850 – terapia borderline: przepoczwarzenie

Ciężar i trud wczorajszej sesji się opłacił. Przepoczwarzył się dziś w dobry nastrój, poczucie lekkości i zadowolenia z siebie. A do tego zaowocował. Czym, zapytacie?

Do tej pory nie mogę przestać myśleć o tym, o czym rozmawialiśmy. Ale dzięki temu doszłam do trzech, bardzo ważnych dla mnie wniosków. Wszystkie dotyczą ojca. Podejrzewałam, że złe relacje z nim miały duży wpływ na moje zaburzenie, ale nie sądziłam, że to wszystko się tak łączy, a według mnie wszystko złożyło się w całość, stało się jasne i przejrzyste.
Autoagresja, autodestrukcja, tendencje samobójcze, nieszczęśliwa, trwająca ponad pół życia miłość do Marka, lęk przed bliskością, opuszczeniem… to wszystko ma swoje korzenie w tej właśnie nieszczęsnej relacji.
Dziś czuję się jak olśniona i wprost nie mogę uwierzyć, że wcześniej tego nie dostrzegałam!

I – lęk przed ojcem
Wiele razy pisałam o tym, że w relacji z ojcem czuję duży lęk. Że boję się go panicznie jak diabeł święconej wody. Nie był to strach, że mi coś zrobi, a właśnie lęk – paradoksalny, racjonalnie nie mający podstaw do bytu. A jednak.
Wczoraj uświadomiłam sobie, że cały ten lęk tak naprawdę związany jest z lękiem przed opuszczeniem, odtrąceniem, krytyką i odebraniem miłości.
Ojciec mnie kocha od dnia moich narodzin. Jednak w dzieciństwie, a szczególnie w okresie dorastania, był niedostępny emocjonalnie, zablokowany. Często mnie krytykował, a robił to w sposób agresywny i, niejednokrotnie, okrutny. W swoich oczach musiałam być idealna, by zasłużyć na jego miłość i nie zostać opuszczona. A to wpływało na istnienie lęku przed nim. Podświadomie bałam się, że, gdy zrobię coś nie tak, spotkam się z dezaprobatą z jego strony lub krytyką czy odrzuceniem wyrażonymi wprost, co z kolei przeżywałabym, jako kolejną stratę – ponowną utratę jego miłości i bliskości. To dlatego w jego obecności byłam wiecznie spięta, bałam się wygłaszać poglądy, sprzeciwiać się mu, czułam się jak na wiecznym cenzurowanym. Wiecznie oczekiwałam w napięciu na to, kiedy znów doświadczę z jego strony emocjonalnego opuszczenia.

II – koniec terapii uruchomił lęk przed utratą miłości ojca
Pan M. uważa, że ten silny kryzys sprzed paru dni i ta determinacja, by odebrać sobie życie mogły mieć swoje źródło w wizji zakończenia terapii. Natomiast mnie po pierwszym wniosku nasunął mi się drugi. Pan M. ma rację – myśli samobójcze i nasilone akty autoagresji to agresja do ojca skierowana przeciw sobie. A ich wyzwalaczem był lęk przed opuszczeniem spowodowany kończeniem terapii. Jak to się łączy? Ano bardzo prosto.
Fakt, że mamy z terapeutą ustalony termin ostatecznego rozstania uruchamia we mnie lęk przed opuszczeniem i utratą tej relacji. Po drugie, moja relacja z panem M. to, jak zauważałam wielokrotnie, praktycznie jedno wielkie przeniesienie relacji z ojcem. W swoim wewnętrznym świecie przeżywam terapeutę jako ojca, który w końcu jest emocjonalnie dostępny, nieopuszczający, nieodrzucający, wspierający i tak dalej. W momencie, gdy odezwał się we mnie lęk przed rozstaniem z terapeutą, pobudził on lęk przed utratą miłości i bliskości ojca. To z kolei spowodowało ogromną falę agresji i złości do ojca, ale nie potrafiąc jej przyjąć i przeżyć, skierowałam ją przeciw sobie. Podświadomie zaatakowałam w ten sposób ojca, co realizowało się w pragnieniu popełnienia samobójstwa, czyli ukaraniu ojca w sposób najbardziej dotkliwy – odebraniem mu jedynego dziecka, ukochanej córki.
Przecież to takie oczywiste!

