274 – kryzys

Wczoraj i Lorafen nie był w stanie pomóc.
Cały dzień katar, osłabienie i kichanie. Leżenie w łóżku na przemian z próbami pracy.
Wieczór przyniósł prawdziwe załamanie. Potoki łez. Obmyślanie planów na wyjście ostateczne. Wściekłe trzaśnięcie drzwiami z tabliczką „Życie”. To miał być koniec. Nie wiedziałam tylko jak.
Jak zostawić Mrówka? Jak zostawić ojca i ciotkę? I, w końcu, jak zrobić to śmiertelnie chorej matce? Czułam się postawiona pod ścianą. Kolejne tabletki lorazepamu i kolejne łzy. Nic nie dawało ukojenia.
A noc?
Noc przyniosła cztery godziny snu. Cztery cholerne godziny, podczas których mogłam zapomnieć, że żyję.
A teraz znów pita kawa, łykane leki. Oczekiwanie na sesję po urlopie terapeuty.
11:45 – idę tam jak na ścięcie. Jak mu powiedzieć, że jest znacznie gorzej niż gdy wyjeżdżał?

Próbuję zająć głowę pracą i kolejnymi recenzjami. Ale to dziwnym trafem, tylko przybliża mnie do nieuchronnego…

273 – Psychologiazycia.com – recenzja „Młodego boga…”

MŁODY BÓG Z PĘTLĄ NA SZYI – PSYCHIATRYK… czyli podróż przez nieznane, by poznać, to co mało poznane…

Książka „Młody bóg z pętlą na szyi – Psychiatryk” autorstwa Anki Mrówczyńskiej jest niezwykłą podróżą przedstawiającą nieznany świat osób chorujących na zaburzenia osobowości typu borderline. Skonstruowane w formie dziennika treści tworzą zbiór informacji o powyższej chorobie, co sprawia, że z łatwością czyta się i przyswaja przedstawione zapiski.
Książka ta stanowi praktyczny przewodnik dla rodzin, terapeutów oraz lekarzy. Dzięki niej możemy się dowiedzieć, jak wygląda życie z osobą cierpiącą na zaburzenia osobowości typu borderline i w jaki sposób ona sama odbiera to życie. Autorka w swych wypowiedziach wykazuje się niezwykłą szczerością i pełnią zaufania do czytelnika – jednocześnie daje szansę na poznanie owej choroby, od tego, co dzieje u samej osoby chorującej, a tym, co dzieje się na zewnątrz. Szczerość i prawdziwość wynika z faktu, że zarazem autorka i osoba chorująca, to jedna i ta sama osoba.

Przeczytaj całość: Psychologiazycia.com – recenzja „Młody bóg z pętlą na szyi. Psychiatryk”

272 – lorazepamowe ukojenie

W środę byłam u psychiatry. Dwanaście kilometrów z buta. Część drogi wzdłuż olbrzymiego parku. Towarzyszył mi Kaliber ze swoją Księgą Tajemniczą.

– Pani Anno, dlaczego na siłę wpycha się w pani w alternatywę: zabiję się albo nie zabiję się. Proszę spróbować po prostu żyć – zasugerował ostatnim razem.
Niezbyt to podziałało. Silne myśli samobójcze nie odpuszczały. Widział, w jakim jestem stanie. Więc nawet nie próbował, jak zazwyczaj, obracać tego w żart i mówić, że znów uciekam.
Głównym problemem było spanie. Trittico nie pomogło, ani Mirtor i Tisercin.
– A kwetiapinę pani brała?
– Tak, Ketrel.
– I jak?
– Bardzo źle się po nim czułam.
– A… (i tu zaczął sypać jak z rękawa nazwami substancji, których nie znałam).
Popatrzyłam na niego bezradnie.
– Pamiętam, że brałam kiedyś Mianserin.
– No to właśnie z tej grupy, i jak?
– Źle się czułam.
– Pani Anno, biorąc pod uwagę pani stan i sytuację… myślę, że na razie zawiesimy eksperymentowanie z nowymi lekami. Dam pani ten mocniejszy Lorafen.
Poczułam ulgę, że w końcu dał mi coś sprawdzonego.

Wczoraj poszło 5mg, w dawce podzielonej. Już dawno nie czułam się tak spokojna. Myśli samobójcze ustały. Nie pamiętam, kiedy ostatnio się tak wyspałam. Wstałam o 6:00, wypoczęta.

W przyszłym tygodniu terapeuta w końcu wraca z urlopu. Brakuje mi terapii. Nie mogę się doczekać wtorkowej sesji.

271 – toksyczna miłość

Pięć minut do północy.
– Nie mam już koszmarów.
– To dobrze.
– Nie, bo zaczęłam je spisywać, żeby wykorzystać w książce.
To miał być żart. Wiem, moje poczucie humoru jest dziwaczne, nieśmieszne i nikt, poza mną, go nie rozumie.
Wybuchł. Nie wytrzymał.
Siedziałam bombardowana oskarżeniami. Jego frustracją. Brakiem wiary w moją zmianę.
Ciało skulone, nieruchome. Twarz skamieniała. I tylko potoki łez mogły sugerować, że nie jestem zimną suką.

– Ja nie chcę cię straszyć, nie mówię tego w złości – zaczął, gdy już się uspokoił – ale jestem na skraju wytrzymania. W końcu się spakuję i więcej mnie nie zobaczysz. Zniszczyłaś mnie. Zrobię, jak kiedyś Jerzy. Odetnę się od ciebie. Zniknę. Zabijasz mnie. Rozumiesz?
Nic. Tylko łzy.
– Jeśli nie zaczniesz zachowywać się jak człowiek, odejdę. Rozumiesz?
Cisza.
– No, rozumiesz?!
Ledwo widoczne skinienie głową.
– Przemyśl to sobie. Prześpij się z tym. Może jutro mi odpowiesz…

270 – recenzja drugiej części „Młodego boga…” w „Psychiatria i Psychoterapia”

Jerzy A. Sobański, Katedra Psychoterapii UJ CM, – „Psychiatria i Psychoterapia” 2016; tom 12, numer 2: s. 42

Kontynuacja historii Anny vel Mrówki pacjentki z osobowością borderline, znanej już z omówionej w poprzednim zeszycie czasopisma pozycji, nie zawiedzie zaciekawionego i sporo oczekującego Czytelnika.(…) Pomimo krańcowo odmiennej od części pierwszej konstrukcji, także tę książkę czyta się dobrze, raz przeżywając wraz z bohaterką jej trudności, raz próbując postawić się na miejscu jej psychoterapeuty (…) Nie stanowi to jednak rozrywki ani tzw. dobrej zabawy, czego nie należy żałować a Autorce można pogratulować.

Przeczytaj całość: „Psychiatria i Psychoterapia” – recenzja „Młody bóg z pętlą na szyi. Terapia u Doktorka”

269 – bezsenność senna

Dziś w nocy nie męczyły koszmary. Bo nie przyszedł sen. Mimo mirtazapiny łykniętej i oczyszczenia myśli z myśli niepotrzebnych, zbędnych.
Kawy siekiery chlane od rana. Śniadanie z rodzicami, jak za gówniarskich lat.
Potem wycieczka rowerowa z Mrówkiem. Lasy pachnące wiatrem. Brzozowy zagajnik i leniwe popołudnie na kocu, wśród mrówek, pająków i innych robaczków.
A mimo to, łzy w oczach, choć oczy suche. I z wszystkich gałęzi zwisające pętle. Czekające na szyję boga. Mój bosko-nieboski kark.
I śmichy-chichy przy stole, gdy kolejne knedle ze śliwkami znikały w brzuchach.
Jakby miał to być ostatni posiłek.
Natłok myśli i całkowita pustka. Łączą się całkowite skrajności w masę jednostajną. Martwą.
Czasem lepiej przemilczeć, nie napisać nic. Niż narazić się na śmieszność. Małość. Nijakość. Marność.

268 – jagody, perseidy i kosmici

Wczoraj poszliśmy z Mrówkiem na jagody. Ja zbierałam, on kontemplował przyrodę i robił zdjęcia.
– Długo jeszcze?
– Chwila.
– Już minęło dużo chwil.
– No jeszcze chwilka, no – denerwowałam się.
– I bez jagód mi nie wracajcie! – śmiała się mama, gdy wychodziliśmy z domu. Chciałam uzbierać chociaż litr.
– Będzie na jagodzianki i pierogi – powtarzałam mu co chwilę, gdy mnie pospieszał.

W nocy obserwowaliśmy deszcz meteorów. Było zimno, ale chcieliśmy zapłacić tę cenę. Taki widok działa na wyobraźnię.

Mój umysł potrafi nawet takie miłe chwile zamienić w koszmary. Męczyły mnie całą noc. Zrywałam się co chwilę, zlana potem i nie mogąc złapać oddechu. Kosmici zasypywali Ziemię gradem meteorów, zabijając wszystkich, na których mi zależało.

Kolejna noc, która zmęczyła bardziej, niż pół dnia na rowerze i trzygodzinne zbieranie jagód.

Mówiąc do rodziców czy cioci, uśmiecham się, żywo opowiadam. I nie, nie odbieram tego jako udawanie. Wystarczy jednak, że się odwrócę lub zostanę na chwilę sama, a oczy robią się wilgotne. I w myślach tylko śmierć.

Idąc za radą terapeuty, postanowiłam spisywać koszmary i wykorzystać je w książce. Co chwilę jednak długopis zawisa nad kartką, w geście wyrażającym bezsensowność tej decyzji.

Znów powtarzam swoje motto:
Nie mam siły żyć. Naprawdę, nie mam siły…

266 – recenzja „Młodego boga…” w „Psychiatria i Psychoterapia”

Jerzy A. Sobański, Katedra Psychoterapii UJ CM, – „Psychiatria i Psychoterapia” 2016; tom 12, numer 1: strona 43, Psychiatriapolska.pl.

