poniedziałek. W końcu wstałam i poszłam na sesję.

Nie ściągnęłam okularów. Nie mogłabym mu spojrzeć w oczy, co zresztą mu pisałam. Tym razem pozwolił mi w nich siedzieć, nic na to nie powiedział. Także całą sesję oddzielały mnie one od spojrzenia pana M.

– Co to się ostatnio działo? – Zapytał od razu, gdy usiadłam.
– Nie wiem… – bąknęłam. – Myślę, że… że to ten lęk. Przed bliskością.

Dużo rozmawialiśmy o bliskości. O pochłonięciu przez drugą osobę. O utracie tożsamości. Zniewoleniu. Tak, to z tym kojarzy mi się bliskość.

Po dłuższej chwili milczenia, pan M. stwierdził, że wyglądam, jakbym czekała na karę. Przyznałam, że tak się właśnie czuję. Jak ktoś winny, zasługujący na karę.
– Za co?
– Za to, że w ogóle żyję. Zużywam tlen.

Na koniec pan M. powiedział, jak ważne jest to, żebym nie opuszczała sesji. Że będę widziała wtedy, że nie dzieje się na nich nic strasznego. A mój mózg przyzwyczai się w końcu, że to tylko fantazje, a nie realne życie.