III – miłość do Marka jako odtworzenie/przeniesienie relacji z ojcem
Natomiast dziś, do dwóch poprzednich, dołączył trzeci wniosek, który odkrył przede mną tajemnicę trwającej już osiemnaście lat nieszczęśliwej i niespełnionej miłości do Marka, której trzymałam się kurczowo i nie potrafiłam puścić. Trwała ona mimo niezaprzeczalnej miłości do Mrówka i faktu, że to właśnie jego wybrałam na życiowego partnera i nie wyobrażam sobie, że moglibyśmy nie być razem.
Marka pokochałam od pierwszej chwili, gdy go zobaczyłam. Początkowo był to etap zakochania i wyczekiwania na coś więcej niż przyjaźń, która nas łączyła. Powiedział mi jednak wprost, że nic z tego nie będzie i nigdy nie będziemy razem. Ale mnie to nie przeszkadzało w cierpieniu z miłości. Obsesyjnie podsycałam to uczucie, nie pozwalałam temu płomieniowi zgasnąć. Marek, mimo upływu lat i braku kontaktu, funkcjonował w moim wewnętrznym świecie. Według terapeuty jego obraz i to uczucie ucieleśniało moje pragnienie platonicznej miłości, którą mógłby zniszczyć erotyzm. Zastanawiałam się wtedy, dlaczego tak ważnym elementem jest ta platoniczność i brak jakiegokolwiek seksualnego pożądania. Było to dla mnie niezrozumiałe. Aż do dzisiaj.
Jak grom z jasnego nieba wykiełkowała we mnie myśl, że to uczucie było tak naprawdę przeniesieniem lub odtworzeniem relacji z ojcem. Wszystko złożyło się w prostą układankę. Marek, mimo przyjaźni, emocjonalnie trzymał mnie na dystans, był niedostępny dla mnie, nieosiągalny i to miało się nigdy nie zmienić. A ja wciąż byłam tak głodna jego miłości. Tak jej pragnęłam i potrzebowałam, że, aby móc funkcjonować, wyobrażałam ją sobie, fantazjowałam o niej. Czyż to nie jest kopia relacji z ojcem, którego miłość, w swoich oczach, często traciłam, byłam jej głodna i wiecznie bałam się jej utraty? Z tej perspektywy fakt, że pragnęłam by ta miłość była platoniczna, jest oczywisty.

Jakie to wszystko jest, za przeproszeniem, kurewsko zagmatwane i popierdolone. Zaburzona relacja z ojcem wywróciła do góry nogami i zdeterminowała całe moje dotychczasowe życie. Z kolei nasza relacja była taka, jak podejrzewam, dlatego, że ojciec miał niedostępną emocjonalnie i apodyktyczną matkę. Ona z kolei pewnie też miała takiego rodzica lub rodziców, ale sięgamy w tym już do innych czasów i zupełnie innej mentalności. I tak ciągnęły się przez pokolenia te patologiczne relacje rodzinne, aż ich kumulacja doszła do mnie i tak mocno zaburzyła mój rozwój, że wyszła z tego nieźle pocharatana osobowość. Jak to określił pan M., mroczniejsza wersja dr Jeklly’a i mr Hyde’a, bo tamten przypadek, w porównaniu z moim, był lajtowy, hehe.

Już nie mogę się doczekać piątkowej sesji i chwili, gdy opowiem panu M. o swoich przemyśleniach. Ciekawa jestem, czy on myśli podobnie.

I znów wychodzi na to, że z czegoś złego wyszło coś dobrego. Może ten silny kryzys był mi potrzebny? Może te, jak to odebrałam, surowość, ostrość i powaga terapeuty, pomogły mi dostrzec to, co miałam cały czas przed nosem? Może moje życie musiało po raz kolejny zawisnąć na włosku, żebym w końcu zrozumiała, dlaczego sama mu wiecznie zagrażam?


Jakby to wielu powiedziało: nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło!

849 – terapia borderline: wstrząśnięta, ale czy nie zmieszana?

Siedzę i płaczę nad sobą. Nad tym, co chciałam zrobić. To była bardzo trudna sesja.