(…) omawiana pozycja wiarygodnie przybliża Czytelnikowi skomplikowany świat burzliwego przeżywania pacjentów cierpiących na poważne zaburzenia osobowości. Osadzona jest w polskich współczesnych realiach i języku, oraz unika zarazem klimatu zarówno laurek, jak i pomówień dotyczących konkretnych instytucji leczących i terapeutów. Dlatego wydaje się warta polecenia studentom medycyny, psychologii, pedagogiki, ochrony zdrowia, studiów podyplomowych z zakresu psychoterapii i poradnictwa a przydatna może być również praktykującym klinicystom. Pozwala przez pewnien czas, jeśli nie poczuć się jak pacjent, to co najmniej wczuć się w jego sytuację i przeżycia. Nie przeszkadza w tym realistycznie oddany niekiedy brutalny język bohaterki, tematyka mogąca budzić niepokój Czytelnika-laika chociażby przez nawiązania do samouszkodzeń, myśli i prób samobójczych.

Przeczytaj całość: „Psychiatria i Psychoterapia” – recenzja „Młody bóg z pętlą na szyi. Psychiatryk”

265 – być malkontentem

Nie chcę narzekać. Według badań, ma to zgubny wpływ na mózg. Malkontenctwo tworzy takie połączenia neuronowe w mózgu, które po pewnym czasie sprawiają, że narzeka się odruchowo. Zauważyłam to u siebie.
Jednak co zrobić, gdy do oczu wiecznie cisną się łzy i nic nie sprawia radości? Próbuję się czymś zająć. Nie siedzieć bezczynnie ze wzrokiem utkwionym w nieistotnym punkcie i nicością w myślach. Próbuję – dobrze powiedziane.
Łapię się na odcinaniu się od rzeczywistości. Nic nowego. Mija godzina, a ja wciąż jestem na tej samej stronie czytanego tekstu. Mija druga, a kursor miga w tym samym miejscu. Mija trzecia i wciąż zastanawiam się, co mogłabym powiedzieć.
Chciałabym się w kogoś wtulić i płakać godzinami. Albo położyć głowę na kolanach i zasnąć, by nie śnić koszmarów.
Chciałabym cieszyć się ze słońca. Biegać boso po łące. I śmiać się do mijanych ludzi. Ale pobyt na świeżym powietrzu marnuję na bezmyślne wpatrywanie się w nurt rzeki i rozmyślaniach nad bezsensem życia.
– Myśl pozytywnie! – krzyczę do siebie. Po czym szeptem dodaję – Tak bardzo nie chce mi się żyć…

264 – leki nasenne nie na sen

Mirtazapina pozwala szybko zasnąć – brakowało mi tego w ostatnim czasie. Jednak zupełnie nie wpływa na jakość snu. Budzę się, jak się budziłam. Wstaję wcześnie, nie mogąc wytrzymać leżenia w łóżku.
Tisercin (o dziwo) zupełnie nie przyspiesza zaśnięcia. Potrafię po nim leżeć i cztery godziny.
– Nie bierz tego syfu, wariatko! – Mrówek się wkurzał za każdym razem, gdy sięgałam do słoiczka po dawkę lewomepromazyny. Ok. Odstawiłam.
Koszmary męczą, jak męczyły. Wciąż ten sam motyw – lasy, ruiny, jeziora i ucieczka przed służbami specjalnymi na usługach cholera wie kogo. Karabiny maszynowe, auta terenowe, dzikie zwierzęta atakujące kogo popadnie.
– Może to dobry motyw na napisanie książki? – terapeuta próbował rozładować moje negatywne emocje dotyczące snów.
Może…

Dlaczego znów tak bardzo ciągnie mnie do szpitala?

poszukuję matek z diagnozami chorób/zaburzeń psychicznych

Jak wiecie, albo i nie wiecie, jestem ambasadorką akcji „Słowa na granicy zmian” (facebook.com/slowanagranicyzmian)

Obecnie nasza pomysłodawczyni przygotowuje wystawę destygmatyzacującą matki z diagnozami chorób/zaburzeń psychicznych.
Odbędzie się ona 21.09 w Bastei na Zamku w Cieszynie.

Potrzebujemy Waszej pomocy!

Poszukuję kobiet z diagnozą, które cenią sobie macierzyństwo. Chodzi o krótką wypowiedź (kilka zdań) na temat tego, jak sobie radzicie, czym jest dla Was rodzicielstwo, co dziecko zmieniło w Waszym życiu. Niech zdrowi ludzie zobaczą, że możemy żyć i realizować się w takich rolach, jak oni.

Diagnoza to nie wyrok!

Czekam na odzew na mrowka@anka-mrowczynska.com lub w komentarzu. Dajcie na siebie jakiś namiar, przekażę go naszej organizatorce, która się z Wami skontaktuje lub podeślijcie wypowiedź (gwarantuję anonimowość, ale dobrze byłoby zawrzeć info o diagnozie i wieku dziecka – nie jest to warunek konieczny).

Zaktywizujmy się i razem działajmy przeciw stygmatyzacji!

263 – terapia borderline: ile upadków, tyle powstań

Nieważne, ile razy upadniesz. Po każdej glebie przypomnij sobie, jak dobrze było iść. I, choćby chwilowo, na czworakach i w ślimaczym tempie – zmierzaj do celu. Nie pozwól sobie samemu odebrać tego, co dla Ciebie cenne.

– Bierność panią zabija. Odbiera siły. Umacnia negatywne emocje – tę mantrę terapeuty słyszę od piętnastu miesięcy.
Ostatnio znów było źle. Nadal jest.
Na wczorajszej sesji mówiłam o pustce, obojętności, zniechęceniu.
Po powrocie do domu włączyłam komputer. Patrzyłam tępo w monitor, od czasu do czasu otwierając jakiś folder lub stronę, by je po chwili zamknąć.
Całkowicie bezproduktywny dzień.
– Ale wieczorem tak zaczęłam się zastanawiać. Co, jeśli za miesiąc, pół roku, rok, usłyszę diagnozę choroby terminalnej? Jak się wtedy poczuję ze świadomością, że większość czasu spędziłam na gapieniu się w jeden punkt?
– Doszła pani do wniosku, że szkoda czasu?
– Jeszcze jak!
Spojrzałam na niego nawiązując kontakt wzrokowy. Włosy odgarnięte za ucho. Nie chciałam się za nimi chować tak, jak robiłam to w ostatnim czasie. Zdarzało się nawet, że mówiąc lub słuchając, patrzyłam mu w oczy.

Jest we mnie ogromne poczucie straty. Dotyczy ono różnych aspektów życia.
– Wie pan, ja w takich stanach jak wczoraj, bezsensownie odwołuję się do absolutów.
– Jak to pani rozumie?
– Skoro część życia zmarnowałam, nie ma sensu już nic robić. Skoro ludzkość kiedyś wyginie, nie ma sensu pisać, bo wszystko zniknie. Zostanie unicestwione.
Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, jak niebezpieczne i pozbawione sensu jest takie myślenie. Wszystko albo nic.
Postanowiłam wziąć się do roboty.

Woła mnie wena. Krzyczy do mnie strona www, którą chcę przerobić. Wzywają mnie obowiązki ambasadorki „Słów na granicy zmian”. Mam tyle do zrobienia!

I niech świat się skończy choćby za godzinę. Nie chcę umierać ze świadomością, że zmarnowałam swoje życie. Że mogłam i chciałam tyle zrobić, ale zbyt się bałam, by podnieść dupę z kanapy. I wzrok odwrócić w kierunku tego, co ważne. Nie chcę być ślepa i bronić się wymówką „nie dostrzegam, nic nie widzę”.
Bo widzę. Jestem świadoma. Ten świat potrzebuje aktywności. Ludzie potrzebują ludzi.
By krzewić dobro, wcale wiele nie trzeba. Wystarczy dać innym siebie, swoją uwagę, zainteresowanie.

I tak. Każdy z nas może zmieniać świat – aktywnością i brakiem zgody na zło. Choćby miał to być przelotny uśmiech do przechodniów na ulicy.

Tak mi dopomóż moja psychiko!

262 – „… bo do pani trzeba mówić, jak do debila”

Apteka. Taki sklep, tylko z lekami. Czasem, jak za komuny, trzeba mieć kartkę uprawniającą do zakupu. Niektóre dobra bowiem są reglamentowane. Co jeszcze? No tak. Wszyscy sprzedawcy mają wykształcenie wyższe branżowe.
Wydawać by się mogło, że ten kapitalistyczny skrawek nieruchomości pozbawiony jest uprzedzeń i stereotypów.
A jednak.

Komunikacja przy realizacji recept na same antydepresanty zawsze jest sprawna.
– Dawkowanie znane?
– Znane.
– Proszę.
– Dziękuję.
Do widzenia.

Problem pojawia się, gdy pani/pan magister na świstku od psychiatry dostrzega neuroleptyk. W ich oczach, jak podejrzewam, staję się schizofrenikiem kiepsko osadzonym w rzeczywistości.
Nie mówię tu, o „podśmiechujkach”, niestosownych komentarzach, czy krzywych spojrzeniach – co to, to nie. Zmienia się jednak ich podejście do moich możliwości percepcyjnych. Biorą sobie do serca zasadę tłumaczenia „jak krowie na rowie”.
Tak było ostatnio.
Apteka całodobowa, piątek wieczór. Podałam receptę.
– Ale nie mamy Orivenu 150mg. Musiałabym zamówić. Byłby dopiero na poniedziałek, bo dziś wieczorem zaczyna się remont.
– Dobrze.
– Ale nie mam go na stanie.
– Nie szkodzi, wenlafaksynę mam zapisaną w dwóch dawkach. 150 i 75mg. Oriven 75mg jest?
– Tak.
– A Tisercin i Mirtor?
– Też.
– Super. Poproszę.
– Ale niech pani idzie do innej apteki.
– Czemu?
– Bo nie mam Orivenu 150mg.
No żeż zaraz mnie coś trafi.
– Wiem. Proszę go zamówić.
– Ale będzie dopiero na poniedziałek.
– Rozumiem. Ale mam ten lek w innej dawce, więc nie szkodzi.
– Może jednak pójdzie pani do innej apteki całodobowej? Na przykład… (tu padają adresy). Jeśli pani tu zrealizuje tę receptę, nie będzie pani miała tego leku.
Pięć minut mi tłumaczyła, że jeśli czegoś nie kupię, nie będę tego miała.

Nie lubię kupować neuroleptyków.

