430 – „Terapia u Doktorka” ukończona!

Dziś pobudka o szóstej i od razu zabrałam się za pisanie. Jest godzina dziesiąta, a ja radośnie Wam oznajmiam, że skończyłam redagowanie!
Tak, tak. To prawda. Teraz muszę przenieść poprawki na wersję elektroniczną. Wydrukować, przeczytać, poprawić. I tak kilka razy.
Ale najważniejsze jest to, że część najbardziej twórczą już skończyłam.
Jestem z siebie tak bardzo dumna! Ostatnimi dniami pisałam prawie cały czas.
Tylko żeby znów nie przyszła żałoba z powodu zakończenia pracy…
Teraz tylko zebrać potrzebną sumę i można wydawać papier!

Zaczęłam pisać mając 27 lat. Za trzy tygodnie mam trzydziestkę i napisałam do tej pory trzy książki (cztery, jeśli liczyć „Teofila”). Kiedyś nie potrafiłam napisać nic dłuższego niż kilkanaście stron. A teraz? Nigdy nie wiesz… Nigdy nie wiesz, co przyniesie jutro. Dlatego warto żyć i realizować marzenia!

429 – równowaga musi być

Już nie pamiętam, kiedy ostatnio tak dobrze mi się pisało. Przeredagowuję na papierze osiemnasty rozdział. Piszę, jak szalona.
A mimo to, chyba dla równowagi, ten przeklęty smutek. Wkradające się tylnymi drzwiami zwiatpienie i bezsens. Każda minuta to praca nad odporem tych myśli. W ferworze tworzenia łatwiej jest je uciszyć. I wierzyć w lepsze jutro.

428 – terapia borderline: progres?

Na terapii lepiej.
Mam wrażenie, że jestem bardziej spontaniczna. Przez dotychczasową obronną pustkę w głowie, zaczynają przebijać się obrazy, majaki myśli.
– Dążymy do takiego stanu, w którym będzie pani myślała na głos – powiedział kiedyś terapeuta – ku mojemu zdziwieniu.
Ja? Ja miałabym myśleć na głos? Toż to jakiś żart! A chwilę później załamanie i utrata poczucia sensu terapii. Założenie z góry, że się nie da.
A teraz?
Zaczęłam rozmawiać. Nie wygłaszać komunikaty i próbować odpowiadać na pytania. Zaczęłam podejmować próby spontanicznej rozmowy. Staram się, by skojarzenia pojawiające się w trakcie sesji były komunikowane. Pozwalam sobie na to, by migawki myśli były wyłapywane przez świadomość i wypowiadane, choćby wydawały się nijak nie pasować do danej sytuacji.
Uwierzyłam, że NAPRAWDĘ można się zmienić i że REALNIE ma się wpływ na swoje życie.
Już nie tylko wierzę, ale i wiem, że się wyleczę. Że obecne słabości mogą stać się przyszłymi mocnymi stronami.

Chyba powinnam zapytać terapeutę, czy też widzi tę zmianę. Bo może znów mi się coś tylko wydaje. Może powinnam. Ale jakoś nie potrafię.

427 – wieści z bałaganu kartek

    O ósmej obudził mnie silny ból głowy. Pojawiły się myśli rezygnacyjne. Mimo wszystko nie dałam się. Jestem zbyt zmotywowana. Za bardzo mi zależy, żeby sobie odpuścić choćby jeden dzień.
    Kawa – jedna, druga, trzecia. Łeb pęka, ale to mnie nie powstrzyma. Tym sposobem znalazłam się dziś na półmetku.
    W południe wydrukowałam pierwszą przeredagowaną połowę książki i padłam.
    Nie mam już siły. Łeb boli coraz bardziej. Muszę się położyć.
    Ale dzisiejszy dzień uznaję za wygraną bitwę.

426 – wiosna!

Ta pora roku i neuroleptyk sprawiają, że przestaję być sobą – wstaję skoro świt, pełna energii do działania. Taka wersja mnie mi się podoba.
Dochodzi godzina ósma rano, a ja właśnie zaczynam poprawiać drugi rozdział. Wczoraj też ogarnęłam dwa. Jak tak dalej pójdzie, skończę do kwietnia, a nie do maja.

Tylko proszę, niech znów nie przyjdzie kryzys. Idzie mi tak dobrze. Nie chcę znów chcieć zdechnąć. Ja muszę mieć siłę, żeby pisać. Wszystko zapisać!

Szczęśliwego pierwszego dnia wiosny i całego życia – wszystkim!

425 – nadchodzi wyż

I to nie tylko w pogodzie.
Po wiadomości otrzymanej w tamtym tygodniu aż palę się do pisania. Nabrałam wiatru w żagle. Pracuję w tempie rozdziału na dobę.
Jedna czwarta książki za mną.

Jestem tak zakręcona i osadzona w swoim świecie, że tę notatkę zaczęłam pisać na kartkach książki. Myślałam, że to fragment „Terapii u Doktorka”. Cóż… Wena rządzi się swoimi prawami.

424 – niedziela

Chyba najgorszy dzień tygodnia. Nawet poniedziałek jej ustępuje.
Bezsenna noc – całkowicie. Czyżby przez arypiprazol? Z boku na bok, z boku na bok.
O 5:00 wstałam. Wypiłam dwie kawy, połknęłam leki. Cztery godziny później położyłam się i spałam do 11:00. Znów ta wysokiej jakości higiena snu… Ale co zrobisz, jak nic nie zrobisz? Można było połknąć Lorafen, no można było. Ale chciałam się z tym problemem uporać sama. No to się uporałam, nie ma co.

Cztery przeredagowane rozdziały „Terapii u Doktorka” w wersji cyfrowej spoczywają na dysku. Dokładnie na kilku dyskach. Lepiej mieć kilka kopii. Licho nie śpi, a złośliwość przedmiotów martwych… I tak dalej.
Pozostałe rozdziały, które pokrywają literami stosik kartek, czekają na swoją kolej. Uwielbiam kreślić czarnym długopisem po czarnym wydruku. I dopisywać, i skreślać, i skreślać, i dopisywać. Wtedy czuć, że się coś dzieje. A jak praca idzie do przodu to i człowiek czuje, że żyje.

423 – recenzja „Borderline: Autoterapia, czyli…” na Neuroskoki.pl

Zapraszam do lektury recenzji „Borderline: Autoterapia, czyli…”

Autor: Maja Kochanowska z Neuroskoki.pl

Książkę polecam studentom psychologii i psychologom, którzy pracują z osobami z zaburzeniami osobowości. Dużo wyniosą z niej również bliscy i znajomi osób z borderline, którym książka pozwoli lepiej zrozumieć zachowanie takiej osoby. Może być cenna także dla osób, które same zmagają się z problemami z emocjami i pragną lepiej zrozumieć samych siebie.

Całość recenzji:
http://neuroskoki.pl/recenzja-borderline-autoterapia-czyli-o-sprawach-powaznych-z-solidna-dawka-autoironii/