Po wyjściu z gabinetu musiałam przysiąść na ławce przed klatką. Było mi tak ciężko i byłam tak wstrząśnięta, że musiałam zapalić fajkę i posiedzieć kilkanaście minut, by w ogóle dać radę dojść do domu. A co mnie tak rozwaliło?

Gdy usiadłam na fotelu, pan M. zapytał, co się ze mną działo od ostatniej sesji. Nie wiedziałam, jak to ubrać w słowa, więc po prostu powiedziałam, że naprawdę niewiele brakowało, żebyśmy się już nie spotkali. Po tym wyznaniu dosłownie odjęło mi mowę. W jednej chwili otoczył mnie mur tak gruby i wysoki, że nie potrafiłam nic więcej z siebie wydusić.
– Buduje pani napięcie? – Zapytał.
Pokręciłam głową, wciąż nie mogąc wydać z siebie głosu.
– To co pani robi? – Jego poważny ton sprawił, że poczułam się jak dziecko, które nie tyle coś przeskrobało, co zrobiło coś naprawdę niebezpiecznego i okropnego. Chciałam, naprawdę chciałam mówić, ale minęła jeszcze dobra chwila, nim przerwałam milczenie.
– W sumie uratowało mnie chyba to, że wypiłam dużo whisky i zasnęłam. Bo czekałam tylko aż Mrówek pójdzie spać…
– I jak pani to rozumie?
Po ciężkim westchnięciu przyznałam, że boję się o własne życie.
– A o życie bliskich się pani nie boi? – Terapeuta zupełnie zbił mnie z tropu tym pytaniem. No i się zaczęło… Kilkadziesiąt minut analizy mojego niedoszłego powieszenia się.

Temat samobójstwa przewija się na sesjach od lat. Ale pierwszy raz pan M. powiedział coś, co mnie naprawdę zdziwiło i jednocześnie mną wstrząsnęło. Otóż według niego, motywacją do zabicia się, jest ogromna ilość złości i agresji skierowanej przeciw ojcu. Zauważył, że żadna moja bliska relacja nie zmieniła się tak bardzo pozytywnie, jak ta z tatą.
– Wyobraża sobie pani, że mogłaby bardziej skrzywdzić ojca niż odbierając mu córkę? Jak by się wtedy czuł? Załamałby się, że nie uratował, nie ocalił swojego dziecka czy dlatego, że miałby poczucie winy? Potrafi sobie pani wyobrazić, jak wielkie brzemię dźwigałby do końca życia? Jak bardzo by cierpiał? – Jego pytania wydawały mi się wtedy bezlitosne. Wiedziałam, że mnie nie oszczędza i dobitnie chce mi pokazać, jak tragiczne konsekwencje miałaby moja śmierć. Z każdym pytaniem czułam się ciężej i byłam coraz bardziej wstrząśnięta. Chciałam, żeby już przestał. A on wciąż analizował tę sytuację, do bólu.

Dawno nie czułam tylu emocji na raz. Takiego chaosu. Mętliku – jak to nazwałam.
– Co to za mętlik? – Ciągnął mnie niestrudzenie za język, nie dając chwili wytchnienia. Wystarczyła chwila bez odpowiedzi, by podszedł mnie od innej strony. – Co się wyłania z tego mętliku?
– Najbardziej przerażenie, poczucie winy i porażki – powiedziałam zgodnie z tym, co czułam w tamtej chwili.

Podczas całej sesji nie uroniłam ani jednej łzy. Ani przez sekundę nie zapiekły mnie oczy, zapowiadając płacz. Ale coś we mnie, w środku, płakało, wyło z bólu, przerażenia i wstrząśnięcia.

848 – i znów chce się żyć!

Kto mi to wytłumaczy? Obudziłam się dziś przed szóstą. Z nową dawką siły, energii i radości życia. Zgłupieć idzie.

Po kryzysie ani śladu. Siedzę, uśmiechając się do świata, i nanoszę poprawki na „Granice obłędu”.

Dlaczego tak jest? Dlaczego przez kilka tygodni latam jak na skrzydłach, ciesząc się ze wszystkiego, a pewnego dnia budzę się przeklinając życie? Przez jakiś czas, leżąc w łóżku i nie mając siły się z niego podnieść, planuję samobójstwo. A potem znów, nadchodzi świt, który witam z uśmiechem na ustach i dziękuję za to, że żyję.