261 – rekomendacja „Młodego boga…” w „Charakterach”

Recenzja ukazała się w czasopiśmie „Charaktery” 8/2016, www.charaktery.eu

Kolejką górską na kozetkę

Katarzyna Szaulińska

Jak wygląda zamknięty oddział psychiatryczny? Jak by to było wejść na chwilę w skórę osoby z zaburzeniem borderline?

Anka Mrówczyńska odpowiada na obydwa pytania. Bez fikcji i wstydu. Jej książka to pamiętnik ze szpitala psychiatrycznego. Dzień po dniu, tydzień po tygodniu. Emocjonalny rollercoaster, smutna szpitalna rutyna, małe radości, ocean rozpaczy. Lęk przed porzuceniem. Autodestrukcja.

Czy to przyjemna lektura? Niekoniecznie. A mimo to trudno się od niej oderwać. Autorka swoją autentycznością hipnotyzuje i każe przewijać strony e-booka w oczekiwaniu: czy ona wyzdrowieje? Już wkrótce ukaże się drugi tom książki, Terapia u Doktorka – zapis psychoterapii psychodynamicznej, jaką odbyła Mrówczyńska. W podręcznikach można znaleźć zapisy sesji, ale sporządzane przez terapeutów. Mrówczyńska sporządza zapis sama.

I to całej terapii. Jest to lektura dla tych, którzy zastanawiają się, jak naprawdę toczą się dialogi między pacjentem i terapeutą. Dla tych, którzy chcą zostać psychoterapeutami. A przede wszystkim dla tych, którzy sami zmagają się z problemami podobnymi do Mrówczyńskiej i czują, że wrażliwość na zranienie nie pozwala im istnieć. Albo których bliscy cierpią z powodu tego zaburzenia. Czytając, dotkniecie tego sposobu przeżywania świata, który jest jednocześnie straszny i piękny. Mrówczyńska pokazuje, że można go i oswoić, i polubić. I dzięki temu: zmienić.

 

260 – odlot w psychiatryku

Tak a propos Tisercinu.

Podczas pierwszego pobytu w psychiatryku, a było to w niechlubnym roku 2008, byłam bardzo przerażona.
Pomijając już całą otoczkę, na kogo pierwszego wpadłam, wzrok współpracjentek wiecznie utkwiony w dowodzie powieszenia, i tak dalej… nie miałam za grosz zaufania do personelu. Ta czarna jędza – ordynator – siała postrach na całym oddziale. Część pielęgniarek szła w te same ślady i to za jej przyzwoleniem.
Nie wdając się w to, czym mnie straszyła, jak mnie traktowała, sama obserwacja jej poczynań, przyprawiała mnie o palpitacje serca.
Przechadzała się po oddziale, wskazując ręką:
– Tę w pasy, tej zastrzyk w tyłek, tej cofnąć przepustkę… wyliczanki nie było końca.
Skutecznie działało to na moją wyobraźnię.

Nie mogłam tam spać. Kilkunastoosobowa sala obserwacyjna. Jęki, stęki, chrapania, krzyki.
W końcu w palarni zostałam namówiona na zgłoszenie bezsenności dyżurnemu, na wieczornym obchodzie. Skoro one dostawały nasenne, to czemu ja bym nie miała?
Tak też zrobiłam.
Na pierwszy rzut dostałam gówniany Nasen. Choć jakby spojrzeć na to z drugiej strony… Pal licho, że całą noc nie zmrużyłam oka. Jazda była przednia. Siedziałam na łóżku po turecku, kiwałam się jak w chorobie sierocej i obserwowałam cienie drzew na ścianie. Tak nie czułam się nigdy. Ale najlepsze miało dopiero nadejść. Cienie powoli zaczęły się zmieniać w dziwne stwory. Ni to straszne, ni to śmieszne. Po chwili zaczęły stawać się trójwymiarowe i wychodzić ze ściany. Już wtedy pomyślałam sobie, że nieźle mnie naćpali. Kiedy zaczęły do mnie mówić i zachęcać do rozmowy, a ja się wdałam z nimi w dyskusję… kapnęłam się dopiero po dłuższym czasie, gdy halucynacje odpuszczały. Trzeba przyznać – przestraszyłam się. Nie dobrej jazdy, a tego, że wszystko mogły odnotować francowate piguły, żeby rano donieść ordynatorce… na szczęście nic takiego nie miało miejsca.
Swoją drogą ciekawe. Sala obserwacyjna, a pocięta pacjentka ze świeżą wisielczą pręgą na szyi może całą noc siedzieć, kiwać się na łóżku i gadać do ściany. Chyba jestem dziwna, że mnie to dziwi…
Nic to. Następnego dnia wieczorem, upewniwszy się, że jest to „zabawa” bezpieczna, znów poszłam po coś na sen:
– Tamto nie działało – rzuciłam lekarzowi.
Dał mi coś innego. Nie pamiętam co, nie chce mi się szukać wypisu.
Próbowałam przetrzymać działanie nasenne. Udało się. Ale poza tym nic. Poleżałam kilka godzin i nad ranem zasnęłam.
Trzeciego dnia ta sama śpiewka. Spróbował jakiegoś benzo. Był to bodajże Klonazepam. Uspokoiłam się, lęki ustały, ale nic poza tym.
Gdy przyszłam czwartego dnia zgłosić ten sam problem… lekarz przywalił z grubej rury i poczęstował mnie Tisercinem. Łyknęłam, zapaliłam, usiadłam na łóżku i mniej więcej tyle pamiętam. Obudziły mnie, a raczej próbowały dobudzić, pielęgniarki.
To jakoś zniechęciło mnie do tej zabawy.
Tego dnia na rozmowę wzięła mnie ordynatorka (moja prowadząca). I jak nie huknęła:
– Jeszcze raz weźmiesz coś na sen, to cię na kolejny tydzień zatrzymam! Nie śpisz? Pewnie znów chcesz się zabić!
Jędza jedna wredna. Śmiała mi powiedzieć, że jak umrę to będę miała szczęście. Babsko psychopatyczne.

Dlatego do Tisercinu mam jakieś emocjonalne uprzedzenia.

259 – psychiatra

Wczoraj rano terapia. Znów zaczęłam mówić. Przynajmniej próbowałam.
Potem odwiedziny u mamy w szpitalu.

Na 20:00 psychiatra.
Wyszłam z domu przed 19:00. Część drogi pokonałam autobusem. Zamiast przesiąść się w tramwaj, wybrałam spacer. Nie wytrzymałam. Kupiłam browara i wlekłam się wolno, noga za nogą, paląc kolejne fajki i sącząc piwo. Cała droga wzdłuż ogromnego parku. Kilka kilometrów. Łzy nie opuszczały mnie ani na chwilę. Włosy na twarzy, głowa spuszczona. Ale i tak widziałam kątem oka, że tabuny mijajacych mnie ludzi, zwracają na mnie uwagę. Nie miałam siły się tym przejmować.
Przyszłam ze dwadzieścia minut przed czasem. Siadłam w poczekalni zwinięta, z kurtyną włosów na twarzy i płakałam dalej.
Gdy poprzedni pacjent wyszedł, a Doktor do mnie podszedł, usłyszałam:
– Ojej…

– Mój węch mnie myli, czy czymś się pani zaprawiła?
– Jedno piwo wypiłam.
– To sadystyczne względem mnie.
– No sorry…
– Nie sorry, tylko też bym się napił w ten gorąc – chyba się uśmiechnął.
Potem już ryczałam całą godzinę. Wywlekając z siebie cały ten gnój.
– Znów wpadła pani w ślepy zaułek i kręci się jak chomik w kółku.
Ehh. Jakbym nie wiedziała.
– Ja chcę tylko pisać!
– Nieprawda. Gdyby zależało pani tylko na tym, nie brałaby pani leków i nie chodziła na psychoterapię.
– Oj wie pan, o co mi chodzi.
– Pani Anno, pisanie też jest dla pani ucieczką.
Po długiej rozmowie, uspokoiłam się na chwilę przy nowych zaleceniach. Trittico w kąt. Dawka 150mg nie przynosiła żadnych efektów.
– Brała pani kiedyś mirtazapinę?
– Nie.
– To antydepresant, tabletki rozpuszczają się w ustach.
– Ta, i pewnie zawierają aspartam.
– I co z tego?
– Ja się zdrowo odżywiam!
To się uśmiał…
– Fajki palę, piwo piję, ale się zdrowo odżywiam.
– Oj cicho no…
– A do tego Tisercin. Brała pani kiedyś?
– W psychiatryku.
– I jak?
– Urwał mi się po nim film. Siedziałam na łóżku, a gdy otworzyłam oczy, było rano.
– I o to chodzi. To co, piszemy te dwa leki i wenlafaksynę?
– Niech pan pisze… tak nie lubię leków…
– A ja nie lubię ich pani przepisywać. W pani przypadku najważniejsza jest psychoterapia.

Gdy tylko zamknęłam za sobą drzwi, znów polały się łzy. Wlekłam się z powrotem kilka kilometrów na przystanek autobusowy. Nie potrafiłam przestać płakać. I patrzeć tym swoim tępym, nieobecnym wzrokiem.
Nawet nie chce mi się pisać, jakie myśli wypełniały ten pojebany łeb.

258 – terapia borderline: gdy nie mówisz o problemie, on znika

Gdy tylko weszłam do gabinetu, od razu zauważył, że coś jest nie tak.
Burknięte pod nosem:
– Dobry…
Bez, nawet przelotnego, spojrzenia na niego. Włosy jeszcze bardziej na twarzy niż zazwyczaj. Skamieniałam na fotelu i patrzyłam na swoje ręce, zakrywające brzuch.

Tak bardzo nie chciałam wchodzić w kontakt z terapeutą, że nawet potwierdzenia wyrażałam poprzez zaprzeczenie.
– Denerwuje się pani?
Wzruszenie ramionami.
– Nie miała pani dziś ochoty tu przychodzić, prawda?
Potwierdzenie przez zaprzeczenie głową.
Co jakiś czas zadawał kolejne pytania. Tylko na jedno odpowiedziałam słownie.
– O czym pani myśli?
– O niczym.
Więcej się nie odezwałam.
– Wczoraj na koniec sesji powiedziała pani coś bardzo ważnego.
Cisza.
– Nie odezwie się pani dziś do mnie?
Wzruszenie ramionami.
– Nie chce pani tu być?
Potwierdzenie przez zaprzeczenie głową.
– Dlaczego?
Kolejne pytanie pozostawione bez odpowiedzi.
– Wczoraj znów pojawiły się myśli o zrezygnowaniu z terapii?
Milczenie. Na to jedno pytanie chciałam odpowiedzieć:
– Nie.
I dodać, że obawiam się jego rezygnacji z pracy ze mną.
Ale ciało odmówiło współpracy.

Siedziałam tam nieruchomo, nawet nie bujając się na fotelu, jak to zwykle robię. Jakiś włos łaskotał mnie w nos. Nie byłam w stanie podnieść ręki, by go odgarnąć.
Znów zapadłam się w nicość. Chcąc tylko stamtąd uciec.

Pieprzony, przewidywalny border ze mnie. Z życiową zasadą: gdy nie mówisz o problemie, on znika.

W drodze do domu zaczepił mnie patrol. Wychodzili z jakiejś klatki. Wielce empatyczna policjantka zaszła mi drogę i rzuciła:
– Coś się stało?
– Zostawcie mnie w spokoju…
Burknęłam pod nosem i chciałam ją obejść. Kątem oka widziałam, jak popatrzyła na partnera i wzruszyła ramionami. Zeszła mi z drogi i poszli w swoją stronę.

257 – terapia borderline: wyrok

Na wczorajszej sesji, dwie minuty przed końcem, udało mi się wydusić z siebie to, co próbowałam całe czterdzieści pięć.
– Pani Aniu, wrócimy do tego jutro, dobrze?
Z ulgą skinęłam głową i pospiesznie wyszłam.

Noc pełna koszmarów. Kolejna. Po której zerwałam się z łóżka i w pośpiechu robiłam kawę. Żeby się tylko rozbudzić.

Nie chcę tam dziś iść.
11:45 – godzina rozpoczęcia obrad i ogłoszenie wyroku. Tak czuję.

256 – pisanie najlepszym lekarstwem

Chcąc uporać się ze swoimi obawami dotyczącymi terapii i nabrać do nich dystansu, postanowiłam siąść do „Autoterapii”.
Po napisaniu i przeczytaniu czterech stron zorientowałam się, że może i jest to zabawne, ale nie do końca dotyczy tematu tego rozdziału.
Czyli co, mam dwie kartki wstępu. Hehe. Ja to rzeczywiście mam swój świat.

255 – kac po sesji

Wczoraj na zmianę: rozpacz, ulga, pętla na szyi, bezbrzeżny smutek, bezkresna pustka.
Amplituda sinusoidy emocjonalnej wprowadziła totalny chaos. Niedający się poskromić w żaden znany mi sposób.
Myśli autoagresywne, autodestrukcyjne i te jeszcze bardziej radykalne.
Uspokoiła mnie dopiero podjęta decyzja. Zjawienie się w poniedziałek w gabinecie, by zakończyć naszą współpracę. Należy mu się ten szacunek, by rozstać się osobiście, a nie za pomocą sms.

Dziś została tylko pustka, po kolejnej koszmarnej nocy.
Najpierw śnił mi się terapeuta. Oczywiście nie mogło zabraknąć elementów strzelaniny, śmiertelnego zagrożenia, lęku o życie Mrówka, i innych tego typu atrybutów koszmaru.
Potem akcja przeniosła się do cioci na wieś. Ogrodzenie jej podwórka graniczyło bezpośrednio z lasem, w którym grasował wściekły dzik. Wszyscy – ja, ciocia, Mrówek, rodzice – baliśmy się go bardzo, bo był zdeterminowany, by zabijać. Psy cioci chciały nas chronić, odgonić go. W obawie o ich życie, zagoniliśmy je do domu. W pewnej chwili dzik sforsował ogrodzenie. Zaczął biegać wokół domu, próbując się do niego dostać. W pośpiechu zasłanialiśmy żaluzje. Wszystko na nic. Wdarł się do środka. Uciekliśmy więc na dwór. Gdy ten wybiegł za nami, wróciliśmy do domu. Na zewnątrz została ciocia z psami. Byłam przerażona. Myślałam, że ona i zwierzęta zginą. W pewnej chwili usłyszałam jej wołanie. Wyszłam na ganek i zobaczyłam, że siedzi na schodku, a obok niej leżą psy – przytulone do dzika. Liżą go, on je delikatnie zaczepia. Okazało się, że ten dzik był wściekły, bo potrzebował bliskości – człowieka i psów. Ciocia drapała go za uchem, a on zaczął się tarzać na grzbiecie. Tak, jak robią to psy ze szczęścia.

Idąc tropem terapeuty, był to wyraz emocji. Czym więc był ten dzik? Mną, potrzebującą terapii, czy terapią, którą zaczęłam tak demonizować?

254 – terapia borderline: musi być gorzej, by mogło być lepiej?

Koszmarna noc. Po obudzeniu byłam bardziej zmęczona, niż się kładąc.
– Ten sen to wyraz kłębiących się w pani emocji.
Heh.

Sesja rozjebała mnie do reszty.
Do domu wracałam ścieżką za blokami, chcąc schować się przed wzrokiem przechodniów. Zupełnie olałam zakupy, które zawsze robię w drodze powrotnej – nie potrafiłam powstrzymać łez.
Przygniótł mnie ogromny wstyd, wyrzuty sumienia i poczucie winy, że po początkowym milczeniu, otworzyłam się. Jakbym robiła coś bardzo złego chodząc na terapię. Chciałam zapaść się pod ziemię, gdy musiałam odwracać twarz w jego stronę, by sięgnąć po chusteczkę.
– Wstyd, poczucie winy, to emocje z przeszłości. Terapia je pobudza, ale one nie mają związku z teraźniejszością.
Nie potrafię się pogodzić z tymi łzami w jego obecności. Wciąż słyszę swój łamiący się głos.
– Chcę tylko wrócić do domu i przespać cały dzień.
– Żeby obudzić się w takim nastroju jak wczoraj?
– Nie. Żeby nie myśleć o żyletce.
– Pojawiły się negatywne emocje i znów chce się pani za nie ukarać. Wchodzi pani w rolę swojego ojca. Powinna pani zrobić dla siebie coś dobrego, szczególnie dzisiaj. Zaktywizować się, by poczuć się lepiej.
– W dupie to mam.
– Ma pani w dupie, że cierpi?
– Cierpiąc, czuję się sobą.
– Bardziej naturalna była pani wczoraj, gdy była pani chętna do nawiązywania kontaktu, pełna energii.
Po jego słowach przypomniał mi się wczorajszy wpis. O chęci bycia znów taką, jaką byłam za dzieciaka. Nie powiedziałam o tym. Nie potrafiłam dostrzec w tym sensu.

Nie chcę tam wracać w poniedziałek…

253 – mówcie mi: motywacja!

Jako dziecko, byłam radosna, wesoła, pełna życia, bystra, rezolutna, ambitna, głodna świata, wiedzy, głodna nowych przeżyć i doświadczeń. Tak bardzo kochałam życie!
Nadal je kocham. To prawda, sześć razy próbowałam je sobie odebrać, ale nigdy nie straciłam do niego sentymentu.
Pozwoliłam, by zaburzenia zapanowały nade mną. Uwierzyłam, że to prawdziwa ja. Zaczęłam się niszczyć. Odrzuciłam to, kim byłam. Dałam się stłamsić objawom chorobowym.

Muszę. Muszę odzyskać kontrolę nad swoim życiem! Chcę być tym, kim miałam być.

Myślę, że uratowało mnie pisanie. Największa pasja mojego życia. Nawet w najgorszych chwilach, ze stryczkiem na szyi, z tyłu głowy miałam myśl, że chcę coś po sobie pozostawić, podzielić się swoimi myślami. Że chcę i muszę pisać.

To najlepsza motywacja do zaangażowania w terapię, podjęcia ryzyka bliskości z terapeutą – walka o własne marzenia, pasję. I życie.

252 – terapia borderline: praca, praca i jeszcze raz praca

Powróciłam do świata żywych. Po raz kolejny się podnoszę i zaczynam swoją walkę od nowa.
Terapeuta zauważył, że mój nastrój i nastawienie zmieniły się diametralnie od wczorajszej sesji.
– Skoro czuje się pani lepiej, mogę znów zacząć mówić o rzeczach dla pani trudnych?
– No ja! Chce pan wszystko zepsuć? – roześmiałam się.

– Jest w pani ogromny lęk przed bliskością. Ostatnio poczuła pani, że się do mnie zbliża i poszła lawina, prawda?
Przytaknęłam głową.
– Tak, jakby ta bliskość miała panią w jakiś sposób skrzywdzić. I broni się pani przed tym, odcinając się od kontaktu. Co nie znaczy, że pani tej bliskości nie potrzebuje.
– Wiem…
– Musimy być przygotowani na to, że im większą bliskość ze mną będzie pani czuła, tym silniejszy lęk będzie się pojawiał. A co za tym idzie, coraz bardziej będzie chciała pani uciekać i zniszczyć tę relację.
Milczałam, drapiąc skórkę przy paznokciu.
– Pani milczenie biorę za potwierdzenie moich słów.
Spojrzałam na niego.
– Nie inaczej…

– Chodzi o to, żeby mówiła pani o swoich przeżyciach i emocjach. Można powiedzieć, że dążymy do takiego stanu, w którym będzie pani mogła myśleć na głos.
– W teorii to wiem.
– Pani Aniu, ja nie wymagam od pani, żeby od razu zaczęła pani tak otwarcie mówić. Rozumiem, że jest to dla pani bardzo trudne. Chodzi o to, żeby próbować. To jest właśnie teraz pani praca nad sobą.

Nie było w tym nic odkrywczego. Przecież to wszystko doskonale wiem. Tyle, że takie słowa z ust terapeuty, dobrze wpływają na naszą relację. Pogłębiają bliskość, potwierdzają słuszność mojego zaufania do niego.

Tak, jak planowałam, poruszyłam temat autoagresji. Próbowałam się zrelaksować, przekonać samą siebie, że terapeuta mnie nie skrzywdzi w żaden sposób. Nawet, jeśli będę mówić o swoich destrukcyjnych myślach i obawach z nimi związanych. Mówiłam powoli. Często robiąc przerwy. Nie popędzał mnie. Pozwolił mi na otwieranie się w swoim własnym tempie.