To okropnie męczące. Życie w ciągłej niepewności. W ciągłym lęku, że to, co dobre, skończy się jak nożem odciął. Że znów będę czyhać na własne zdrowie i życie. W imię czego? Cholernych wahań w biochemii mózgu? A może to coś innego? To bardzo, bardzo niebezpiecznie. Boję się, że kiedyś w takim stanie się zabiję. A ja przecież nie chcę umierać. Nie chcę umierać, bo tak bardzo kocham życie! Mam tyle marzeń i planów. I zamierzam je wszystkie spełnić! Boję się, tak bardzo boję się tych kryzysów…

846 – kilka gorzkich słów prawdy

Kiedy jest dobrze, jestem w górce, wspieracie mnie. Piszecie miłe komentarze i maile. Jednak, gdy nadchodzi kryzys, nie tylko ja zmieniam się nie do poznania, ale i feedback od Was. Nagle jestem dla Was niedojrzałą atencjuszką i wyrachowaną manipulatorką. Nie rozumiem, skąd w Was tak diametralnie odmienne zdania…

To jest tak. Pewnego dnia się budzę i widzę, że świat jest piękny, kocham życie ponad wszystko. Czuję się niezniszczalnym i niezwyciężonym bogiem, który wszystko może i czego się nie dotknie, uda mu się. Latam ze szczęścia pod sufit. Mało jem, mało śpię. Za to cały czas jestem w ruchu, bo energia i siła chcą mnie rozsadzić od środka. Jestem nieśmiertelna, pewna siebie. Wszystko wiem, wszystko potrafię, że wszystkim sobie poradzę. Jestem tak pobudzona i szczęśliwa, że będąc sama gadam do siebie, albo śpiewam, albo tańczę. Czasem wszystko na raz. Taki stan potrafi trwać kilka tygodni. I nawet, jeśli coś wyprowadzi mnie z równowagi, szybko macham na to ręką i wracam do swojego urojonego szczęścia. Wtedy jesteście ze mną. Piszecie do mnie. Radzicie się. Cieszycie razem ze mną. Wtedy jest Was tylu…

Ale kiedyś musi się to skończyć. I wcale nie jest do tego potrzebny zewnętrzny czy wewnętrzny bodziec. Nie musi się nic stać, nie muszę o niczym pomyśleć ani dokonać nadinterpretacji. Po prostu, pewnego dnia budzę się ze łzami w oczach i przeklinam życie za to, że wciąż trwa. Cierpienie osiąga niewyobrażalne rozmiary. Przygniata kolanem do podłogi i nie pozwala złapać tchu. Cała energia, którą miałam, gdzieś ulatuje, pozostawiając po sobie bezsilność i poczucie beznadziei. Tak trudno zwlec się wtedy z łóżka. Zdaje się to być wysiłkiem większym, niż przebiegniecie ultra maratonu. Oczy zachodzą mgłą, która jak filtr, zmienia wszystko w zagrazajace otoczenie. Każdy przedmiot użytku codziennego zdaje się być odpowiednim narzędziem do odebrania sobie życia. I nic nie ma już znaczenia. Nic się nie liczy. Na niczym nie zależy. Tylko na śmierci. Na zakończeniu tego cierpienia nie do wytrzymania. I bólu nie do znieczulenia. I nagle wszyscy się odwracają. Nazywają atencjuszką i manipulatorką. Nieświadomie nakręcając tę spiralę samozagłady. Oczywiście jest jeszcze rodzina.

Mama.

[15.10, 15:52] Anka: Wiem, że jesteś po bardzo ciężkich chorobach i cieszysz się każdym dniem. Ale dla mnie każda minuta to straszna męczarnia. Chcę już odpocząć. Przestać istnieć.
[15.10, 15:54] Mama: Anula, pomyśl o swoich firankach i zasłonkach, które czekają, aby upiększyć mieszkanko

Ciocia

To może jednak się pozbierasz i przyjedziesz Fizie przytulisz?