Po raz kolejny spytał, czy może zobaczyć blizny – po raz kolejny odmówiłam. To jeszcze nie ten etap bliskości.

Jutro kolejna sesja. Jestem pełna wiary, nadziei i zmotywowana do pracy nad sobą – jak nigdy.

251 – psychiatra i takie tam

Po zobaczeniu mojego brzucha i boku, Mrówek całkowicie stracił nadzieję, że kiedykolwiek uda nam się stworzyć szczęśliwą rodzinę.
Ehh… nawet nie będę się bronić.

Wczorajsza wizyta u psychiatry nie poprawiła mi nastroju. Chyba pierwszy raz.
Mówiłam zdawkowo, wzruszałam ramionami, nie nawiązywałam kontaktu wzrokowego. Miałam łzy w oczach, i zupełnie na wszystko wyjeb…

Do 225mg wenli, dorzucił mi Trittico.
– Ja nie wciskam pani benzodiazepin, ale czy ogarnie się pani bez nich?
Wszystko było mi obojętne. Nie to, że chciałam umrzeć. Po prostu nie obchodziło mnie, co się ze mną stanie.
Stanęło na Lorafenie. Inne benzo sprawiają, że nieobliczalnieję.

Dziś zasnęłam przed siódmą rano. Mimio wzięcia Trittico i trzech Lorafenów (po jednej tabletce co dłuższy czas).
Obudziłam się przed trzynastą. Dalej wszystko mając w dupie, z przymusami autoagresywnymi, ale czułam całkowite uspokojenie.
Tak jest do teraz. Myśli paskudne, ale bez najmniejszego zamiaru ich realizacji.
Tak jest dobrze. Bezpiecznie.

250 – terapia borderline: czas zaufać?

Krzywa akcja z Mrówkiem – w środku nocy ściągnął ciotkę i chcieli mnie wywieźć na wieś do niej. Wciskali Lorafen i wmawiali, że chcę się powiesić. Choć myśli samobójczych nie mam.

Przed dzisiejszą sesją wzięłam benzo. Zaczęłam mówić. Nagle pojawiły się łzy.
– Płacze pani?
Wzruszyłam ramionami.
– Nie mogę pani pomóc, jeśli nie będę wiedział o co chodzi, co pani myśli i przeżywa.
Zaczęłam więc mówić. Opowiedziałam to, czego nie potrafiłam wczoraj. Znów poczucie ulgi.
– Boję się, że relacja z panem stanie się dla mnie ważna.
– Już jest ważna.
– Niby… ale boję się, że gdy się do pana zbliżę, wszystko zniszczę.
– Spotykamy się tu po to, żeby nauczyć się przełamać ten schemat.
– Boję się, że będę niezrozumiana. Że powiem albo zrobię coś, za co się pan zdenerwuje na mnie.
– I co wtedy?
– Nie wiem – „opuści mnie pan, wyrzuci z terapii” – dodałam w myślach.
– Pani Aniu, nie ma innego sposobu. Musi mi pani zaufać, żeby mogła się pani przekonać, że z mojej strony nic pani nie grozi. Nie skrzywdzę pani, nie będę oceniał, krytykował. Chcę panią zrozumieć. A jeśli poczuje się pani przeze mnie atakowana, proszę mi na to zwrócić uwagę. Mogę to zrobić nieświadomie, a nie ma we mnie akceptacji na atakowanie pani. I proszę pamiętać, że emocje które przeżywa pani podczas sesji, mają związek z przeszłością. Teraz nic pani nie grozi. Jest pani tu ze mną bezpieczna.

O osiemnastej stary psychiatra – po rocznej(?) przerwie.

249

Jutro na jedenastą sesja. O osiemnastej wizyta u starego psychiatry. Terapeuta mnie do niego wygonił. Że niby powinnam pogadać z lekarzem, może znów brać zamulacze pod postacią neuroleptyków, żeby wytrzymać emocje, pojawiające się w trakcie sesji.
Nie powiem. Do psychiatry idę chętnie. Lubię go i po każdej wizycie czuję się lepiej.
Ale nie chcę więcej chemii. Wystarczy mi wenlafaksyna, którą biorę w największej dawce ponad półtora roku.

Muszę jutro na sesji zacząć mówić. Inaczej – wybuchnę.

247 – terapia borderline: przełom

To było tak piekielnie trudne…
Wyszłam z domu wcześniej niż zwykle. Siadlam na ławce pod blokiem, w którym mieści się gabinet i paliłam fajkę za fajką. Przez silny lęk ciałem wstrząsały drgawki. Do tego stopnia, że chwilami miałam problem z trafieniem papierosem do ust.
Gdy wybiła godzina spotkania, powlekłam się do gabinetu.
Siadłam na fotelu i cała się trzęsłam. Nie pamiętam, żebym była kiedyś w takim stanie. Pot lał się ze mnie, jakbym właśnie wyszła spod prysznica. Tak bardzo chciałam zacząć mówić, ale nie potrafiłam.
– Denerwuje się pani?
Skinęłam głową.
Po chwili zaczęłam próbować rozmawiać. Wiedziałam, że muszę. Chciałam tego.
Mówiłam półsłówkami. Musiał o wszystko dopytywać.
Przyznałam, że po wtorkowej sesji bardzo się przestraszyłam.
– Czego?
– Poczułam, że się do pana zbliżam.
– Jak pani to rozumie?
– Bardziej się otwieram.
– To źle?
– Nie. Ale to dla mnie bardzo trudne.

Powiedział, że według niego sesja sprzed tygodnia była bardzo ważna. Dla mnie też.

– Mam do pana zaufanie. W domu mam panu tyle do powiedzenia. A kiedy tu przychodzę…
– Pani Aniu, z tym też sobie poradzimy. Przełamiemy to.

Wychodząc z gabinetu czułam się, jakby spadło ze mnie sto kilo. Zdobyłam się na szczerość mimo tak wielkiego trudu.

Jestem z siebie dumna.

Tak, jak prosiłam, mam w tym tygodniu trzy sesje. Jeszcze jutro i pojutrze. Mam nadzieję, że uda mi się pociągnąć ten przełom.

246 – w myślach ucieczka do psychiatryka

Obiecałam sobie, że więcej nie wrócę do psychiatryka. Przestałam spoglądać na niego tęsknym wzrokiem, mijając go w drodze do centrum.
A jednak.

Terapia stanęła w decydującym punkcie – albo nastąpi przełom, albo tych, już blisko, sto sesji pójdzie w… maliny.

Od wtorku jestem nie do życia. Objawy nerwicowe molestują organizm. Myśli tworzą dziwne wiry, pochłaniające i mieszające wszystko.
Nie mogę spać. Budzę się co chwilę. Poty. Nudności. Roztrzęsienie.

Tak sobie obiecywałam… a jedyne o czym myślę, to wziąć dowód i biec na izbę przyjęć. Po czym sobie przypominam, że nie mam ubezpieczenia.

Za, równo, dwadzieścia cztery godziny wyjdę z gabinetu. Albo z poczuciem ogromnej ulgi, albo…

245 – terapia borderline: wyciąganie wniosków z potknięć

Myślę cały czas nad tą reakcją. Szukam szczegółów. Moją uwagę przykuła jedna kwestia. Przyczyna uruchomienia leku przed bliskością.

Jego zachowanie: więcej mówił, zadawał więcej pytań, w końcu fizycznie zmniejszył dystans.
Moja interpretacja: pokazał zaangażowanie, w tym momencie skupił się tylko na mnie.
Poczułam się, niejako, przymuszona do odwzajemnienia tego. Czułam, że powinnam mu zaufać i otworzyć się, uwolnić emocje.
Przestraszyłam się, że nasza relacja stanie się bliższa, wymagająca większej otwartości. Wpuszczenia go do mojego świata wewnętrznego, zamiast uchylania czasem jego rąbka.
Świadomość, że kiedyś się pożegnamy, zablokowała mnie. Odcięłam i nie dałam sprowokować.
Choć, z drugiej strony, terapia powinna dążyć do tego, by pacjent przestał potrzebować terapeuty. Ufam, że on wyznaje tę zasadę.

I co się okazuje?
Boję się powiedzieć terapeucie o tym, co napisałam wyżej. Boję się, że znów padnie:
– Nie wierzę w to. Oszukuje się pani.
Tak. Czuję lęk i wstyd przed pokazaniem mu swojego świata wewnętrznego. Wystawienie go na konfrontację i krytykę, wzbudza we mnie te dwie silne emocje.

Mimo wszystko, w poniedziałek muszę się bardziej postarać.

244 – terapia borderline: reakcja ucieczkowa

To wszystko przez lęk.

Terapeuta skonfrontował mnie ostatnio ze swoją opinią – brakiem wiary w prawdziwość roli, w którą wchodzę.
Wiedziałam, że ma rację. Ale tak długo próbowałam oszukiwać innych i siebie, że w końcu w to uwierzyłam.
Wywołało to ogromne emocje, z którymi „poradziłam sobie” odcinając się od kontaktu i rzeczywistości.
Do tej pory trzymałam emocjonalny dystans. Raczej racjonalizując i odwołując się jedynie do rozumu.
Terapeuta, odrywając kawałek ubieranej przeze mnie maski sprawił, że odebrałam naszą relację jako głębszą. Znacznie głębszą niż do tej pory. Poczułam się, jakbym siedziała przed nim naga.
Dodatkowo jego gest zachęcający mnie do kontaktu i okazujący jego zaangażowanie.
Przestraszyłam się do tego stopnia, że do tej pory nie umiem sobie z tym poradzić – co dobitnie pokazała dzisiejsza sesja.
Tak bardzo potrzebuję z nim o tym porozmawiać. Wiem, że w gruncie rzeczy to, co się stało jest dobre. Tylko reakcja była ucieczkowa.
Ufam mu.
Choć panicznie boję się zaangażować w tę relację.

243 – terapia borderline: milcz, jak kamień!

Ani jednego słowa. Całe czterdzieści pięć minut nie otworzyłam ust. W ciągu tych czternastu miesięcy nie było jeszcze takiej sytuacji.
Weszłam bez przywitania, siadłam zasłaniając brzuch splecionymi rękami i zastygłam.
Oczy przysłonięte włosami i utkwione we własnych udach. Bałam się spojrzeć gdzieś dalej.
Wyszłam z gabinetu, nawet nie umawiając się na kolejne spotkanie.
– Na dzisiaj kończymy – usłyszałam, rzuciłam kasę na stół i wyszłam bez słowa.

Wracając do domu napisałam do niego SMS:
„Nie chce już Pan ze mną pracować? Nie umówiliśmy się na przyszły tydzień.”
Odpisał, że chce, ale to wymaga dialogu.
Przyznałam, że im bardziej potrzebuję rozmowy, tym bardziej się w sobie zamykam. Poprosiłam o trzy sesje po weekendzie.
W poniedziałek znów tam usiądę. Ciekawe, czy tym razem coś z siebie wyduszę.

242 – agresja i lęk przed bliskością

Wtorkowa sesja pobudziła we mnie te olbrzymie pokłady agresji, które tłumię od lat.
Nie chciałam tam więcej wracać.

„Moją godzinę w piątek ma Pan wolną. Rezygnuję z terapii.”
„Sugerowałbym rozmowę na sesji zanim podejmie Pani ostateczną decyzję.”

Potrzebowałam wielu godzin, by odpisać, że jednak przyjdę.

Nie umiem dojść do siebie. Agresja się ze mnie ulewa. Warczę na Mrówka, wszystko mnie wkurwia. W myślach bluzgam i krzyczę na terapeutę, że to jego wina.

Tak bardzo boję się jutrzejszej sesji. Żołądek w gardle i nieustające mdłości.

Pochylenie się terapeuty w moją stronę odebrałam, jako formę skrócenia dystansu i okazanie zaangażowania. Bardzo się tego przestraszyłam…

241 – terapia borderline: stary potwór mocno śpi…

– Rozmawia pani, po czym nagle zastyga.
– …
– Gdybym pani nie znał, nie wiedziałbym o co chodzi.
– …
– Zastanawiałbym się, czy się pani obraziła i o co.
– …
– Wygląda to tak, jakby miała mnie pani gdzieś. Jakby nie była pani zainteresowana kontaktem.
– …
– Gdyby mi zależało, żeby mnie pani lubiła, byłoby mi przykro.
– …
– Chyba nie chce pani, żeby było mi przykro?
– …

Mój wzrok, jak zwykle, wbity w róg gabinetu. Obserwacja wielkiego, włochatego, nieistniejącego pająka.
Terapeuta pochylając się w moją stronę, wsparł łokcie na kolanach. Zrobił tak po raz pierwszy. Zazwyczaj siedzi wygodnie i swobodnie. Wpatrywał się intensywnie w moją twarz, zadając kolejne pytania. A może w oczy? Musiał zobaczyć w nich bezkresną otchłań pustki. Ciało tam było. Gibało się, jak zwykle, na bujanym fotelu. Ale mnie – nie. Nastąpiło obronne unicestwienie, rozpad tożsamości. Nie mogłam, nie chciałam, by wyciągnął ze mnie to, co próbował.

Terapeuto, stąpasz po cienkim lodzie. Uważaj! Bo zaczynasz budzić bezdusznego potwora, ziejącego przerażeniem i spustoszeniem… gdy się zbudzi, będzie siał śmierć.

240 – terapia borderline: osobowość z klocków

Wyobraź sobie, że uczysz się rysować proste figury geometryczne. Wydaje ci się, że są tak realistyczne! Potem ktoś pokazuje ci, że można rysować bryły geometryczne. Są trójwymiarowe! Myślisz. Następnie dowiadujesz się o cieniowaniu. Twój obrazek ożywa. I tak dalej.

Na podobnej zasadzie działa psychoterapia. To nie tylko rozmowa przez kilkadziesiąt minut w gabinecie. To jeszcze wiele innych czynników leczniczych, które często zdają się być ignorowane.

Czasem w trakcie rozmowy coś sobie uświadamiasz. Zbierasz nowe informacje. Inne punkty widzenia. Czasem odkrywasz źródło jakiegoś problemu. Poznajesz zasadę działania jednego z niezdrowych mechanizmów.

Nie każda sesja kończy się wielkim olśnieniem. Bywają i dłuższe regresje. To proces, który żyje. Powoli zaczynasz ewoluować.
Z czasem masz większe umiejętności, więcej świadomości, wiesz, na co zwracać uwagę. Poznajesz siebie.
Zaczynasz również samodzielnie próbować składać te kawałki. Twoje analizy siebie są bardziej dojrzałe. Oparte na coraz większej wiedzy.

Wyobraź sobie teraz, że twoja zaburzona osobowość to ogromna budowla z najróżniejszych klocków. Nie jest stabilna, bo elementy do siebie nie pasują, są zepsute lub w niewłaściwym miejscu. Fundamenty tej wieży są niepewne. Gdy zawieje wiatr, wszystko się chwieje. Istnieje duże ryzyko katastrofy budowlanej.

Terapeuta pomaga ci identyfikować wadliwe klocki. Pokazuje, w jaki sposób możesz ten element wyciągnąć z konstrukcji, ulepszyć go, a następnie włożyć na właściwe miejsce. Czasem zdarza się, że pozbycie się niewłaściwego klocka, powoduje osunięcie się większej ilości elementów. Coś się rozpada – przychodzi kryzys. Jednak konsekwentnym działaniem można odbudować to, co się rozsypało. Odbudować w sposób przemyślany i pożądany, czyli zdrowy.

A co z klockami, które są dla ciebie ważne i dobre? Co, jeśli się ich pozbędziesz, zmienisz je w niechciany sposób?
To tak nie działa. To, co jest dla ciebie dobre i ważne, wyróżnia się. Od razu poznasz te klocki. One są solidnie osadzone. Wyjmując te wadliwe, nie pozbędziesz się ich. Nawet, gdyby któryś przez przypadek wypadł, nie przeoczysz tego. Nie stracisz go, tylko odłożysz na miejsce.

Psychoterapia zaburzeń osobowości jest trudna i długa. Bardzo istotnym czynnikiem jest zaufanie do terapeuty. Jedni znajdują go za pierwszym razem, inni za drugim, kolejni za piątym. Ważne jest, by się nie poddawać. Dlaczego to takie istotne? Symbolicznie powierzasz temu człowiekowi swoje życie. Musisz ufać, że z jego pomocą przebudujesz konstrukcję swojej osobowości w stabilną budowlę o solidnych fundamentach. Czy budowę domu powierzysz osobie, której kompetencje budzą twoje zastrzeżenia?

Terapeuta poszerza twoje horyzonty. Pomaga uświadamiać sobie źródła problemów i niezdrowe schematy. Dostarcza i uczy korzystania z narzędzi potrzebnych do generalnego remontu. Nie zapominaj jednak, że on nie zrobi nic za ciebie. Ten remont musi być wykonany twoimi rękami i nakładami sił.

237 – łatwo zrobić, trudno się przynać

Siedziałam obok niego ze skwaszoną miną. Dobrze, że nie naciskał, pytając, o co znów mi chodzi. Próbowałam. Naprawdę. Biłam się z myślami, ale nie potrafiłam wydusić z siebie słowa.
Jadąc odwiedzić mamę w szpitalu, napisałam mu długiego SMS’a. Wyjasniłam wszystko. Całe to cięcie się, sesję poświęconą na analizę tego zachowania, opinię terapeuty.
– Durna jesteś – stwierdził.
Nie musiał tego pisać. Wiedziałam o tym dobrze.
Wciąż nie potrafię mówić o trudnych sprawach. Nie mam odwagi przyznać się do błędu.
Z terapeutą potrafię już rozmawiać. Nawet o takich potknięciach. Liczę, że kiedyś rozszerzę ten krąg.

236 – przeklęta autoagresja

Przecież musiałam sobie zdawać sprawę z tego, że tak będzie.
No tak. Tylko wtedy się nie chciało myśleć.
Kilkadziesiąt nacięć brutalnie zakończyło ośmiomiesięczną abstynencję.
– To dla pani sygnał ostrzegawczy – terapeuta próbował odwieść mnie od besztania siebie w słowach i myślach.
Na próżno. Nie mogę sobie odpuścić. Nie potrafię wybaczyć.
Przymus wrócił z ogromnym natężeniem. Nieznośny ból w nadgarstkach. Pragnienie, by je pochlastać do kości.
Nie powinno mnie to dziwić. Przecież zawsze tak jest. Pieprzony kawałek metalu jest dla mojego mózgu heroiną. Jeden raz wystarczy, by przez długi czas utrzymywał się potworny głód:
– Jeszcze! Jeszcze tylko raz! Więcej, więcej!
I cholerny mechanizm obronny:
– Przecież jestem taka mała i słaba. Nie potrafię walczyć z tym nałogiem. Tnę się połowę życia! Inaczej nie umiem.
– Gówno prawda! Wiedziałaś, że tak będzie. Po cholerę łapałaś za tę żyletkę?
– Bo to tylko raz. Bo inaczej nie umiałam. Bo…
– Bo jesteś cholernie durna. I nie uczysz się na błędach. Od czternastu lat popełniasz w kółko ten sam błąd! I za każdym razem dziwisz się konsekwencjom!

Ręce opadają.

235 – terapia borderline: potknięcie to jeszcze nie porażka

To była trudna sesja. Zaczęłam zupełnie na około, bo nie potrafiłam z siebie tego wydusić.

– Jest pani zła na siebie?
– Tak! Nie umiem sobie odpuścić.
– Dokonuje więc pani autoagresji mentalnej. Potknęła się pani, a to jeszcze nie jest porażka. Ważne jest to, co pani zrobi teraz. Bardzo wyraźnie widać, że zachodzą w pani zmiany. Pytanie tylko, co dalej. Czy podda się pani temu wyuczonemu schematowi, czy będzie chciała go przełamać. Wczoraj straciła pani kontrolę, ale dziś ją odzyskała. Wszystko w pani rękach.