Wizja powieszenia nowych zasłonek czy przytulenia psa cioci naprawdę nie są w stanie sprawić, że zachce mi się żyć. Ja wiem, oni się starają. Ale to wszystko jak krew w piach.

Mówicie, że wysłałam masę pożegnalnych smsów do terapeuty i psychiatry, dlatego nie wzięl ich na poważnie. Otóż nie. Zrobiłam to po raz pierwszy w ciągu tych wszystkich lat leczenia. Dlaczego? Bo byłam pewna, że o świcie będę już sztywnym wisielcem. Nigdy nie manipulowalam terapeutą ani psychiatrą. Owszem, pisałam szczerze, jak jest, jak się czuję. Ale ani razu nie wysłałam wiadomości, że się zaraz zabiję.

Przykre to, że tak o mnie myślicie. Że w kryzysie zostaje sama, co tylko potęguje sluszcznosc decyzji o odejściu.

Bo nie wierzę, że to się kiedyś skończy. Że będzie po prostu normalnie. Bez latania pod niebo i Rowów Mariańskich. Tak po prostu, stabilnie. Że amplituda między tymi skrajnymi stanami się wypłaszczy. Że choć zbliże się do Stanów emocjonalnych ludzi zdrowych. Bo to, co się dzieje teraz, wykańcza mnie. Zabija mnie kawałek po kawałku.

I tyle w temacie. Dziękuję za uwagę.

845 – wciąż tu jestem

Wczoraj wszystko miało się skończyć. Definitywnie.

Miodowa whisky on the rocks z niefiltrowanym, a tłoczonym sokiem jabłkowym koiła podniebienie. Miała utulić mnie do śmierci.

Dziś miało po mnie zostać ścierwo wiszące na klamce z zamglonymi oczami, w których sama zgasiłabym blask.

Niestety, alkohol utulił mnie do snu. Nawet nie wiem, kiedy zasnęłam. Rano obudził mnie ogromny ból głowy, łzy złości na życie, które wciąż trwa oraz poczucie wstydu i winy za te wszystkie rozesłane pożegnania, w tym do terapeuty i psychiatry.

Pragnę ukojenia. Spełnienia obietnicy, jaką daje pasek na szyi, odcinający tlen. Pragnę unicestwienia. Pragnę niebytu. Pragnę…

844 – no i jak mam to zatytułować? Tragedia?

Od jakiegoś tygodnia jestem w dole. Co ja mówię, w Rowie Mariańskim.

Wtorkową sesję w całości poświęciłam śmierci i samobójstwie. Puściły mi wszelkie hamulce. Nie obchodziło mnie, czy pan M. zaraz złapie za telefon i zadzwoni po karetkę, żeby na sygnale zabrali mnie do psychiatryka. Miałam to gdzieś. Musiałam w końcu to z siebie wyrzucić.

Niestety, teraz, gdy tak bardzo potrzebuję spotkań z nim, pan M. wyjechał służbowo na tydzień. Także dzisiejszej sesji nie było, a ja widzę się z nim dopiero we wtorek. Niby mamy odrobić tę dzisiejszą sesję w przyszłym tygodniu. No, ale zobaczymy, jak będzie.

Dwa dni temu niespodziewanie do drzwi zadzwonił listonosz. Polecony. Już miałam jakieś złe przeczucia. Patrzę na kopertę – z Włoch. Czego mogą ode mnie chcieć Włosi po roku od mojej wycieczki tam? Otwieram i co widzę? MANDAT! Po jebanym roku sycylijska policja przypomniała sobie o mnie i przysłała mi mandat za wjechanie na buspas. Byli na tyle wspaniałomyślni, że jeśli opłata nastąpi w ciągu pięciu dni, zapłacę 98 euro, zamiast 200. Także 450 złotych poszło się jebać przez pieprzony buspas, którego nie zauważyłam.

Robiłam kontrolnie test Becka, co sugerował mi kiedyś psychiatra. Wynik? Bagatela 54 punkty i komentarz o ciężkiej depresji. Yupi, normalnie.

Nie mam siły jeść. Nie mam siły pracować. Łykam Lorafen jak cukierki i śpię, ile się da. Budzę się o 4 i nie mogę już zasnąć. Czy wierzę w świetlaną przyszłość? Wierzę w przyszłość na pasku.