234 – fragmenty z trzeciej części „Młodego boga…”

Fragmenty z trzeciej części cyklu – „Młody bóg z pętlą na szyi. Samobójstwo na raty”

„Byłam sama w domu. Miałam pisać pracę zaliczeniową. Zachciało mi się pić, bo jakżeby inaczej. W portfelu jak zwykle pusto. Lekkie podenerwowanie. Ale pisałam dalej. Nagle coś… nie wiem co. Impuls. Nagły atak agresji. Miliony myśli rozsadzające głowę. Czułam, jak zbliża się nieuchronnie. Rozpacz, strach, tęsknota za Nim. Już nic nie miało znaczenia.

Zerwałam się z krzesła. Gorączkowe poszukiwania alkoholu. Bieganie po mieszkaniu. Nic, zero! To musiało się tak skończyć.
Zagłuszyć myśli. Otumanić się czymś. Byle szybko!
Tabletki! Już zero kontaktu z rzeczywistością. Już zaczął się ten amok. Wywalanie wszystkiego z szafek, szuflad. Przecież muszą gdzieś być, jakiekolwiek! Przeciwbólowe, nasenne, uspokajające. Byle tylko się sponiewierać! Byle skrzywdzić swoje ciało!

Nie ma nic. Drgawki z bezsilnej rozpaczy i poirytowania.
Gaz! Biegiem do kuchni. Nawdychać się gazu! Jego zapach uspokaja. Tak… Już trochę lepiej. Zgrana z nas para. Syk dobiegający z palnika i ja nad nim pochylona. Wdychać. Wdychać.
Nagle przebłysk. Rozpuszczalnik! Skrytka ojca. Jest! Niestety. Nie zagłuszył myśli. Tylko rozbolała głowa.
Przecież gdzieś muszą być jakieś tabletki! W szafce matki dwadzieścia Polopiryn. Dobre i to. Ważne, żeby się zatruć. Żeby się skrzywdzić.
Na chwilę mnie zmogło. Piętnastominutowa drzemka. Obudziły mnie nudności.

Przekręcany klucz w drzwiach. Rodzice!
Przejrzałam się w lustrze. Oczy czerwone. Napuchnięte od płaczu. Cera blada. Jakoś się ogarnąć! Palcami przeczesałam włosy.
Pukanie do drzwi.
– Proszę.
Pamiętałam nawet o przyklejeniu sztucznego uśmiechu na skrzywdzoną twarz. Wymiana kilku standardowych uprzejmości.
Wyszli.
Znów się udało. Niczego nie zauważyli.

W nocy znów ta pustka. Płacz, że znów się musiałam skrzywdzić. Ale inaczej przecież być nie może. Myśl, że mogłoby być normalnie, zbyt mnie przeraża.”

(o niejakim Marku)

„Znów zwijam się w spazmatycznej rozpaczy. Na zaciśniętych ustach rozpaczliwa prośba:
– Błagam, wróć! Choć nigdy nie należałeś do mnie, wróć!
Spojrzeć Ci w oczy. W te oczy, co przeszywały mnie na wylot. W te oczy, przed którymi nic się nie ukryło. Jakbyś znał każdy mój sekret i wiedział, że cię kocham.

W chorej głowie kolejny przeklęty pomysł. Nie liczy się jak – ważne by odejść.
Gdyby chociaż było trochę alkoholu, ale tu nic. Zero. Bolesna trzeźwość. I ciało, którego miałam już nie krzywdzić. Goją się rany po ostatnim upadku.

Precz! Przecz z mojej głowy, bo oszaleję! Myśli, miliony myśli – a jedna gorsza od drugiej.

Kurczą się mięśnie w histerycznych drgawkach. I tchu brakuje. Duszę się powietrzem! Ranić się, ranić! Zgnoić! Serce już boli – fizycznie. Spaść na samo dno, na samo – samiuteńkie. Niech pochłonie mnie bagno tej przeklętej egzystencji.

Znów krzyczę „Śmierci! Pragnę śmierci!” lub choćby okaleczyć się. Jak ostatnio. Im mocniej tym lepiej. Zwariuję. Oszaleję!

Błagam, przyjdź do mnie. Nie chcę umierać w samotności!”

232 – moja obawa

Niby wszystko zaczyna iść dobrze.

Zdecydowaną większość czasu poświęcam na dokształcanie się zawodowe. Ale przy tym, jednocześnie, nie zaniedbuję swojej pasji – pisania. Co prawda nie jest to stricte pisanie, a działalność około artystyczna. Jednak dotyczy mojej twórczości.

Czuję siłę. I moc. Rozpiera mnie energia. Budzę się o 8:00 i zrywam z łóżka. Tak szkoda mi dnia! Nie mam ani minuty do stracenia.

Jednak znów pojawia się ten stary lęk. Że wszystko się zepsuje. Pójdzie nie tak. Że to ja wszystko zepsuję. Że odpuszczę. Znów zapadnę się w pustkę i nicość. Wróci autodestrukcja i autoagresja. I jedyne czego będę chciała, to spaść jeszcze niżej…

231 – recenzja „Młodego boga…” w Kwartalniku Psychiatra

Artykuł recenzyjny pochodzi z czasopisma: Kwartalnik Psychiatra Nr 2/2016 (13) LATO

Paprykarz szczeciński dla wegetarian – słowo o książce Anki Mrówczyńskiej „Młody bóg z pętlą na szyi”

Katarzyna Szaulińska

 

Kiedy książkę, taką ja ta, dostaje do recenzji psychiatra, nie ma wyboru – czyta ją zarówno jako czytelnik literatury, jak i przedstawiciel świata opisywanego przez pacjentkę. I w tym drugim kontekście czytam „psychopatologicznie”, z tym że „patologiczność” zaskakuje mnie nie w opisie wewnętrznych przeżyć autorki, a w opisie funkcjonowania świata, w którym się znalazła. Nie powinna zaskakiwać, bo jest to świat, w którym pracuję na co dzień, czyli zamknięty oddział psychiatryczny.
A jednak.

Autorka przyznaje: „Młody bóg…” jest wierną kopią moich przeżyć. Jeden do jednego. To zapis mojego życia wewnętrznego, autodestrukcji, autoagresji. Tego, w jaki sposób i co myślałam”. Mrówczyńska otwarcie pisze o swojej diagnozie: umiarkowany epizod depresji u pacjentki z osobowością borderline.
Kwartalnik PSYCHIATRA Zacznę od ogólnych wrażeń czytelniczych. Książka jest pamiętnikiem, napisanym językiem pozbawionym ozdobników, mającym cechy relacji reporterskiej. Czyta się ją szybko, chociaż jest monotonna. Mrówczyńska opisuje każdy dzień niczym więzień, który skreśla kolejne dni wyroku na ścianie więzienia – jeden podobny do drugiego, od śniadaniowej pobudki, poprzez poranne leki, pomiar ciśnienia, niesmaczny obiad, kolację, wizytę ukochanego, wieczorne obżarstwo. Powoduje to wrażenie zakleszczenia, uwięzienia. Jest ono wzmagane przez to, że spojrzenie autorki przesącza się przez tunel emocjonalny charakterystyczny dla osobowości borderline – idealizacja i dewaluacja, poczucie winy i poczucie krzywdy, przeprosiny i atak, rozpacz i wściekłość, obsesja autodestrukcji. Książka pozwala uświadomić sobie, jak trudno żyć z tym zaburzeniem.
Zapis Mrówczyńskiej jest tak rozdzierająco dosłowny i szczery, że widać w nim potrzebę wystawienia się na ocenę, niechronienie siebie. Z drugiej strony książka jest jasnym komunikatem: chcę być widziana, słyszana i akceptowana taka jaka jestem. I to się udaje, bo autorkę-pacjentkę naprawdę da się zrozumieć i polubić.

Jest w książce sporo smaczków, które doceni każdy, kto miał kiedykolwiek kontakt z psychiatryczną opieką zdrowotną.
Mrówczyńska uwydatnia różne irytujące cechy postaci i miejsc. Dialogi z lekarzami, ukryta w didaskaliach miażdżąca ocena różnych obiegowych sformułowań (np. „z czym pani przychodzi?”), reakcje na chłód, ocenianie, prześmiewanie – cała masa celnych uwag, których lekarz nie usłyszy, bo pacjent po prostu nie przyjdzie na kolejną wizytę.
Podobnie – produkty rybne w diecie wegetariańskiej serwowanej na oddziale. Pojawiający się wielokrotnie na talerzu, nie jedzącej mięsa Mrówczyńskiej, paprykarz szczeciński po przeczytaniu całej książki stał się dla mnie czymś symbolicznym.

Zapewne każdy psychiatra przeżywa moment zadumy, kiedy pacjent z z rozpoznaniem osobowości borderline trafia do szpitala psychiatrycznego. Pojawiają się wtedy, oprócz współczucia dla pacjenta, również złość na system i przekonanie, że dla takiego pacjenta oddział nie jest miejscem idealnym. Po przeczytaniu książki, doszłam do wniosku, że pobyt w oddziale był dla Mrówczyńskiej paprykarzem szczecińskim. Niby leży na talerzu, ale nie karmi. Niby jest „wegetariański”, ale przecież, jak słusznie zauważa Mrówczyńska – „ryba ma oczy”.

Działania personelu oddziału, na który trafia Mrówczyńska, sądząc z jej relacji, opierają się na wspieraniu i pocieszaniu bardziej, niż konfrontowaniu i wyjaśnianiu przyczyn objawów. Nie sposób niektórym lekarzom i psychologom opisanym przez Mrówczyńską odmówić empatii i troski o pacjentkę. Wydaje się jednak być przez nich traktowana jak małe dziecko, któremu tłumaczy się, że „leki za chwilę zaczną działać”, i że „pani musi zmienić myślenie”, i „wszystko będzie dobrze”.
Może to i miłe, ale czy pomocne?
Na pewno nie daje to pacjentce poczucia zrozumienia objawów, ich związku z przeszłością, widzenia ich jako sposobu komunikacji swojej potrzeby miłości i opieki oraz emocji pod nimi ukrytych. Tym samym pacjentka nie dostaje w szpitalu dorosłego spojrzenia na siebie. Utwierdza się ją jedynie w złudnym przekonaniu o „magicznym” działaniu leków i o tym, że psychoterapia jej pomoże, ale będzie na nią czas kiedyś, w innym miejscu i czasie.
Trochę szkoda.
W szkoleniu psychiatry w Polsce zbyt mało, moim zdaniem, przywiązuje się wagi do szkolenia się w psychoterapii. Obowiązkowe zajęcia z tego przedmiotu trwają dwa tygodnie, pół roku trwa „bierny” udział w szkoleniu w Oddziale Leczenia Nerwic. Czy wiedza, zdobyta jedynie zgodnie z wymogami programu specjalizacji, wystarczy, żeby rozsądnie zadbać o pacjenta z zaburzeniem borderline? Tym bardziej, że kontakt z takim pacjentem wywołuje szereg skrajnych emocji, od miłości po nienawiść. Jeśli tych emocji nie rozumie się, trudno wejść w bliższy, terapeutyczny kontakt i bezpieczniej się czuje pozostając na powierzchni.