Zaczęłam to wszystko analizować. Dlaczego ja, terapeuta i wszyscy dookoła widzimy, jak ogromne poczyniłam postępy, a jeden jedyny Mrówek uważa, że mi się pogarsza. Już to widzę, już to rozumiem – patrzymy na inne kryteria.

Przez te ponad pięć lat terapii zajmowałam się najróżniejszymi kwestiami i naprawdę udało mi się bardzo wiele zrozumieć i przepracować. Ale jeden temat zawsze traktowałam po macoszemu. Choć nie zdawałam sobie z tego sprawy i nie sądziłam, że nim muszę zająć się w szczególności. Chodzi mi o autodestrukcję i tendencje samobójcze. Bo kiedy wracało to samopoczucie, pogadaliśmy o tym, a potem przechodziło i zajmowaliśmy się czymś innym. A to właśnie mojej chęci i przymusowi zabicia się powinniśmy poświęcić najwięcej czasu.

Dlatego Mrówek nie zauważa we mnie zmian. Przymyka oko na te różne kwestie, które udało mi się przepracować. On widzi ogromną skalę mojej niestabilności. Powiedział nawet, że z roku na rok jest coraz gorzej. Gdy przychodzi dobry nastrój, latam pod sufit coraz wyżej, a kiedy odchodzi – spadam coraz niżej. Amplituda tej sinusoidy rośnie w zastraszającym tempie. Okres coraz bardziej się wydłuża. Częstotliwości już nie mierzę w minutach czy godzinach, no… czasem dniach. Teraz to kwestia tygodni, a nawet miesięcy. I biorąc pod uwagę to kryterium – rzeczywiście – pogarsza mi się.

Autoagresja też na dobre zagościła, rozgościła się pod naszym dachem. Łapa cała pocięta i poprzypalana fajkami. Rzygać się chce, jak na nią patrzę. I tak, macie rację, w tej kwestii nic się nie zmieniło. Terapia nie pomogła, bo nie mogła pomóc. Omijałam ten temat szerokim łukiem. Chyba panicznie bojąc się, że mogę tak na dobre pokochać życie. I odrzucić samobójstwo jako wyjście awaryjne.

Bezpłatny, 12-tygodniowy trening Family Connections dla rodzin i bliskich osób cierpiących na zaburzenie osobowości z pogranicza

Zapraszamy na bezpłatny 12 tygdniowy trening Family Connections dla rodzin i bliskich osób cierpiących na zaburzenie osobowości z pogranicza (BPD) lub dysregulację emocji.

Ten trening jest dla Bliscy nastolatków
Forma treningu ON-Line bez ograniczeń lokalizacji
Województwo woj. mazowieckie
Nazwa miejscowościON-LINE
Dzień tygodnia treningu poniedziałek                 
Godziny  treningu 18:30 – 20.30
Rozpoczęcie: 26. października 2020
Zapisy: W celu zapisania się na trening proszę skontaktować się z Liderami, wszelkie informacje są podane poniżej.

Informacje o treningu

Ten trening jest dla Bliscy nastolatków
Forma treningu ON-Line bez ograniczeń lokalizacji
Województwo: woj. mazowieckie
Nazwa miejscowości: ON-LINE
Gmina, dzielnica, obszar miasta,  gmina: ON-LINE
Organizator treningu: Elżbieta Wawryniuk, Anna Ślusarczyk
Strona internetowa organizatora treningu: –
Miejsce, w którym odbywa się trening: ON-LINE
Adres : ZOOM
Dzień tygodnia treningu: poniedziałek
Godziny  treningu: 18:30 – 20.30
Planowana data rozpoczęcia treningu: 26. października 2020
Ile tygodni będzie trwał trening? Kiedy odbędzie się ostatni spotkanie? Czy niektóre spotkania nie odbędą się z powodu świąt, długich weekendów?: 12 tygodni. Planowane zakończenie 11.01.2021
Dodatkowe informacje: –

Informacje o zapisach: https://ptdbt.pl/trening-fc-online-start-26-10-2020/

Dodatkowe informacje
Trening jest prowadzony we współpracy z PTDBT w ramach programu Family Connections, a trenerzy wzięli udział w szkoleniu organizowanym przez PTDBT i NEABPD.Program Family Connections ™ (FC ™ ) to bezpłatny program treningów umiejętności dla rodzin i bliskich osób z zaburzeniem osobowości z pogranicza (BPD, borderline), dysregulacją emocji oraz doświadczających kryzysów i uzależnień, oparty na Terapii Dialektyczno-Behawioralnej (DBT). Więcej informacji o programie na stronie: ptdbt.pl/dlarodzin

Link do wydarzenia na FB:

https://fb.me/e/8anLZbsGS

843 – historia lubi się powtarzać…

Jesteśmy pokłóceni. On ogląda serial na Netflixie. A ja?

Ja siedzę w tej samej kuchni, na tym samym krześle, co w 2014 roku. Na tym samym miejscu, z którego pisałam notatki, jak bardzo nie chcę żyć. Przy tym samym stole piję, a jakże, piwo, tylko tym razem inne.

Nie ma we mnie nic. Prócz cierpienia, obijajacego się od wewnętrznej, przerażającej pustki. Nie chcę żyć.

Aż trudno mi uwierzyć, że rano była sesja. To wydaje się tak odległe… Całą przepłakałam. Nie potrafiłam spojrzeć na problemy racjonalnie. Pan M. powiedział, że znów wchodzę w rolę ofiary. Pewnie ma rację. Tylko ten ból, ten cholerny Weltschmerz nie są grane. To nie części roli, a prawdziwe życie.

Chciałabym odejść, zasnąć – teraz, już w tej chwili. Wczorajsze pocięcie się niewiele dało. Wiem, że tylko unicestwienie tego ciała i umysłu pozwoli przejść do wiecznej nicości, w której nie będzie już bólu, nie będzie wypalających oczy łez.

Siedzenie w tym samym miejscu, w którym katowałam siebie i swoje pijane ciało przed psychiatrykiem, sprawia, że wszystkie wspomnienia wracają. Że zastanawiam się, jakby to było nie żyć od tych sześciu lat. Nie napisałabym ani nie wydała żadnej książki. Nie poznałabym pana M. Ale i oszczędziłabym sobie tak niezliczonej ilości cierpienia. Nie potrafię spojrzeć na nic przychylnym okiem. A w mojej głowie wciąż krąży myśl, żeby doczekać do końca maja. Jeszcze te kilka miesięcy. A potem adieu pieprzony świecie.

Mój umysł ułożył sobie plan. Krzyczy mi do ucha, że nie potrafię i nie mogę żyć. Tylko doczekać do końca terapii. Nie robić tego panu M. i nie zabijać się, będąc u niego w terapii. Byle do czerwca. By w końcu móc powiedzieć sobie „dość!”.

842 – lorazepam krąży we krwi

Ciocia jest lekarką. Była dziś w naszym mieście i podrzuciła receptę na Lorafen.

Mrówek, samozwańczy naczelny psychiatra Rzeczpospolitej mnie zdiagnozował. Otóż, wbrew opinii wszystkich psychiatrycznych konowałów, u których byłam, mam ChAD. Ostatnio byłam w manii, bo mam dość mieszkania w zaniedbanej melinie i kupiłam karnisze, firanki i zasłonki do jednego pokoju. I jeszcze kilka kwiatków. Aa, no i latałam pod sufit. I energii miałam zbyt dużo.

A dziś przyszło gorsze samopoczucie. W moich standardach kwalifikujące się do wzięcia lorazepamu. A więc w jego oczach jest równia pochyła i tylko patrzeć, jak ucieknę na wakacje do psychiatryka. No tak, skończyła mi się przecież mania według jego własnego oka.

Pięć miligramów lorazepamu krąży we krwi. Krąży i krąży, jak po spirali. Coraz niżej i niżej… Ciągnąc mnie ze sobą – w dół. I już tylko myśli o autoagresji i autodestrukcji.

I przekonanie, że od czerwca nie dam sobie rady sama. Że po zakończeniu terapii nie poradzę sobie i się zabiję. I już nawet nie jest tak, że chcę walczyć i nie chcę umierać. Nie. Po prostu. Nie chcę czuć tego dojmującego cierpienia. I nienawiści. Do siebie. Do świata. Do życia…