W drugiej części książki Mrówczyńskiej pt. „Terapia u Doktorka”, opisane są jej doświadczenia z psychoterapii indywidualnej, która miała miejsce już po wyjściu ze szpitala. W tej części obecne jest właściwie wszystko, czego zabrakło w pierwszej. Pogłębienie wiedzy o dzieciństwie, przyjrzenie się funkcji objawów. Mrówczyńska stworzyła przy tym niezwykle dokładny zapis sesji psychoterapeutycznych, taki, jaki sporządza terapeuta na sesje superwizyjne.
Druga część książki kończy się zerwaniem terapii i dewaluacją dotychczas idealnego terapeuty. Nie zamierzam oceniać tej decyzji, ale dla psychiatrów i psychoterapeutów, cenna może być możliwość zapoznania się z procesem, który do tego doprowadził.
Dzięki książkom Mrówczyńskiej psychiatra mający mało doświadczenia w kontakcie z pacjentami borderline dostaje prezent. Książka nie zastąpi szkolenia z psychoterapii, ale może być w nim pomocna. Na pewno może pomóc w rozumieniu osób z zaburzeniami „borderline” i może być również pewnego rodzaju korektywnym doświadczeniem.

Samych takich życzę psychiatrom i autorce.

 

Źródło artykułu:
Katarzyna Szaulińska – Paprykarz szczeciński dla wegetarian – słowo o książce Anki Mrówczyńskiej „Młody bóg z pętlą na szyi”. Kwartalnik Psychiatra Nr 2/2016 (13) LATO, s: 106-107.

Pobierz dema obu części cyklu „Młody bóg z pętlą na szyi”:
» Psychiatryk «

» Terapia u Doktorka«

 

230 – rozsądku, gdzie jesteś?

Chyba jakoś powoli zaczynam się oswajać z myślą, że nikt mi pracy na piękne oczy nie da. Że nie podczepię się pod Mrówka i nie będziemy pracować w jednej firmie.
CV prawie napisane. Ociągam się z tym – boję się rozmowy z rekruterem. Boję się, że go nie zrozumiem. Choć Mrówek poradził, żeby wyłapywać słowa-klucze.
W tym CV o swoim angielskim napisałam semi-communicative, hehe. Tak chyba zostać nie może…
Codziennie uczę się angola i jQuery. Może coś z tego będzie.

Kwartalnik PSYCHIATRA wysłał w poniedziałek egzemplarz magazynu na adres mojego Wydawnictwa. Czekam z niecierpliwością, aż będę mogła przeczytać recenzję.
Ostatnio śniło mi się, że owszem, zamieścili info o Młodym bogu, ale była to maleńka rameczka z miniaturką okładki i podpisem „Polecamy tę książkę”. Tyle, że nie dało się z tego nic rozczytać – ani tytułu, ani autora. Taki psikus.

Tak bardzo boję się tego wyjazdu. Choć bardzo go pragnę. Przed oczami wciąż przewijają mi się scenki, jak wszystko idzie nie tak. Jak nie dostaję pracy lub jak ją tracę. Jak nie umiem sobie poradzić w obcym kraju. Jak znów zaczynam się niszczyć. Zawsze tak było. Gdy czegoś bardzo chciałam, sama sobie to obrzydzałam – żeby mi się odechciało. Bierna agresja i stagnacja przede wszystkim! Nic, tylko wytrzaskać się po tym głupim pysku.

229 – emigracja?

I co? I co? I gówno!

Dziś rano na sesji gadałam z terapeutą o wyjeździe.
– Cieszy się pani z wyjazdu?
– W zasadzie tak. Tylko, wie pan, jak zwykle szukam problemów.
– Jakich na przykład?
– Choćby z tym angielskim. Czytanie i pisanie jeszcze w miarę, ale mówienie… ni cholery.
– Jeszcze do niedawna nawet z mówieniem po polsku miała pani ogromny problem.
– W zasadzie tak…
Zaczął się ze mnie śmiać. Co miałam zrobić? Dołączyłam do niego.

Od wczoraj do Mrówka wydzwaniają headhunterzy. Dziś napomknął o mnie jednemu z nich. Mam mu dosłać CV po angielsku. Mrówek wspominał mu, że chcemy pracować w jednej firmie.
– It will be difficult, but I try – odpowiedział.

I zaraz się zaczęło. Łzy w oczach. Myśli samobójcze. Bo jak ja się dogadam z rekruterem? Bo co będzie, jak umówi rozmowę na Skype z potencjalnym pracodawcą? Bo ja w CV boję się wpisać nawet to, co umiem.
A jeśli dostanę pracę? O matko! To się dopiero zacznie!
Bo ktoś mi powie, co mam zrobić, a ja przecież nie zrozumiem!
I już przed oczami scenki, jak wyrzucają mnie z pracy, wracam do domu z płaczem i się tnę, a potem wieszam.
I będzie, że wyszło na moje, bo przecież mówiłam Mrówkowi, że nie dam sobie rady!

Mam siebie dość. I kropka.

228 – o wydaniu

Wczoraj Redaktor prowadząca z Wydawnictwa przygotowała umowę. Wystarczy ją podpisać i wysłać.
Zaczęłam też wypełniać formularz: opisy książki, nota o autorze, artykuły, streszczenie – różne takie potrzebne do promocji książki.
Zupełnie zapomniałam, że nie naniosłam ostatnich poprawek! Muszę się tym zająć po powrocie od rodziców.

Cały czas mnie martwi, że porzuciłam pisanie. Ale ostatnio też tak było. Zabrałam się za to dopiero po wydaniu książki.

227 – pozytywnie

Będąc u mamy na wsi, nauczyłam się wcześnie wstawać. Po powrocie do domu nie zmieniłam tego przyzwyczajenia.
W weekend zaczęłam naukę angielskiego na duolingo.com, naukę cholornego javascriptu, do którego przymierzałam się od lat.
Od kilku dni znów biorę zwiększoną dawkę wenlafaksyny. Tym razem mnie nie zamula, a dodaje energii.
Schudłam sześć kilo (po czym przytyłam kilogram, ale to przemilczmy), nie chleję, zdrowo się odżywiam.
Z optymizmem patrzę w przyszłość. Wiem, że mój los i samopoczucie zależą tylko ode mnie. Czuję, że mam realny wpływ na kształt swojego życia. Już nie płynę bezwolnie z prądem rutyny i beznadziei.
Wiem, że nie mogę się poddać. Że muszę walczyć o siebie i komfort wspólnego życia z Mrówkiem. Mam dużą motywację do dalszego leczenia. Nie chcę zmarnować tej jednej jedynej szansy, jaka została mi dana w chwili, gdy komórka jajowa matki połączyła się z plemnikiem ojca. To jest mój czas. I drugiego nie będzie.

Martwi mnie tylko, że znów przestałam pisać. A to zawsze kończyło się źle. Bardzo źle…

226 – terapia borderline: nauka zdrowej relacji interpersonalnej

Psychoterapia, poprzez rozmowę, pomaga nam uświadamiać sobie niezdrowe mechanizmy, korygować szkodliwe postawy i schematy myślowe, wykształcić prawidłowe reakcje. Ale nie tylko.
Długotrwały kontakt z psychoterapeutą uczy zdrowych relacji interpersonalnych.
Osoby z pogranicznym zaburzeniem osobowości mają duży problem ze stabilnością związków, utrzymywaniem kontaktów społecznych na dobrym poziomie. Ich znajomości często są intensywne i kończą się z wielkim hukiem, a jeśli trwają, są bardzo obciążające emocjonalnie dla obu stron.
Terapeuta, będąc cierpliwym, niekrytykującym towarzyszem w dobrych i złych chwilach, pokazuje, że relacja między ludźmi może trwać niezależnie od okoliczności.
Zawsze byłam uległa w związkach z ludźmi. Czy to z rodzicami, czy znajomymi, chłopakami, czy w pracy. Kontakt i bliskość z drugim człowiekiem kojarzyła mi się z utratą siebie. Z koniecznością wyrzeczenia się swoich potrzeb i pragnień. Wciąż podświadomie spodziewam się ataku i często tak interpretuję rzeczywistość, by przyjąć rolę ofiary.
Stabilna, głęboka relacja z terapeutą uczy mnie, że nie muszę uciekać w swój świat wewnętrzny. Uczy mnie, że o złym samopoczuciu, negatywnych emocjach można rozmawiać i przynosi to ulgę. Że upadki i porażki nie spowodują opuszczenia mnie.
Pierwszy terapeuta posługiwał się groźbą: jeśli podejmę próbę samobójczą – zakończy terapię, jeśli się potnę – mam nie przychodzić na sesję. Źle to wpłynęło na moje zaufanie do niego. Moja interpretacja?
– Jeśli zrobi pani coś nie po mojej myśli, ukarzę panią i opuszczę.
Poza tym wywołało to negatywne skojarzenia z wymuszaniem, zakazami i nakazami że strony rodziców – ojca najbardziej. Potem była już tylko równia pochyła i gwałtowne zakończenie tej relacji.
Obecny terapeuta nic na mnie nie wymusza. Pozwala mi na zmianę we własnym tempie. Wpływa to bardzo pozytywnie na zaufanie i poczucie bezpieczeństwa.
Powoli przekonuję się, że kontakt z drugim człowiekiem może być rozwijający. Że można być ze sobą nie tylko na dobre, ale i złe. Że przyznając się do słabości nie stracę w oczach kogoś bliskiego. Że nie muszę nic udawać. Że najlepsze kim mogę być, to być sobą.